TRĄBKA MAURICE’A ANDRÉ

Nadchodzą święta i czas odpoczynku po dobrze przepracowanych jesiennych miesiącach. Czekam na te kilkanaście dni, bo będę mógł nadrobić zaległości, oddać się lekturze, pracom plastycznym i słuchaniu muzyki. Gdy patrzę na moje pięćdziesięcioletnie życie, to znajduję w nim różne okresy fascynacji dziełami wielkich kompozytorów. Moje młodzieńcze odkrycie orkiestrowych utworów muzycznych związane było przede wszystkim z Beethovenem i jego potężną mocą oddziaływania. W małym pokoiku na moim osiedlu, słuchałem wielkich symfonii, przede wszystkim piątej, czwartej i szóstej, byłem też zauroczony trzecim koncertem fortepianowym i utworami fortepianowymi, takimi jak Sonata Księżycowa, sonata Waldsteinowska op. 53 i Appassionata op. 57, a także sonata skrzypcowa A-dur Kreutzerowska op. 47. Dopiero później nadszedł czas IX i VII symfonii, Fidelia oraz innych utworów tego kompozytora. Jak cenne zdobycze przynosiłem do domu płyty i odtwarzałem je wielokrotnie na gramofonie Bambino. Pojawiły się zatem winylowe czarne krążki z utworami Bacha, Mozarta, Vivaldiego, sporo też nagrywałem na taśmowym magnetofonie, szczególnie barokowych utworów Orkiestry Saint Martin-in-the-Fields, pod kierunkiem Nevilla Marinera. Barok stał się moim ulubionym okresem w dziejach muzyki i w ostatnich latach słucham przede wszystkim Telemanna, Händla, Bacha, Vivaldiego, Scarlattiego, Corelliego, Purcella i Albinoniego. W pewnym momencie pojawiły się w moim zbiorze płyty z koncertami na trąbkę Maurice’a André, francuskiego trębacza, urodzonego w 1933 roku w Alès. Jego wykonania największych koncertów towarzyszą mi w pracy i są często jakby tłem moich myśli. Wspaniale przy nich się odprężam i zauważyłem, że harmonia oraz rytm wykonywanych dzieł, w jakiś naturalny sposób, popychają mnie do pisania, rysowania i malowania. André studiował w paryskim konserwatorium, a potem w latach 1953-1960, występował jako solista orkiestry Association des Concerts Lamoureux. W czasie pracy pedagogicznej w konserwatorium paryskim (był profesorem w latach 1967-1973) poszerzył zakres kształcenia o grę na trąbce barokowej. W ciągu około pół wieku kariery zawodowej, dzięki wielkiej wszechstronności i talentowi, zyskał międzynarodowe uznanie i podziw – gra na różnych odmianach trąbki, wprowadza do repertuaru transkrypcje utworów fletowych, obojowych, skrzypcowych oraz arii operowych, wykonuje utwory zarówno dawne (szczególnie barokowe), jak i współczesne. Nagrał wiele płyt, spośród których sporo mam w mojej domowej kolekcji. Szczególnie lubię jego wykonania Telemanna z Herbertem Von Karajanem, ale też i monumentalne koncerty Haydna na trąbkę. Dzięki portalowi YouTube można prześledzić kolejne etapy rozwoju tego niezwykłego człowieka, jak zmieniał się fizycznie i jak krzepły jego wykonania wielkich dzieł. Wzruszające jest to jego życie z trąbką w dłoniach i to, co potrafi dzięki niej wyczarować. Od wspaniałych wykonań Koncertów Brandenburskich Bacha, poprzez swing do przecudnej urody utworu pt. Le Canari, w którym jego instrument naśladuje głosy barwnych ptaków. Pisząc ten tekst słucham, jak ów jeden z największych trębaczy wszech czasów, gra z orkiestrą w Stuttgarcie Andante Haydna i odpływam, roztapiam się w pięknie czystym, klarownym, rześkim jak dzisiejszy poranek.

W PODRÓŻY

Prawie cały dzień spędziłem w podróży, ale nie mogę go spisać na straty. Za oknami pociągu i autobusów widziałem wiele ciekawych, mglistych, zimnych krajobrazów. Sarenki na wzgórzach i polach, sporo różnych ptaków i wyraziste plamy skrzydlatych drapieżników. Czytałem Zbiór powiastek i esejów Paulo Coelho pt. Być ja płynąca rzeka. Wrócę jeszcze do tej lektury, ale najpierw zaprezentuję ją na wykładzie w moim uniwersytecie. Patrząc na wyrazistą fotografię tego niezwykłego Brazylijczyka, uświadomiłem sobie, że jest bardzo podobny do mojego dziadka ze strony mamy. Umarł on w połowie lat siedemdziesiątych, a ja jako podrostek uczestniczyłem w pogrzebie, który na długo pozostał w mojej świadomości. Dziadek był podobnym typem ludzkim i tak samo się uśmiechał. Muszę stworzyć wyrazisty portret tego człowieka. Podglądałem go jako dziecko w jego szewskim warsztacie. Jeszcze do dzisiaj pamiętam zapach kleju, skórzanych zelówek i drewnianych gwoździków. Wychodziłem z tej samotni obdarowany jakimiś skrawkami skóry, dratwą lub starym prawidłem, z którego czyniłem natychmiast budowlany pojazd i ryłem nim w piachu. Zastanowiły mnie słowa Coelho o wrogach i o tym, że trzeba ich szanować, ale z nimi walczyć. Pisarz mówi też o znakach i może to dostrzeżone podobieństwo jest takim znakiem, a skojarzone ze zdaniami o nieprzyjaciołach, może coś znaczy. Zastanawia mnie to w kontekście podjętych ostatnio działań, o których na razie nie chcę pisać. Przyjdzie na to czas i znajdzie się osobne miejsce na mojej stronie internetowej.

CANTUS FIRMUS

Wspaniałe godziny z nowym zbiorem wierszy emigracyjnej poetki Danuty Kostewicz. Czytałem te teksty wielokrotnie i słuchałem ich, czytanych przez studentów. A wszystko po to, by napisać tekst, który stanie się „Posłowiem” do tej książki, a który też tutaj zamieszczam.

Poezja próbuje odtworzyć strukturę świata i wzbogacić refleksją to, co istnieje przez chwilę, co szybko popada w niebyt. W błysku metafory, w poświacie alegorii i w brzmieniu słowa, pojawia się niezwykła harmonia, często niedostrzegalna poza obszarem wiersza. Prosta egzystencja, bytowanie pośród wielości i powtarzalności bytów, zatopienie się w tłumie i utrata cech oryginalnych, dalekie są od świetlistości i jaskrawości doświadczenia lirycznego. Ono-przód1Poeta widzi głębiej i szerzej, sięga myślą tam, gdzie nie docierają inni, wyodrębnia szczegół z całości i oprawia go w kształt słowa. Wpatruje się w bliską rzeczywistość, ale też profetycznym wzrokiem patrzy w dal, wraca do przeszłych dróg, zatrzymuje i zarazem uruchamia ogromne struktury, dopełnia treścią to, co postrzępione, unoszące się w przestrzeni, chybotliwe i pełne niedopowiedzeń. Czyni tak z poczucia misji wobec świata i wobec własnej sztuki – odkrytego niegdyś talentu do nazywania i zamykania treści w aforystycznej formule. To elementarna wiara, że trzeba zachować ulotność i w taki sposób przeciwstawić się rozpadowi; dopomóc sobie i innym ludziom, wzbogacić czas i przestrzeń o nową jakość – wartość nie do przecenienia i nie do oszacowania. Pisanie wierszy jest próbą zatrzymania czasu, wysiłkiem by nie uronić niczego z ciepła lirycznego oddechu. Poeta chce czuć i mieć pewność, że uczestniczy w ceremoniale najpełniejszego istnienia, że rozpala ogień i zostaje w płomieniu zapisanych słów.

Danuta Kostewicz wielokrotnie udowodniła, że jej doświadczenie poetyckie ma wymiar szczególny, a tworzone wiersze są zdumiewającym darem dla samej autorki i dla jej czytelników. W jej kolejnych książkach, świat odsłaniał się w niespotykanej pełni, w wielowymiarowych obrazach i kształtach, a nade wszystko w brzmieniu słów, które jak nuty, układały się w partyturę chwil i lat, gasnących dni i dopełnionych obiegów planetarnych. Rzadko się zdarza by z wierszy wyłaniała się tak wyraźnie jaźń autorki, studiującej i analizującej doznania, zatrzymującej się nad ziarnkiem piasku, zwęglona gałęzią i klarownym śpiewem (cantus firmus) skowronka. To otwarcie powoduje, że czytając kolejne utwory wkraczamy w obręb niezwykłej intymności i przyswajamy sobie sposób odbioru świata. Autorka potrafi znakomicie stopniować napięcie, modulować brzmienie, dostosowywać się do wymiaru opisywanej przestrzeni – stale też wraca do swoich korzeni. Wnika w naturę i szuka w niej dawnych zachwytów, zauroczeń, liter dziecinnego alfabetu wyobraźni. Tak powstają koherentne ciągi znaczeniowe i metaforyczne, tak rodzi się refleksja filozoficzna, która zatacza kręgi i podąża od starożytności ku wiekom późniejszym i ku teraźniejszości. Zadawane pytania i formułowane sentencje klarują przestrzeń i wyodrębniają takie szczegóły, które tworzą sieć nawiązań, dopowiedzeń, komentarzy i zwieńczeń metaforycznych. Czytając kolejne tomy autorki Punktu – tak funkcjonalnie uzupełniane grafikami Sachy Berèsa – rekonstruujemy rzeczywistość podskórną, docieramy do tego, co niewidoczne, co pulsuje ledwie uchwytnym echem stworzenia, co najpełniej mówi o ludzkim statusie egzystencjalnym. To są wiersze-wykłady i wiersze-pointy, to są treści, które dopełniają każde zdanie wartościujące i zdobią rzeczywistość w taki sposób, że zaczyna ona przypominać przestrzeń alegoryczną i mityczną. Autorka dopełnia w kolejnych lirykach wielką opowieść o sobie i o doświadczeniach jej wrażliwości, o przebytych drogach i o ramach wyobraźni. Jeśli Szymborska próbuje znaleźć przedmiot, zdarzenie, osobę, które mogłyby mówić o całości, to Kostewicz wnika w tkankę samej myśli poszukującej i tak ją moduluje, że staje się ona archetypem, trwałym fundamentem dla wirującego „ja”. W kolejnych książkach i w nowych lirykach ma miejsce, permanentne przybliżanie świata, przyglądanie się mu w następnych odsłonach. To znany i stosowany od dawna zabieg poetycki – wyodrębnianie i zatrzymanie, a potem uruchomianie obrazów. Ale jednocześnie zgoda na ich swobodny przepływ w świadomości, na docieranie do początku i końca, na zamykanie osobnych cząstek, na pointę, na kropkę lub wielokropek. Kontemplacja jest tutaj zarazem dopełnieniem sensu i ustaleniem kolejności zdarzeń: i/ zatoczą się/ pośród trzęsawisk/ sinoczarne łochynie/ w odświętnym połysku/ żuk/ wycofa się ostrożnie/ przybliży brzegi/ swoich planów/ dotknie sedna/ idea porządku. Kostewicz potrafi tak głęboko wniknąć w przestrzeń, że mamy wrażenie, iż jesteśmy blisko skrzydła kraski i korzeni cedru, dotykamy faktury świata i rozmywamy się w świetle poranka. Wszystko tutaj brzmi i tętni, lekko faluje w przestrzeni i umyka poza ramy wyobraźni, poza ułudę snu. Tak wiersz, będąc cząstką intymności autorki, staje się elementem szerszej kreacji, w której czytelnik wirtualny odgrywa ważną rolę. Opowieść o świecie i zdarzeniach życia, o faktach ulotnych i postających raną w pamięci, zawsze jest ukierunkowana. Wskazują na to dedykacje i osoby pojawiające się w utworach, ale też wyrazisty jest szlak rozleglejszy, ku całej ludzkości, ku uniwersum humanizmu. Tylko umysł jednoczący się z innymi wrażliwościami, tylko byt szukający potwierdzenia egzystencji pośród innych istnień, mogą łączyć się ze sobą i tworzyć związki semantyczne, nacechowane wiarą w sens tworzenia. Tutaj ta wiara jest też treścią liryki i dopełnieniem życia, które nieuchronnie umyka, ale też staje się mitem, legendą, opowieścią o czasach i ludziach, o chwilach, gdy świetlistym szafirem/ słońce tonie w tobie

Być poetką, to znaczy dostąpić wtajemniczenia, znaleźć się w gronie istot wrażliwych, patrzących na świat szeroko otwartymi oczyma. To spojrzenie może być rodzajem dekonstrukcji, walorowego rozmycia, czasowego pozbawienia znaczeń, ale – zawsze i pośród wielu wymiarów – będzie też próbą ogarnięcia, pozbierania tego, co rozsypane, zgubione, zdawać by się mogło bezpowrotnie stracone. Właśnie liryka daje szansę powrotu do chwil jedności niezmiennej, która jest w nas i stanowi warunek naszej oryginalności i integralności ontologicznej. W tej sztuce słowa pojawia się żywa tęsknota za archetypem, za modelem i wzorcem, który można by zastosować przy opisie wszelkich zakresów istnienia. Cząstką archetypu może być cały wiersz lub tylko jeden wers, może on się pojawić w mroku, jak źdźbło ognia i może zalśnić pośród dnia jak fiolety lawendy. Często też jest nią element postrzeganego i kreowanego świata, zdawać by się mogło, nieistotny, ale ważny dla całego systemu, dla krajobrazu lub odbicia w wodzie, dla ostrza świadomości, zawsze gotowego do cięcia, do wyodrębnienia szczegółu z całości. Zaletą poezji Kostewicz jest umiejętność wydobycia drobiny lirycznej i takie oprawienie jej w słowa, takie umieszczenie pośród innych cząstek, że czytelnik przyjmuje te wybory, jako jedyne z możliwych, konieczne i skończone, stanowiące wykładnię wiedzy o świecie. Archetyp imaginacyjny rozrasta się tutaj w piękny kształt, który twórcza psychika dopełnia treścią własnej jaźni – w spektralny obraz: pomiędzy niebem a ziemią/ dzień znów unosi/ cantus firmus skowronka/ ani jednej chmury nad kominem/ trwają barwne korowody/ jeszcze nie znieruchomiało/ lato/ jeszcze nie poczerniały łochynie/ pomiędzy niebem a ziemią/ czerwienie maków roziskrzone. To jest rodzaj zawieszenia w przestrzeni i zarazem ciągłego dostrzegania chybotliwości świata. Tutaj uczucia i przeczucia bytują obok siebie, tu barwa zlewa się z dźwiękiem, a zapach jest jak dotyk przedświtu. W takich obszarach róża pełna rosy/ przeczuwa/ urodę dnia, a wiersz staje się hymnem takiego profetyzmu. Łączność i jedność pojawiają się tu w wielu utworach i są wewnętrzną wykładnią trwania, tajemnym mechanizmem, który ożywia słowa i gesty, przydaje teł obrazom i świetlistym przestrzeniom.

W licznych wierszach pojawiało się też, potęgujące się w miarę upływu czasu, pytanie o własny rodowód. Ma ono związek z biografią autorki i jej dzieciństwem, a potem z pierwszymi latami po drugiej wojnie światowej. W nowym zbiorze pojawia się tekst, w którym pytanie o korzenie i pochodzenie rozrasta się i staje się rodzajem autokreacji: tak niewiele o tobie wiem/ siostro mowy aramejskiej/ koczująca we mnie/ z matki obcej zrodzona/ w środku zimy/ najkrótszy dzień zamarzła właśnie/ jeszcze nie naruszony/ porządek rzeczy/ był/ jeszcze ten sam/ krzyk/ to samo tchnienie/ najpierwsze. To próba sięgnięcia do pierwszych chwil życia, to jakby dotknięcie dopiero co urodzonego dziecka i chęć wydobycia z mroku postaci matki. Tutaj także retrospekcja przeplata się z refleksją, a świat kreowany lekko unosi się nad bytem i pozostaje w zawieszeniu, jak retoryczne pytanie: kim jesteśmy, skąd przychodzimy i dokąd idziemy? W takim kontekście zastanawiający jest też tytuł zbioru, proste, wyodrębnione z wielu słowo: Ono. Czy chodzi tutaj autorce o dopiero co urodzone dziecię, czy może o dopiero co wyartykułowane dźwięki, coś nazywające, coś relacjonujące lub oceniające. A może jest to cząstka znacząca, wydobyta z głębin języka, oderwana od pnia wyrazowego (np. ze słowa onomatopeja, albo onomastyka). Jakkolwiek byśmy nie rozumieli tytułu zbioru, zmierzyć musimy się z jego pojemnością myślową i rozległością filozoficzną. To doprawdy znaczące osiągnięcie w dorobku poetki i jakby zestrzelenie w jednym zbiorze tego wszystkiego, co było najlepsze w jej wcześniejszych książkach. To poetycka sublimacja i kondensacja, to jakby ta sama liryka, ale w zagęszczeniu, w takiej konsystencji, która domaga się długiego i konsekwentnego smakowania. Tylko tak dotrzemy do głębi tego przejmującego przekazu poetyckiego i tak jak autorka, dotkniemy sensu, znajdziemy prawdę… choć nie dotkniemy i nie znajdziemy. Tę trudną retorykę zastosował już w swojej poezji Zbigniew Herbert i tutaj też ma ona funkcjonalne zastosowanie. Im dłużej obcować będziemy z ta liryką tym bardziej będziemy się do niej przybliżać i zarazem oddalać. Im głębiej wnikniemy w słowo, tym więcej odkryjemy treści i tym mniej znajdziemy punktów oparcia dla nich. Tak jak każda polifoniczna sztuka, liryka Danuty Kostewicz wymyka się jednoznacznym próbom dookreślenia, prostym opisom i nie godzi się na łatwą aksjologię. Sens leży jednak w ponawianiu prób i częstych powrotach do wierszy, do słów, do wykreowanych światów. Słuchając tych wierszy po raz pierwszy na Florydzie, na balkonie, pośród niezwykłych przestrzeni, zrozumiałem, że są one taką samą tajemnicą, jaką jest cantus firmus skowronka, intronizacja kropli wody i nasze dziwne istnienie. Teraz, po kolejnej lekturze, nie przestaję zastanawiać się nad nimi, nie mogę nie wracać do nich i tak samo – jak za pierwszym razem – jestem nimi oczarowany, oszołomiony, a przy tym zdezorientowany i zagubiony… jakby lekko wytrącony z bytu…

* * *

Wczoraj, gdy stałem na przystanku autobusowym, słońce wschodziło we mgłach i prześwitywało przez nie. Myślałem o tym, jak trudno byłoby to namalować, szczególnie pędzlem. Może specjalne urządzenia do rozpylania farby byłyby tu pomocne, ale to wyższa szkoła jazdy. Było w tym wschodzie słońca coś z aury obrazu Moneta, przedstawiającego most Waterloo na Tamizie, we mgle, ale też był jakiś ledwie uchwytny element ciepła, przenikania wielkiej energii naszej gwiazdy żywicielki. Zagłębiłem się w swoich myślach i patrząc na te rozmycia, rozmazania walorowe, wędrowałem ku uczuciom, które mnie ożywiały i do dzisiaj prześwitują przez mgłę zapomnienia, niepamięci, zgasłego czasu. Zbliżają się święta i czas ubierać choinkę, przygotowywać różne potrawy, porządkować mieszkanie i narosłe sterty papierów. Nadjechał autobus i jeszcze z jego wnętrza rzuciłem raz okiem na ten zdumiewający spektakl porannej natury, a potem zacząłem przyglądać się ludziom wokół mnie. Czynię to zawsze, z wielkim zainteresowaniem, bo każdy człowiek jest dla mnie kimś ważnym i interesującym i każdy ma swoją opowieść i w każdym snują się jakieś mgły…

Newer entries »

%d blogerów lubi to: