SEN IV

Ten sen był jak strumień świadomości – ktoś lub coś mówiło we mnie: zanim odejdziesz spod tego drzewa pozwól że opowiem ci swoje życie urodziłem się w kraju gdzie ludzie myślą że żyć będą wiecznie a gdy umierają mają na twarzy takie zdziwienie jakby zabił ich ulubiony syn jakby zdradziła ich osiemdziesięcioletnia żona ludzie ci pracowici jak mrówki jak pszczoły milczą przy jedzeniu i harując cały dzień na polu często spoglądają na urwisty brzeg morza które wdziera się do ich świata jak chytry drapieżnik ludzie ci moi bracia i siostry nienawidzili mnie od samego początku odkąd jakaś starucha powiedziała nad moją znalezioną w lesie kołyską że urodził się ten który przyniesie ból i łzy odkąd kazała mnie zabić próbowali wiele razy to zrobić ale zawsze znalazł się ktoś – jak choćby Leonard – kto stanął w mojej obronie ktoś – jak choćby stary kowal – kto poruszył ich sumienia w końcu wygnali staruchę i nie słuchali już nawet jak odchodząc skrzeczała – ogień rzuci wam na głowy żelazem rozorze wasze ciała – potem uspokoiło się morze i moi przyjaciele łowili więcej ryb niż zwykle uznali więc babę za czarownicę i ruszyli za nią w pogoń ale nigdzie jej jednak nie znaleźli choć upłynął dopiero tydzień od dnia kiedy opuściła naszą osadę dni mijały po cichu dopóki kiedyś u kowala patrząc jak podkuwa konia nie połknąłem kawałka rozgrzanego do czerwoności żelaza widział to tylko koń i z przerażenia tak wierzgnął nogami że zabił biednego kowala innym razem stałem oparty o studnię gdy przyszedł do niej sąsiad nabrać wody spojrzałem razem z nim w dół i wtedy on coś zobaczył na dnie i z krzykiem – trzeba go ratować – skoczył do głębokiej jak morze studni widziałem jak pogrążał się w srebrzystym oczku wody ludzie zaczęli wtedy szeptać patrząc w moją stronę i przypominać sobie przepowiednie staruchy niektórzy mówili że moja matka spłodziła mnie z diabłem ale jeśli byłem dzieckiem szatana to dlaczego tak bardzo było mi żal tych wszystkich nieszczęśliwców zacząłem unikać ludzi chodziłem po lasach i polowałem na sarny i daniele często przystając nad brzegiem leśnego jeziora patrzyłem na swoje odbicie w wodzie i zastanawiałem się dlaczego jestem tak bardzo nieszczęśliwy czasami przychodziłem na sam skraj boru i patrzyłem w dolinę na małe jak jagody i poziomki postaci ludzi raz zobaczyłem śliczną jasnowłosą dziewczynę która szła przez las w stronę chaty Leonarda zrobiło mi się smutno gdyż wiedziałem że bardzo się kochali i byli ze sobą szczęśliwi nie zazdrościłem im chociaż wiedziałem że z powodu mojej szpetnej twarzy nikt nie da mi podobnej miłości zresztą w moim szałasie ukrywała się starucha z którą kochałem się do woli kiedy dziewczyna przeszła stanąłem o dziesięć kroków od grubej sceny i zacząłem rzucać w nią dla wprawy toporem zawsze mnie to uspakajało rzuciłem mocno i spojrzałem w niebo krzyk który się w chwilę potem rozległ przypominał jęk ranionej łani spojrzałem w tamtą stronę pod drzewem leżała jasnowłosa kochanka leonarda mój topór tkwił w jej głowie nie potrafię powiedzieć skąd wzięła się w linii mojego rzutu przecież minęła mnie już dawno przecież odeszła w przeciwną stronę zastanawiałem się co zrobić w pierwszej chwili chciałem uciekać ale zaraz potem zrozumiałem że nie ucieknie się przed swoim losem postanowiłem więc pójść do jej kochanka i spróbować powiedzieć mu prawdę o tym co się stało właśnie opalał łódź gdy do niego mówiłem słuchał z dziwnym spokojem gdy nagle rzucił we mnie płonącą żagwią uchyliłem się i trafiła ona w jego dom który zaraz zajął się ogniem wtedy Leonard wrzasnął – goreee – i nie wiem czy chodziło mu o mnie czy o dom gdyż poczułem się nagle jakby paliły się we mnie wnętrzności Leonard doskoczył i chciał mnie uderzyć siekierą czy to moja wina że potknął się fatalnie i upadł piersią na jej ostrze dom już dogorywał gdy zbiegli się ludzie i zobaczyli mnie pochylonego nad jego trupem ktoś krzyknął – zobaczcie jak płonie ten diabeł – a to tylko łuna bila od płonącego obejścia trzej mężczyźni zarzucili na mnie sieć i wraz z innymi ludźmi zaprowadzili na brzeg szarego jak moje oczy morza postanowili powiesić mnie na tym drzewie pod którym stoisz zanim zarzucili mi sznur na szyję nadbiegła starucha i zaskrzeczała – już dawno mówiłam żeby go zabić – podeszła do mnie i napluła mi w twarz wtedy grzmotnąłem ją związanymi rękoma pomiędzy zżółkłe oczy i wiem na pewno że przez chwilę jej jęk był podobny do krzyku kochanki Leonarda upadła na ziemię i wsiąkła w piasek jak krew nie pozostawiając po sobie śladu ludzie nie czekali dłużej z zaciętością na twarzach zarzucili mi na szyję pętlę nie męczyłem się długo – wydało mi się że ruszam w drogę…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: