NATIONAL GEOGRAPHIC

nationalW szkole podstawowej miewałem różne młodzieńcze fascynacje i jedną z nich była geografia. Pisałem już o moim gromadzeniu polskich periodyków podróżniczych – „Poznaj Świata” i „Kontynentów”, ale dość szybko zacząłem też gromadzić anglojęzyczne wersje pięknego magazynu „National Geographic”. Pismo to szokowało z powodu niezwykłej szaty graficznej, wyrazistych fotografii i znakomitego kredowego papieru. W tym czasie, na takiej „kredzie”, drukowano w Polsce tylko dzieła Lenina, ewentualnie można było kupić albumy wydawnictw enerdowskich, jugosłowiańskich lub sowieckich. Jedynym miejscem w moim mieście, gdzie można było nabyć „National Geographic” był antykwariat naukowy na Starym Rynku. Choć egzemplarze były drogie, kupowałem po jednym, po dwa, przeglądałem, poczytywałem po angielsku, ucząc się w ten sposób po trochu obcego języka. Ileż godzin spędziłem nad fotografiami z Afryki, Ameryki Południowej i Australii, ileż miejsc poznałem dzięki odważnym reporterom i autorom – bywałem razem z nimi pośród wysp Oceanii i Oceanu Indyjskiego, odwiedzałem Atakamę, Danakil, Angkor, Nową Zelandię, lodowe pustkowia Antarktyki i ruiny starożytnego Egiptu. A ile było chwil zadumy nad kosmosem, pięknie prezentowanymi dalekimi planetami, konstelacjami gwiezdnymi lub głębinami morskimi. Dzięki temu periodykowi znałem wiele rzadkich zwierząt i bezkręgowców, zapoznawałem się z roślinami różnych kręgów klimatycznych, a nade wszystko przypatrywałem się ludziom o różnych kolorach skóry i sylwetkach, różnie się ubierających i zajmujących się uprawą roli, hodowlą zwierząt lub po prostu mieszkających i pracujących w dalekich miastach i miasteczkach. Pociągała mnie ta odmienność życia i potrafiłem prawdziwie zatopić się w dalekich rzeczywistościach. W „National Geographic” pojawiły się szybko reklamy nowych urządzeń, takich jak nowoczesne telewizory, magnetofony czy odtwarzacze video, a także estetycznych sprzętów biurowych. Z racji mojego specjalnego poukładania życiowego, patrzyłem z zachwytem na specjalne, żółte oprawy do roczników pisma „Narodowo Geograficznego”, a także na odpowiednie regały do ich przechowywania. Marzyłem, że jak będę starszy, to w swoim domu będę miał wiele takich półek z rocznikami ulubionego periodyku. Oczywiście życie zweryfikowało moje plany, bo we współczesnych mieszkaniach nie ma wolnej przestrzeni na takie zbiory, tym bardziej, że moje miejsce do życia dosłownie zawalone jest książkami. Coraz częściej pojawia się jednak u mnie myśl, że jak będę na emeryturze, poustawiam na pólkach te magazyny i będę się rozkoszował ich przeglądaniem i lekturą… Siedząc w swoim małym pokoiku na bydgoskim osiedlu i wpatrując się w fotografie, studiując załączane mapy, nie wierzyłem, że kiedyś zobaczę te miejsca. A jednak życie bywa zmienne i nieobliczalne. Myślałem o tym, gdy po raz pierwszy lądowałem na amerykańskiej ziemi, gdy potem wracałem do Nowego Jorku i dotarłem na Florydę, gdy odwiedzałem wiele krajów i kontynentów, a nade wszystko gdy spotykałem ludzi przypominających tych, z dawnych barwnych fotografii w „National Geographic”. Teraz, choć regularnie kupuję periodyk w charakterystycznej, żółtej ramce, nie zawsze mam czas na natychmiastową lekturę i dosłowne – jak niegdyś – pochłanianie kolejnych tekstów. Wracam jednak wiele razy w miesiącu do lektury nowego numeru i w ten sposób łączę się z tym młodym chłopakiem, który ślęczał nad atlasami, mapami i zatrzymanymi na zawsze fotograficznymi ujęciami jakiegoś dalekiego świata.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: