PROFESOR UNIWERSYTETU

Nobliwy profesor uniwersytecki powinien być człowiekiem wielkim, bez skazy, a jego przeszłość winny określać przede wszystkim udziały w ważnych konferencjach naukowych, długie ciągi publikacji, książki i artykuły w periodykach. Szczególnie odnosi się to do humanistów, którzy zwykle stanowili awangardę nauki, osiągali pozycję mentorów, arbitrów, wychowawców młodzieży i nowych pokoleń naukowców. Jeśli przywołuję takie postawy, to mam tu na myśli uniwersytety w dwudziestoleciu międzywojennym i takich uczonych jak Juliusz Kleiner, Konrad Górski, Stanisław Pigoń, Władysław Tatarkiewicz czy Tadeusz Kotarbiński. W PRL-u zostało to zniekształcone i wypaczone, pojawiło się wielu profesorów, którzy osiągnęli swoje tytuły przy pomocy układów środowiskowych, a potem wielokrotnie dawali się wmanewrować w jakieś wątpliwe recenzje, niszczenie oponentów, promocje kolegów lub członków jakichś organizacji. Tacy ludzie nigdy nie stworzyli wokół siebie kręgu naukowego, który rozrastałby się w szkołę, jakiegoś kierunku w nauce czy krytyce. Może dlatego w polskiej humanistyce (mam tu na myśli przede wszystkim polonistykę) nie odnotowaliśmy po wojnie żadnego wyrazistego zespołu badaczy, którzy wnieśliby do nauki nowy powiew, jakieś ożywcze tchnienie, na miarę Szkoły Genewskiej, dekonstrukcjonizmu amerykańskiego czy krytyki genetycznej. Owszem możemy wskazać wielu bardzo pracowitych naukowców, autorów znaczących książek i opracowań, ale często i oni uwikłani byli w jakieś wątpliwe „interesy”. Szczególnie patologiczna jest sytuacja, gdy w miarę młody pracownik uczelni otrzymuje tytuł profesora i zamiast wokół siebie budować coraz to szersze kręgi filologów, fascynatów humanistyki, niezależnych twórców, zaczyna niszczyć zdolnych ludzi. Chciałby rządzić, być władcą i feudałem tego poletka, mnoży zatem afery, wykorzystuje jakąś gazetę do przekazywania coraz to bardziej wynaturzonych informacji. Zwykle jest frustratem, bo utracił funkcje, często pakował się w intrygi środowiskowe i boi się, że wszystko mogłoby się wydać. Atakuje zatem i myśli, że wszyscy się go wystraszą. Tworzy intrygi wokół habilitacji zdolnych pracowników, nawet utrąca je, przekazuje niestworzone historie, pisze patologiczne listy na kolegów i koleżanki do władz uczelni. I choć robi to wszystko w przekonaniu, że powybija konkurentów, stanie się Królem wydziału, mnoży tylko w postępie geometrycznym zło, skłóca się z coraz to innymi pracownikami, którzy szybko przestają mu się kłaniać. Podskórnie wyczuwa, że powstaje wielka grupa opozycyjna, która prędzej czy później ostro wystąpi przeciwko niemu i zaczyna się bać. Płodzi dziwaczne teksty, udziela kuriozalnych wywiadów, publikuje książki, które stają się powodem kpin i jeszcze bardziej wypaczają jego prestiż. Mógł być wielkim humanistą i stworzyć szkołę badawczą, wychować uczonych, zdobyć poparcie ludzi, piastować stanowiska, a tymczasem stał się karykaturą samego siebie i coraz szybciej zmierza ku ludzkiej katastrofie. Jakże przy tym oddala się od profesury, rozumianej jako wielka humanistyczna misja…

Reklamy

3 Komentarze

  1. Zawieruszona said,

    2009/04/27 @ 16:42

    Władza imponuje tylko małym ludziom, którzy jej pragną, by nadrobić w ten sposób swoją małość. Człowiek naprawdę wielki bywa służebnikiem.

  2. 2009/05/01 @ 22:24

    Miernota zawsze nienawidzi wyjątkowości. W USA, w inteligenckich kręgach przyjęto zasadę: „Jeżeli mówisz o kimś źle, z tobą jest coś dalece nie tak”.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: