ROBERT M. GIANNETTI

Robert M. Giannetti (ur. 1942) jest amerykańskim poetą, absolwentem Uniwersytetu Niagara z 1963 roku. To także były oficer US Army, który też obronił doktorat z renesansowej literatury angielskiej na Duquesne University (Pittsburgh, Pensywania). Potrobertgiannett-smallem pracował w różnych fundacjach i był doradcą finansowym. Powrócił do edukacji, gdy skupił swe zainteresowania na pisarstwie i kolekcjonowaniu książek. Obecnie jest adiunktem w Uniwersytecie Niagara, gdzie uczy kreatywnego pisania. Jest także właścicielem antykwariatu Bob’s Olde Books w bukolicznym miasteczku Lewiston, leżącym u brzegów rzeki Niagara, w stanie Nowy Jork – autor zbioru wierszy Drawn by the Creek (2003), a także licznych publikacji w periodykach. Jego poezja jest wzruszającą próbą dotarcia do istoty rzeczy i dania odpowiedzi na podstawowe pytania naszej egzystencji. Szczególnie w Ameryce, gdzie ludzie żyją w pewnym oddaleniu od siebie, w osiedlach domów jednorodzinnych lub w wolno stojących budynkach, potrzeba intymności i rozmowy ze samym sobą jest przeogromna. Poeta zatem wsłuchuje się w siebie i umieszcza w kolejnych wierszach elementarne wyznaczniki swojego świata. Czuje się Amerykaninem, ale też obywatelem planety, która wiruje w kosmosie i ma swoją historię, swoich tyranów i wielkich ludzi, miejsca centralne dla dziejów i zapomniane, znane tylko odkrywcom prawdy i filozoficznej esencji. Nie bez znaczenia jest tutaj miejsce, które wybrał autor do życia – zjawiskowe przestrzenie wokół Wielkich Jezior, niedaleko miejsca, gdzie rzeka Niagara tworzy wielki wodospad i stanowi granicę z Kanadą. Latają nad nią wielkie orły (Bald Eagle) i rybołowy (osprey), a pośród zarośli przemykają jelenie i sarny, szopy (rakoon) i amerykańskie oposy. Jeśli do tego dorzucimy częste pobyty autora w chacie, pośród gór Georgii, to zauważymy, że natura pełni ważną rolę w jego życiu, a kontakt z nią jest rodzajem twórczej unii, jakby – po latach i po trudach – odnalezionej jedni.

W takim rozumieniu poezja Giannettiego sumuje doświadczenia życia i sublimuje wiedzę o istnieniu, a w tym bliska jest głębokiej zadumie myśliciela i badacza ludzkich zachowań, ceremoniałów i postaw. W powszechnym biegu cywilizacyjnym, w natłoku wrażeń i informacji, zatrzymuje się nad szczegółem i nad konstrukcją zdarzeń. A wszystko po to, by móc stwierdzić, że szczęście jest w rzeczach naturalnych i najprostszych zarazem: Ale teraz/ odgłos strumienia/ spowalnia/ działanie/ mego umysłu/ i wszystkiego/ w przestrzeni/ znaczeń./ Wymieniam/ oddech/ z powiewem/ i żyję/ nie chcę/ być/ gdzieś indziej/ albo robić/ coś innego. Takie świadome, interaktywne uczestniczenie w rzeczywistości staje się kluczem do poznania, a jednocześnie uspokaja żywioły, umieszcza trwanie na poziomie egzystencji potoku i całej natury. Wszystko w niej ma swoje miejsce i podąża od wzrostu do rozpadu, od inicjacji do dopełnienia ostatniego cyklu. A w świecie ludzkim najważniejsze jest osiągnięcie stanu samoświadomości, dojścia do takiego punktu, który pozwala dostrzec kształt pojedynczego losu i wielu losów zarazem, który daje szansę na stworzenie wizji czystego człowieczeństwa. Poeta sonduje rzeczywistość wierszem, a przy tym oddaje w nim głębię i wielowymiarowość przestrzeni – dociera do jej zakamarków i tajemnych przejść. Często są one widoczne i zarazem niedostrzegalne dla wielu, oczywiste i doskonale nieobecne dla nielicznych, kryjące się pod powłoką zdarzeń i obrazów lub ujawniające się na chwilę, w błysku świadomości, w refleksji poety. Dopiero wiersz odkrywa ich naturalne piękno i dalsze ciągi, połączenia, odnogi i strugi (creeks). Poeta otwiera się na rzeczywistość i chłonie ją jak czyste, górskie powietrze, jak powiew od oceanu. Życie doprowadziło go do punktu zwrotnego, odkąd idzie się już z poczuciem misji, nieustannego czuwania i bolesnej wrażliwości. To otwarcie zmysłów i zarazem zamknięcie się w myśli, w słowie, dało w tym przypadku zdumiewające efekty, zrodziło poezję metafizyczną i naturalistyczną, a nade wszystko sztukę słowa, w której jest prawda o ludzkim dochodzeniu do rozumienia i kojarzenia „tekstów rzeczywistości”.

Giannetti dostrzega w świecie rozpad i rozmywanie się kształtów, ale też deklaruje chęć wyodrębnienia ciepła, odnowienia kształtu i funkcji. Choć widok walącego się domostwa może budzić przerażenie, to zarazem jest on obietnicą odbudowy, jakiegoś nowego początku: Trwożny jest dom/ pośród zimna, utrzymujący ciepło/ ale ogrodzony odkrytą/ starą ogryzioną kością/ walący się, spozierający/ przez zamglone okna/ z nadzieją że starczy opału/ dach się utrzyma i będzie/ mógł stanąć w słońcu raz jeszcze. To jest świat realny i tyleż nadrealny, mający w sobie coś z nastroju snu i fantasmagorii – to jest obraz rodem z siedemnastowiecznego malarstwa flamandzkiego, a przy tym jakiś rodzaj surrealistycznej wizji, jakby malowanej ręką Daliego, jakby odbijającej się w przeciwstawnie ustawionych lustrach Klimta i Braque’a. Refleksja graniczy tutaj z dekonstrukcją, a próba wyodrębnienia szczegółu, z włączeniem go w obręb wszechwładnej całości. Tylko lęk jest autentyczny i przypomina o chwilowym trwaniu, o okresowym wyłączeniu i zamknięciu za drzwiami, ograniczeniu płotem, zastygnięciu w jakiejś symbolicznej pozie. Ileż takich domów powstało od początku świata, ile istnień ludzkich wzdychało do takiej inwestycji, ile też nigdy nie udało się wznieść choćby jednej ściany. Poeta dostrzega funkcję ochronną domu, owo utrzymywanie ciepła, a jednak wskazuje zagrożenia, powszechny rozpad, narażenie na działanie wiatru i wody, kruchość kształtu i wymiaru. Wszystko zatrzymuje się ledwie na chwilę, wszystko podąża ku rozprzężeniu, a to co udaje się człowiekowi dookreślić myślą, co utwierdza on przy pomocy cementu i żelaza, tak samo ma swoja historię i wprzęgnięte jest w ciąg przypadkowych zdarzeń, których finał zawsze jest jednaki: Nieograniczona jest przestrzeń/ i wymiar życiowego przypadku/ ciskającego martwe ciała/ do jakiejś wydrążonej ziemi. To, co wykwita, co unosi się nad gruntem – dom i człowiek – taki sam miewają kres, a ziemia wszystko pochłania, zaciera ślady po bytowaniu, przygładza „fałdy życia”, łagodzi tragizm przemijania i odwiecznej entropii. Charakterystyczną cechą tej poezji jest pojawianie się w wierszach dramatycznej pustki i jakby potwierdzanie, że nicość jest przeznaczeniem bytów, a martwy bezwład i cisza wieńczą ludzki szlak. To jest ta nieuchronna łączność z odwieczną eschatologią, ponurym kresem – to zmieszanie prochów w urnie Ziemi: Będę popiołem w twoim oku/ dziedzicem powietrza/ odnalezionym pośród/ wiatrów świata/ wylatującym z kominów/ opadającym jak pyłek/ dostrzegalny pośród/ przesiewającego wszystko/ czasu i znikający w pustce/ szepczącej ze zdziwieniem/ ostatecznej ciszy. Nikt od tego nie ucieknie i nikt nie zdoła przeskoczyć cyklu powstawania i popadania w proch, bo to są elementarne prawa, które wpisane zostały w strukturę wszechświata. Człowiek winien cieszyć się życiem, korzystać z dobrodziejstw natury, bytowania pośród otwartych i zamkniętych przestrzeni, powinien dostrzegać swoją chwilowość, arytmetykę dni przeżytych i tych, które jeszcze pozostały. Giannetti jest poetą wielkich głębi ontologicznych, które wydobywa z prostych przedmiotów i zwykłych zdarzeń – jest filozofem codzienności i nieustannego pogodzenia z naturą rzeczy. Woli kontemplować rzeczywistość, rysowaną poprzez bieg strumienia (Drawn by the Creek), woli zamknąć się w samotnej chacie, niż burzyć chwilowość, buntować się przeciwko ładowi i kierunkowi istnienia. Już polski romantyczny poeta Cyprian Norwid, który zresztą kiedyś odwiedził Amerykę, wskazywał, że ludzkość nie zdoła przeskoczyć wieczności, nie ucieknie z drogi prowadzącej do grobu. Jego amerykański kolega przyjmuje świat takim, jakim jest i stara się wydobyć z niego autentycznie przeżytą chwilą – szuka takich momentów, które pozwolą mu uwierzyć, że naprawdę istnieje.

Poeci budują sobie w wierszach jedwabne lub tytanowe kokony, stale mówią o sobie, a jednocześnie próbują, jak najlepiej, ukryć się w słowie, stworzyć symboliczny ludzki fantom, esencję słowa i liryczną chimerę. Tutaj – w tej majestatycznej a zarazem prostolinijnej liryce – mamy do czynienia z otwarciem się twórcy na świat i jego polifoniczność, na głębię i na bliskość. Z kolejnych utworów wyłania się subtelne wnętrze autora, które więcej mówi o świecie od wielu szczegółowych opisów i realistycznych przybliżeń. To jest jaźń, która stara się naśladować ład świata, a jednocześnie nie uronić niczego z jego piękna, tajemnicy, nieustannego przepływu impulsów jasnych i ciemnych, ciągłego zyskiwania i tracenia: W dziwnej alchemii/ księżyca znikające/ światło napotyka/ wschodzące słońce./ Promieniejące srebro/ ustępuje wyraźniej/ lśniącemu złotu/ i wszystko staje się widzialne/ pośród porannej ziemi,/ tajemnie utraconej. Świat jest alchemiczną retortą, w której stale, periodycznie dochodzi do rafinacji światła i ciemności, srebra i złota, Księżyca i Słońca. Ale to naczynie, to zarazem dynamiczna świadomość poety, w której także wszystko się przelewa i wrze, zmienia swoją konsystencję – przechodzi znamienne metamorfozy mentalne. To dzieje się w konkretnej przestrzeni personalistycznej, a także w „wielkim umyśle ludzkości”, to ma charakter indywidualny i uniwersalny. Tak było, jest i będzie, bo metamorfoza jest nieśmiertelna i eternalna: Tak może być tylko do końca/ długiego, tęsknego dnia/ albo do końca pokolenia/ do zmierzchu i nastania/ ciemności – do czasu/ gdy mdłe światło/ wschodzącego księżyca/ opowie żywiołową/ historię znaczenia/ w ciemności. Światło i ciemność, wyrazistość i mroczny bezkształt, wszystko razem wpisane zostało w ziemskie bytowanie i stanowi rodzaj ostatecznego ograniczenia. To są ramy, w obrębie których porusza się byt, ale też zwieńczenia, które on pragnie stale przekraczać. Jak na obrazie Rembrandta, przedstawiającego młodą dziewczynę, opierającą się o ramy obrazu i jakby wysuwającą się ku widzowi, bohaterowie liryczni Giannettiego i on sam, wychylają się ku wieczności, ogarniają myślą i refleksją liryczną wielkie, pokoleniowe połacie ludzkiego doświadczenia. To jest dążność do zrozumienia samego siebie i zarazem chęć dopowiedzenia, własnym losem, jakiejś istotnej treści do przeżyć ludzi różnych stuleci i odmiennych przestrzeni egzystencji. Niezwykle ważnym doświadczeniem dla tego poety stały się pobyty w samotni, w górach Georgii, ale ta osobność jest też głęboko w nim, gdzieś w samym środku myśli i lirycznej refleksji. Nieomal daje się wyodrębnić, zatrzymać w kadrze, można ją dostrzec w lustrze wiersza: Łagodnie srebrne plamy/ pojawiły się na niebie/ jak czarne oblicze/ wybuchającej burzy/ przychodzącej skądś/ i atakującej jak bestia,/ opłakującej i rozdzielającej/ błyskami kość i serce/ natury od myśli umiaru./ Płaczący deszcz/ zostawia/ wodne potoki…/ które stoją jakiś czas/ a w nich ziemia/ moknie, tonie i znika./ Bezładne przerażenie/ pojawiło się/ i odeszło. Nasze życie nie jest pozbawione egzystencjalnego lęku, który pojawia się nagle, znienacka i potrafi przeszkodzić w realizacji planów. Szczególnie w górach, w samotności, we obliczu monumentalnej przyrody, człowiek zauważa swoją znikomość, chwilowy charakter jakichkolwiek utwierdzeń, prób obłaskawienia żywiołów. Bycie w górach przypomina człowiecze bytowanie – pomiędzy napłynięciem kolejnego mroku, między mgłami i poświatami, jest czas rozkoszowania się pięknem, czystością krajobrazu i powietrza, niczym nie hamowanego podążania do przodu. Ale to są tylko chwile, jak wszystko, co nas otacza, jak myśli i wspomnienia, jak refleksja poetycka, którą chociaż można zapisać na papierze i zachować w pamięci jakichś generacji. Piękno przeciwstawia się rozpadowi i tworzy w nas iluzję trwałości i ciągłości, tylko skalne zwałowiska, połamane przez wiatr drzewa i rozszarpane ciała zwierząt, przypominają o nieuchronności, o początku i końcu każdego okresu w dziejach, o narodzinach i podążaniu ku śmierci, o chwilowej unii i zawsze zbliżającym się rozłączeniu. Nie bez powodu poeta potwierdza słuszność obserwacji malarza ostateczności: Vermeer miał rację/ Światło kąpie się/ i ożywa jedynie/ w spojrzeniu./ Mgłę postrzegamy/ poprzez doświadczenie lat/ – lęki czekają na zniknięcie/ a promenada barw/ może roztoczyć się/ w czystości wieku –/ to taniec w odkryciu/ wnętrza nagłej wizji/ która może pojawić się/ w punkcie równowagi/ między ślepą sprawiedliwością/ ważącą początek i koniec/ i pozwalającą oślepłej kropli/ na chwilę namysłu/ nad cudowną barwą/ jakiegoś Teraz./ Niech będzie światło. To afirmatywne zawołanie na końcu wiersza potwierdza wiarę poety w zwycięstwo jasności i blasku, a przy tym jest komentarzem do zawartej w utworze teorii równowagi, pojawiającej się w świadomości twórcy i dziecka, istoty nadwrażliwej i rozumiejącej prawa przyrody – docierającej w swoich przemyśleniach do głębi i do struktury wszelkiej widzialności. Idąc przez świat i patrząc na jego fenomeny, autor dochodzi do przekonania, że istnieje łączność pomiędzy spojrzeniem wielkiego malarza, a jego zapatrzeniem na kroplę, zawisającą na brzegu chwili. Wtedy i dzisiaj piękno i owo zawiśnięcie w czasie, odbijały się w oczach kogoś, kto czuje więcej, lepiej i inaczej.

Giannetti wraz ze studentami analizuje wiersze i uczy ich poetyckiego spojrzenia na świat, ale też jego pasją jest zbieranie książek, kompletowanie zbiorów i zajmowanie się niewielkim antykwariatem w Lewiston. To zapewne dlatego w poezji tej różnorakie tomy pojawiają się jako ważki motyw i pretekst do szerszej refleksji nad człowiekiem i jego światem: Zbieram książki/ jak pszczoła miód./ Dbam o nie./ Nigdy mnie nie użądliły./ Zakładam maskę i rękawice/ ochronne gdy ich dotykam./ Dobywam plastra miodu,/ wyciągając go z ula/ Pochłaniam co nieco/ Ale reszta wędruje z powrotem/ słodząc napoje,/ słodycze i popędy./ Przynoszę je w słojach do sklepu/ gdzie mogą leżeć długo na półce/ albo znaleźć drogę do łyżki/ umysłu. Rozlewając się nad/ szaleństwem i smutkiem/ oblepiają usta,/ wykrzywiając kąciki/ uśmiechu z cichym zadowoleniem. Czytanie i pochłanianie kolejnych książek kojarzy się poecie ze zbieraniem miodu przez pszczoły i z oblepieniem ust kwietnym cukrem. Wielu jest takich ludzi na świecie, którzy w swoich domach ustawiają rzędy woluminów, tworzą z nich całe ściany, zapełniają półki i kompletują tematyczne biblioteki. W takiej przestrzeni wypełnionej wiedzą, licznymi fabułami, treściami eseistycznymi i filozoficznymi, czują się bezpieczni i jakby wzbogaceni wszechmocnym słowem. Starczy sięgnąć ręką, a już otwiera się jakiś rozdział, już rozlewa się szerokim strumieniem myśl, ktoś coś opowiada, ktoś o czymś naucza, a wreszcie ktoś dokumentuje powolne umieranie i niemożność zatrzymania przy sobie czegokolwiek, na dłużej. Ale książki mają też swoje losy, osobne życia i poeta zapoznaje się z nimi lub próbuje je odtworzyć. Dlatego pojawia się na, tak popularnych w Stanach Zjednoczonych, okazjonalnych wyprzedażach (real estates). Ludzie wszędzie coś budują, łączą się w pary, zakładają rodziny, wznoszą budowle, gromadzą dobra, a potem – jak mówi polski poeta Jan Twardowski – szybko odchodzą… Jeśli mają jakichś bliskich, ci zajmują się dobytkiem, biorą co im potrzebne, a resztę wystawiają na sprzedaż po znacznie zaniżonej cenie. Często też nikt nie może się zając takim dobytkiem, bo odległości są ogromne, koszty dojazdu zbyt duże, zleca się zatem odpowiednim służbom organizację wyprzedaży. Sprzęty, meble i książki wyposaża się w ceny, a przy wyjściu z domu siedzi jakaś osoba i kasuje pieniądze za wybrane rzeczy. Poeta bierze udział w takich finalnych sytuacjach ludzkich, bo jest antykwariuszem i kocha książki, szuka też odpowiedzi na nurtujące go pytania egzystencji – w tym przypadku już skończonej, na zawsze zamkniętej, pełnej rozprzestrzeniającej się śmierci. Relacjonuje i zarazem tworzy liryczny kontekst dla tych wydarzeń: Biorę wiele książek z domów umarłych ludzi./ Podczas wyprzedaży./ Ludzkie umysły leżą nagie po zgonie./ Wszędzie książki, więcej na podłogach i w kątach/ niż na półkach./ I w szafach, na ścinaczach do cygar,/ na pudełkach z kluczami, na pudłach z szachami -/ nadmiar składników powtórzony w książkach./ Nie jeden, a pięć dużych, pięknych albumów/ sztuki Rembrandta, kilka takich samych Daliego/ Dürera, Vermeera, Moneta, Maneta, Ernsta, Klimta./ Większość nie otwarta./ Leżą tam jak cierpienia,/ wyrażające ich stan./ Przechowywane w sklepach przez zimę,/ nienasycone spoglądają w przyszłość, która nie nadejdzie./ Niezniszczalne w tym obłędnym składzie skarbów. W takim momencie książki i albumy, niepotrzebne i porzucone, przypominają ludzi, którzy stale coś tracą i wciąż odchodzą, gubią z każdym dniem część swojej biografii, zbliżają się do „ostatecznej wyprzedaży”. Smutek i wiedza o świecie promieniują z tych wierszy, które stają się też małymi traktatami filozoficznymi. Pozbywanie się rzeczy, należących do umarłych, jest tak stare jak sama ludzkość i wiele można by tutaj powiedzieć o ceremoniałach związanych z takimi sytuacjami. Giannettiego interesuje jednak symbolika eschatologiczna, wpisana w zakurzone tomy i owa niezwykła możliwość adopcyjna – starczy podjąć decyzję, zapłacić niewielką cenę i już to, co bezdomne zyska nowe miejsce w świecie, to co osierocone, znajdzie kogoś, kto zetrze kurz i ustawi w jakimś ciągu, znajdzie przestrzeń na półce. Poetę boli sytuacja opuszczenia książek i ciągłego odchodzenia ludzi ze świata – patrzy zatem na sterty woluminów i rodzą one w nim refleksje na temat przetrwania: Niezłomne książki, ocalające ludzkiego/ ducha między okładkami./ Niedostępne, po prostu zgromadzone/ przy życiu i zniweczone zasoby zbieracza./ Zmarł bez sięgnięcia po nie/ bez znalezienia ich lub przypomnienia sobie że je miał, że kupił je dwukrotnie/ albo trzykrotnie, będąc pewnym/ że zajmie się kiedyś nimi./ Jego dom stał się/ tajemnym symbolem/ wszelkiego posiadania./ Nadmiaru, zniszczenia,/ Rozdzielenia i rozproszenia./ Nabywając je,/ próbował kupić przyszłość. / Ale waga zbioru/ przywróciła tchnienie teraźniejszości./ Stosy śmieci mogły wreszcie/ poddać się utylizacji./ Nietknięte dobra w szafach i kątach/ obrosły kurzem rozpaczy i śmierci. Zawsze po śmierci przychodzi ktoś, kto podsumowuje dokonania życia, ocenia to, co zostało zrobione i czego nie udało się dokonać. Po zamknięciu stulecia zawsze pojawia się krytyk, który ustala właściwe proporcje, odrzuca układy interpersonalne, przyjacielskie poklepywanie się po plecach i zachwalanie towaru bez wartości. Tak samo po zamknięciu ostatniej karty ludzkiego żywota, przychodzą ludzie zajmujący się pogrzebem i utylizacją, wyceną dóbr i sprzętów. Poeta wskazuje, że śmierć jest właściwie sprawą żywych, to oni muszą o wszystko zadbać, muszą ustalić kierunek pochodu pogrzebowego i jego trasę, a nade wszystko zobligowani są do zakończenia spraw osoby, która nie zdążyła tego zrobić. Ludzie zawsze odkładają wiele czynności na… za jakiś czas, miewają plany, liczne pomysły, które zawsze brutalnie nihilizuje śmierć. Cokolwiek by nie robili i nie mówili, ostatnie zamknięcie księgi staje się cezurą nie do podważenia i zmienia perspektywę, przydaje innych kontekstów znaczeniowych.

Poezja Roberta M. Giannettiego jest próbą opisu świata w jego chwilowych przemianach i cyklicznych utrwaleniach, ale też jest rodzajem komentarza do własnej drogi i do szlaku całej ludzkości. Nikt nie wydostał się i nie wyjdzie poza sytuację ludzką, a świadomość ściśle przypisana jest do narodzin, wzrostu i rozpadu chorowitego, kruchego i cierpiącego ciała. Akceptując cielesność, człowiek akceptuje też prawa obowiązujące w świecie, chroni je przed mrozem i deszczem, zamyka się w chatach i w domach, dostarcza tlenu, pokarmów i płynów – a wszystko po to by mógł zamyślić się nad sobą i nad przeznaczonym mu czasem. By dane mu było spojrzeć na czyjeś losy od początku do końca i wziąć udział w jakiejś finalnej wyprzedaży. Łącząc w swojej liryce zachwyt nad pięknem natury, z pradawnym przesłaniem eschatologicznym, osiąga autor efekt niezwykły. Staje w rzędzie z Edgarem Lee Mastersem i Carlem Sandburgiem, wiele też jest w jego wierszach coś z ulotności strof Billy’ego Collinsa. Ostatni z wymienionych poetów twierdzi, że liryka powinna być ważną częścią każdego dnia, a wiersze winny inspirować do myślenia nad naszą kondycją i przynależnością do rodzaju ludzkiego. Jeśli spędzilibyśmy tylko kilka chwil dziennie na czytaniu wierszy, nasz świat odrodziłby się i zyskał nową głębię. W przypadku Giannettiego warto też wskazać, że poezja staje się epifanią i objawia niezwykłość i urodę rzeczywistości, a przy tym nie zapomina o naszych uwikłaniach i zależnościach. To śmierć i ostateczność najpełniej opisują życie, to pustka najwięcej mówi o tym, co wypełniało dni i noce, miesiące i lata – to odejście jakiejś osoby uświadamia jej brak i nieuchronność ludzkich losów. I tak jak wskazać można elementy konstrukcyjne różnych istnień, tak ryty strumienia mogą nam objawić prawdziwą, wewnętrzną strukturę świata, tak zamknięcie książki staje się kropką na końcu oryginalnego zdania. Umysł poety unosi się nad światem, zawisa gdzieś w niebycie i syntetyzuje, wyodrębnia integralny byt – tworzy wizję łączności i nieustannego rozłączenia, a przy tym nie przestaje marzyć, nie gubi piękna i nie umiera. Choć traci cząstkę siebie w każdej chwili… nie umiera… trwa w objawionym słowie.

A oto angielska wersja tego wpisu:

Robert M. Giannetti (born in 1942) is an American poet. A 1963 graduate of Niagara University, he is also a former US Army officer who did his Ph.D. in English Renaissance literature at Duquesne University in Pittsburgh, Pennsylvania. Later on he worked as a foundation executive and was a management consultant. He went back to education and concentrated on writing and collecting antiquarian books. An adjunct professor at Niagara University, where he has taught creative writing, he is also the owner of Bob’s Olde Books, an antiquarian bookshop in the bucolic village of Lewiston on the Niagara River in New York State. The author of Drawn by the Creek, a 2003 volume of poetry, and numerous magazine publications, he digs deeply into the essence, the core of things, as he tries to come to terms with the basic questions of our existence. Especially in America where people are isolated, living widely apart in detached houses, there is a strong need for dialogue with one`s inner self. Giannetti listens intently to his inner self and explores his own inner world. He is an American, but he is primarily a citizen of a planet orbiting in a larger universe, a planet with its own history, its tyrants and its heroes, its well-known and its forgotten habitations, known only by explorers seeking the essence of things and philosophical truth. Thus, the poet’s choice of a place to live seems to be intentional. He lives in the Great Lakes area on the American-Canadian border, near the majestic Niagara Falls, a historic landscape once forested and teeming with eagles, osprey, deer, raccoons and American opossums. This area today retains some of its bucolic character in the midst of tourism, industrial and farming activity, but it is the poet’s frequent sojourns in the mountains of Georgia, where he stays in a cabin, that define the substantial role nature plays in his life. There his close contact with nature supplies him with creative inspiration and gives him the hard-won sense of unity he has sought throughout his life.

In a real sense, Giannetti`s poetry sums up his own life’s experience and his approach to the nature of existence, and in doing so, he exhibits the deep contemplation of a philosophical observer of human attitudes, rituals, ceremonies and behavior. In the midst of a fast-moving, civilized world, in the barrage of information and sensations, he dwells over a detail and the structure of events. And all this is to enable him to realize that happiness is in the natural world, in the plain and in the simple: “ But now/ the sound/ of the/ stream/ slows/ the action/ of my mind/ and everything/ in the space/ of my senses./ I exchange/ my breath/ with the breeze/ and am living,/ not wishing/ to be/ anywhere else,/ or to do/ anything else.” Such a conscious and interactive participation in the rhythms of reality becomes the key to knowledge and aligns the elements, placing being at the level of a stream and connecting it to the whole of nature. Nature has it all aligned, proceeding from growth to decline, from initiation to the final denouement of the cycle. In human life it is crucial to reach such a stage of awareness, a state of mind that reveals in the contour of a single life`s fate the fate of many different lives, a sensibility that reveals a vision of essential humanity. Giannetti explores his surroundings through his poems, reaching deeply into many dimensions, entering secret places and mysterious passageways. Such places are visible but remain unnoticed by many people, hidden under a cloak of sense impressions, revealing themselves, just for a moment, in the gleam of Giannetti’s gaze. In everyday scenes, Giannetti’s poems convey natural beauty in all its aspects and dimensions. He opens himself to the beauty of the world and absorbs it like the clear mountain air and the flow of a creek. The course of his life experience brought him to a unique sense of mission, one born of a keen sense of observation and a poignant sensitivity.  His sense observations and depth of thoughtfulness produce amazing effects, creating a naturalistic and metaphysical poetry, a verbal art that reveals in every word the truth of the human condition, recognizing and comprehending  “the texts of surrounding reality.”

Giannetti perceives decline and oblivion in the fate of the world, but he also advances a refined sense of the possibility of revitalization. Thus, however frightening the observed condition of a solitary house in winter might seem, the poet sees hope for renewal, for a brand new beginning: “Anxiety is a house/ in the cold, holding warmth but/ surrounded by the old bite seeking bone,/ huddled, peering out/ through fogged windows,/ hoping the fuel lasts,/ the roof holds and that/ it will be possible/ to stand in the sun once more.” This is an image of both a real and a surreal world, suggesting a dreamlike atmosphere through a haunting phantasm. It is uniquely both an image drawn from 17th Century Flemish painting and an evocation of Dali’s surreal visions, giving the impression of a view through two opposing mirrors, one of Braque and one of Klimt. One view is of impending disintegration; the other suggests an attempt to marshal the details into a composition of supreme wholeness. The anxiety is authentic, coming upon the reader all of a sudden, temporarily closing the door and throwing the lock, distancing itself and freezing into a symbolic pose. How many such houses have been built since the beginning of time; how many human beings have such an emotional investment in them; how many people ever succeeded in building even a single wall? The poet emphasizes the vital sheltering function of a house, with all its warmth and safety, but he also points to dangers — pervasive decay and the fragility of its structural elements.

Everything lasts for just a while. Everything is tending toward disintegration, and what man manages to determine with his mind, and what he holds fast with iron and cement, is also subject to a host of accidental events with an obvious ending. “Not confined to the space and status/ that life’s fortune/ assigns to the bound bodies/ in some hallowed ground.”  What grows up high and blossoms, a house or a human being, has the same destiny, and the earth engulfs everything, leveling it all, wiping out any trace of anything ever having been there, everything subject to the pain of the passing away of time in eternal entropy. A distinctive characteristic of Giannetti’s outlook is a sense of emptiness and a certain conviction that nothingness is innate in each being, a fact of each creature’s destiny, with inertia and a dead silence waiting at the end of the trail of human life. His poetry is inexorably eschatological in its blending of ashes in the urn of earth: “I’ll be a cinder in your eye/ heir to the air/ found in the winds of the world/ sweeping from smokestacks/ raining like pollen/ sighing into sifting time/ and vanishing into the void/ whispering the wonder of ultimate silence.” Nobody is capable of escaping his fate, the cycle of living and falling to ashes, as these are the elemental laws inculcated in the structure of the universe.  Giannetti feels a human being should be able to enjoy his life, taking advantage of all the blessings of nature, but should perceive his fleeting and transitory nature, understanding the arithmetic of the years passed and the years to come. Giannetti is a poet of astonishing ontological depth, focusing on simple things and ordinary events. He is a philosopher of the quotidian, constantly seeking reconciliation with nature. He prefers to contemplate his surroundings and the flow of a stream (Drawn by the Creek), to shut himself off in a cabin rather than challenge the evanescence of things and rebel against the order and direction of existence. Back in history, a Polish poet, Cyprian Norwid, having also been in America, pointed out that humanity is not in the position to conquer eternity and evade the path leading to the grave. His American friend also accepts the world as it is, trying to unflinchingly evoke the most authentic moments — those that make him feel he is truly alive.

In Giannetti’s majestic and straightforward lyricism you can recognize the poet`s immersion in the world and its polyphony, its depth and its immediacy. Several poems disclose the subtle workings of Giannetti’s mind, telling much more about the world than any other descriptions or explanations could. This is the self which tries to imitate the world`s harmony and order, not overlooking the slightest glint of its beauty, mystery, its perennial flow of dark and bright impulses, the constant give-and-take: “In strange alchemy/ sinking moonlight meets/ the rising sun./ Radiant silver yields/ to bold, brightening gold/ and all becomes visible/ on the morning earth,/ the magic lost.” For Giannetti, the very world itself is an alchemical process, and there is a constant, cyclic refinement of lightness and darkness, silver and gold, the Moon and the Sun. However, the cauldron of all the processes is the dynamic consciousness of the poet, where everything boils, changes its consistency and undergoes vital mental metamorphoses. This happens on a personal basis as well as within “the amazingly great mind of mankind.” It is both individual and universal, immortal and eternal: “It may be only till the end/ of a long, lingering day,/ or maybe a generation or more,/ till the sunset and darkness,/ and the fainter light/ of the rising moon again/ tell the elemental story/ of meaning in the darkness.” Light and dark, vivid form and formlessness, all this has been ordained for earthly being and becomes a sense of final restraint. This is the framework and range of being`s vibrations and the peaks it wants to scale. As in Rembrandt`s painting of a girl leaning over the picture`s frame and reaching out towards us, Giannetti`s poetic vision, and he himself, are reaching out to eternity, contemplating and touching the enormous breadth of human experience with lyrical intensity. You can see the will to understand oneself; to try to add to the history of the earth’s  peoples over the centuries a scrap of one’s own fortune as an integral and substantial part. For Giannetti it was extremely important to cut himself off from the world in a remote place in mountainous Georgia, but this confinement lies deeply inside him as well, somewhere underneath the surface, at the center of his profound lyrical awareness.  This isolation can be singled out, stopped as in a film frame and clearly seen in the mirror of this poem: “Soft silver smudges/ leave the sky/ as the black visage/ of a bursting storm/ comes up behind/ and attacks like/ a beast, tearing and/ separating flesh from/ the bone of nature/ and heart from the/ mind of sanity./ The weeping rain/ remains/ and water flows…/ then stands still, soaks/ the earth, sinks and disappears./ Random horror has come and gone.” Our earthly life is not free from existential anxiety, which appears all of a sudden, turning our careful plans to ruins.

Especially in the breathtaking mountains, in solitude, set against the monumentality of nature, we perceive our insignificance and the transitory nature of once-thought certainties and attempts to tame the natural elements. Being in the mountains, experiencing the mist and glow of daily twilight, Giannetti takes the opportunity to .contemplate the beauty and purity of his surroundings.  But these are only passing moments. The thoughts and memories, his poetic reflection, must be written down, transmitted and retained in the minds of other generations. Beauty challenges decay and gives an illusory sense of stability and permanence; but the fallen branches of trees buffeted by the wind  keep reminding him of what is imminent – the inescapability of the beginning and ending of all things over time, of birth and death, of temporary union and looming separation. Thus, there is good reason for the poet to confirm the observations of a painter of the finalities: “Vermeer was right./ The light bathes and warms/ all in its gaze./ The haze we peer through/ is the inexperience of years—/ fears waiting to fade/ so the promenade of color/ can dance in the clarity of age—/ dance with the penetrating insight/ of sudden vision that can turn from/ the balance point of/ blind justice/ weighing fore and aft,/ and let the blindfold drop/ with instant attention to the wonderful color/ of the numinous Now./ Let there be light.” This affirmative statement at the end is a compelling demonstration of the notion of balance at the heart of the poem, the kind of balance that appears in the consciousness of an artistic creator and that of a child. Passing through the world and contemplating all its phenomena, Giannetti realizes his connection to the great painter`s presentation of a kind of suspended gaze balanced at the edge of understanding. Back at that time and now, beauty and the sense of stopping time are reflected in the eyes of the poet and the artist who feel and see more than what others see.

As a teacher, Giannetti analyses and interprets poems with his students, teaching them how to look at the world in a poetic way, but he has also developed a passion for collecting antiquarian books, as evident in his bookshop in Lewiston. That is why in his poetry there are important references to different volumes, all resulting in a broader reflection upon man and the world: ”I am a book keeper./ Like a bee keeper/ I care for them./ They have never stung me./ I wear the mask and gloves/ of cultivation/ when I touch them,/ seeking the honeycomb,/ taking it from the hive./ I consume some of it,/ but most goes to others,/ sweetening their drinks/ and confections and dispositions./ Brought to a store in jars,/ it can sit on the shelf for a long time,/ but eventually finds/ its way to the spoon/ of the mind.  Poured over/ madness or sadness,/ it sticks to the mouth,/ turning the corners/ of a smile with silent satisfaction.” There are many in this world who relentlessly collect books, putting them on shelves and arranging them according to theme and subject matter. Ensconced in the space filled with this knowledge, they feel secure, enriched by the omnipotent power of words. They reach out with their hands to open a chapter, dip into a splashing stream of thoughts, find somebody telling them a story, teaching them something, only to find somebody else telling them about a slow passing away of time and of dying, and the inability to make things last forever.  But the books also have their own history and fortune, which Giannetti tries to research and re-create. That is why he goes to estate sales, which are very popular in the U.S.  People are constantly building things, starting and raising families, constructing houses, piling up property, and then — what a Polish poet, Jan Twardowski says– they leave, all too quickly. If they have any relatives, they take over their possessions, taking what might come in handy, and selling the rest of the goods at reduced prices. It very often happens that there is nobody to deal with these possessions because of long distances and expensive transport costs, and in this situation the goods all go to estate sales. The poet takes part in such estate sales. He is a book lover, an antiquarian, looking for elusive answers to questions about human existence.  He reports on such events and their ambience in a lyrical context: “ I took many books from a dead man’s house./ An estate sale./ The man’s mind laid bare in his demise./ Books everywhere, more on the floors and in corners/ than on shelves. And in the closets, weed cutters,/ wrench sets, chess sets—/ a profusion principle repeated in the books./ Not one but five big beautiful Rembrandt/ art books, several of the same Dalis, Durers,/ Vermeers, Monets, Manets, Ernsts, Klimts./ Most unopened./ Lying there, like the wrenches,/ reiterating their statement./ Putting in stores for the winter, voraciously looking/ to a future that never came./ Unconsumed, this manic store of treasure.” At such moments the abandoned books suggest that human beings, who are continually acquiring things, will leave day-by-day a piece of their biographies behind, coming closer and closer to their “estate sales.”  There is sadness and a deep knowledge of the ways of the world radiating from Giannetti’s poems which, in a sense, become small philosophical treatises. Disposing of the things belonging to the dead is as old a ceremony as the whole of human history, and you can describe the rituals in many different ways. What Giannetti is interested in is the eschatological symbolism contained in the dusty volumes and, on the other hand, their eligibility for adoption.  If one can make a decision and pay the price, what was previously abandoned and orphaned, now has somebody else as its owner, wiping the dust off, putting it in the right place on the shelf and giving it continuity. The poet is as suffused with pain when he thinks of books being left behind as he is when he thinks about people themselves passing away. He keeps gazing at the stacks of volumes and that evokes reflections about survival: “Uncracked/ books, holding the spirit of man within their covers./ Never accessed, the accumulation/ merely closing upon the life/ and consuming the resources of the accumulator./ He died without getting to them,/ unable to find or remember/ what he had, buying duplicates / and triplicates to make sure/ he would have them/ whenever it was he intended/ to get to them./ His house was an eerie emblem of all possession./ Profusion, waste,/ redistribution, disintegration./ In buying, he attempted to purchase the future./ But the weight of accumulation/ squeezed the breath from the present./ Garbage heaps at least express/ some joy of utilization./ Untouched goods in closets and in corners/ gather the dust of desperation and death.”

Giannetti`s poetry is a struggle to describe and render the world in its momentary transformations and in its cyclical stabilities, but it is also a commentary on his own way of life and the life of mankind. Nobody has ever gone beyond the human condition and ever will, and our consciousness will always be deeply rooted in birth, growth and the ultimate wasting away of a feeble, emaciated and suffering human body. Accepting his corporeal condition, man must live in harmony with the laws of the whole of nature.  He protects himself from cold, frost, and rain,  shelters  himself  in a house or a small cottage, provides himself with food and drink – all this only to be able to reflect for a while upon himself and the time allotted for him, and to reflect upon the fortune of others in their beginnings and endings,  and take part in some final sale. Giannetti achieves amazing effects by combining in his lyricism the delight and admiration of natural beauty with primeval eschatological realizations.  Here he is akin to authors such as Edgar Lee Masters and Carl Sandburg, and there is also something in common with Billy Collins`s touch of lightness and sense of transitoriness.  Collins claims that poetry should be an important and integral part of our everyday life, and that poems should inspire people to think about the human condition and their belonging to the human race, renewing the world with new dimensions of perception. In Giannetti`s case, we need to mention  the prominence of epiphany, which reveals to us the beauty and charm of everyday surroundings, but at the same time does not overlook human entanglements and dependencies. Death and finality describe life to the fullest; emptiness and nothingness best sum up what is the content of our days. The passing of a person points to the inevitability and imminence of human destiny. So Giannetti looks to the lessons of his and other lives, and to the etchings of a stream running in front of his cabin to reveal the true innate structure of the world, and the symbolic closing of a book becomes a real dot at the end of the original sentence. His mind soars high above the world, and he is suspended somewhere in non-being and endlessness trying to synthesize and integrate all into one. Giannetti creates a vision of endless unity and endless separation, and all the time he keeps on dreaming, never losing beauty and never dying. Although he gives up a part of himself every moment….he does not pass away…. he lives on in the revelation of his words.

Reklamy

1 komentarz

  1. 2010/08/04 @ 1:05

    […] Przeczytaj artykuł: ROBERT M. GIANNETTI « Dariusz Tomasz Lebioda […]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: