POCZTÓWKA Z SENEGALU

Ojciec dr Marek Walkusz, który przebywa na misji w Senegalu, nadesłał kolejny tekst, który chętnie udostępniam czytelnikom mojego bloga. Za oknami zima, wiatr i mróz, więc może ciekawie będzie przeskoczyć na chwilę do tropikalnej Afryki.

Gdy patrzę z podwórka domu rodzinnego w różne strony, prawie wszędzie widzę las. Wiele godzin w nim spędziłem, zwłaszcza w dzieciństwie. Był czas na zabawy, na ścieżynach i w gęstwinie leśnej, zarabialiśmy też parę złotych, sprzedając zebrane owoce. Ostatni urlop też częściowo spędziłem w pięknych hopowskich lasach, szukając grzybów z siostrą i kolegami. Jak tylko pojawię się wśród najbliższych, obowiązkowo, od lat, regularnie biegam po lesie. Las ma coś szczególnego w sobie, to nie tylko liczne, wysokie rośliny, unoszące się wysoko nad ludzkimi głowami, zmieniające się barwy liści, ich szelest, przemieszczające się swobodnie dzikie zwierzęta. Las jest tajemniczy i bez słów objawia swoją potęgę. Nie bez powodu ludzie spieszą do niego, szukając najkrótszej drogi do bóstw. Ulubione miejsce kultu stanowią gaje. Wybiera się fragment buszu, w którym są polanki, do których dostać się można jedną, czasami dwiema wąskimi, ukrytymi w zaroślach ścieżkami. Rosną tam święte drzewa. Na polanach mogą się także wznosić ołtarze, czyli specjalne miejsca do składania ofiar. Jednym z najczęstszych miejsc kultowych w wierzeniach bywa drzewo. Uważano je nie tylko za siedzibę bóstwa czy ducha, ale właśnie pod nim dokonywano ofiar. Jestem proboszczem niewielkiej parafii na obrzeżach miasta. Mieszkańcy naszej dzielnicy to jedni z ostatnich, którzy się tu osiedlili. Nic więc dziwnego, że opuszczając wioski, zabrali ze sobą bogatą tradycję przodków, w zdecydowanej większości chodzi o religijność tradycji animistycznej. Kazamans ma jeszcze powody do radości dzięki obfitym opadom. Ludność tutejsza aż tak bardzo nie spieszy się z wycinką drzew. Mamy więc przepiękne okazy; górujące znacznie nad innymi, o potężnych konarach i rozłożystych korzeniach, które wręcz dopominają się oddania im czci. Niemalże na wyciągnięcie ręki otaczają mnie trzy istotne dla tego miasta miejsca kultu religii animistycznej. Jako proboszcz przewodzę modlitwie wiernym zgromadzonym w świątyni. Podobnie czynności kultowe w innych religiach, gdy mamy do czynienia z kultem publicznym, domagają się osoby przewodzącej. Kobiety gromadzą się oddzielnie na praktyki religijne. Kapłanka tradycyjna, podobnie jak mężczyzna w takiej roli, składa ofiary, które mają charakter krwawy bądź bezkrwawy. Czynności religijne, oprócz ofiar, wiążą się też z modlitwą, inwokacją, błogosławieństwem i pozdrowieniami bóstw lub w ich imieniu.

Ofiara krwawa polega na zabiciu zwierzęcia, ofiara zaś bezkrwawa wyraża się w postaci napojów, jedzenia czy różnych przedmiotów. Dla plemienia diola najczęstszymi produktami, składanymi w ofierze są ryż i wino. Biały płyn z palm, podczas obrzędu, nalewa się do drewnianego dwu-trzylitrowego naczynia z uchwytem, z którego następnie, w odpowiednim momencie, nieco się wylewa, resztę natomiast się wypija. Okazją do składania ofiar są nie tylko uroczystości religijne, ale naruszenia zakazu, obraza bóstw. Każde bóstwo, każda sytuacja wymaga właściwych sobie ofiar. Zazwyczaj w praktyce odbywa się to w ten sposób, że rodzina lub osoba indywidualna przychodzi z określoną intencją, przynosi także ze sobą potrzebne produkty do złożenia ofiary. Przybywają z takimi rzeczami, o które proszą przewodniczący ceremonii. Przy świętych drzewach gromadzą się na swoje obrzędy głównie kobiety. Mężczyźni niekiedy pojawiają się nieopodal, aby coś przy okazji skubnąć z rzeczy, które są składane podczas praktyk religijnych. Głównie interesuje ich wino palmowe. Często też po obrzędzie jest posiłek z wykorzystaniem dóbr przyniesionych do złożenia ofiary. Bywa, że część z tego jest przeznaczona dla osób odpowiedzialnych za miejsce kultu. Wszystkich szczegółów dotyczących ich rytuałów, oczywiście nie znam. Nie zaglądam im do kieszeni, nie wychodzę, aby ich szpiegować. Często dochodzą do mnie różne odgłosy, bądź to śpiewów pogodnych, przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów, (najczęściej są to dwie deseczki trzymane w rękach przez wiele kobiet, którymi rytmicznie uderzają), czy też jak ostatnio miało to miejsce, zawodzenia lamentów pogrzebowych. Pewna wiedza na temat ich sposobu wyrażania religijności dociera do mnie za pośrednictwem niektórych parafian, mieszkających w sąsiedztwie, czy też senegalskich współbraci. Pytałem ostatnio czy często się spotkają. Zdziwiłem się, że poza porą deszczową odbywają się te spotkania przynajmniej raz w tygodniu. Już od rana, w czwartki, gromadzą się, by opuścić miejsce święte w godzinach wieczornych. Niekiedy, z racji na okoliczności, typu ślub, pogrzeb, są one częstsze. Osoby stojące na czele kultu wybiera się na różne sposoby. Generalnie oczekuje się od nich szczególnych walorów moralnych, głównie uczciwości, poszanowania tradycji, przestrzegania specjalnych przykazań. Kapłanką zazwyczaj zostaje ta kobieta, która urząd ten dziedziczy po mężu, o ile on wywodzi się z rodziny z tradycjami kapłańskimi. Można nią zostać w drodze powołania przez bóstwo. Nierzadko bywa, że wybiera się kogoś, kto nie chce pełnić tej funkcji, ale z racji na tradycję i okoliczności nie ma większego pola manewru, by uciec od pełnienia tej funkcji.

W ostatnim czasie, niedaleko nas, tuż za Oussouye, gdzie rezyduje król animistów, w niewielkiej wiosce położonej w głębi lasu, miało miejsce dość szczególne zdarzenie. W tej osadzie jest tylko jedna rodzina katolicka. Oprócz tego jest niewielu protestantów, a pozostali to animiści. Ku zdziwieniu wielu osób, mieszkańcy wybrali na kapłankę kobietę z rodziny katolickiej, która od razu otwarcie zadeklarowała całkowitą niechęć do takiego wyboru. Protestował także i jej mąż, jednak kobiety animistki siłą zaciągnęły ją do świętego gaju. Nadto zabrała ze sobą siedmiomiesięczne dziecko. I co teraz? Według zwyczajów przez sześć dni przebywa się w lesie, w tymże świętym miejscu, w skromnym szałasie wykonanym z liści palmowych. Cyfra „sześć” nie jest przypadkowa, bowiem tydzień w plemieniu diola liczy właśnie tyle dni. Także, co ciekawe, ciągle zmienia się dzień tygodnia, w którym odpoczywają. Następnie, po tych sześciu dniach, mąż składa w ofierze zwierzę, na przykład kozę. Ten akt otwiera drogę do wielkiego świętowania, przez wszystkich animistów z wioski, z okazji objęcia funkcji przez nową kapłankę. Pojawił się tutaj jednakże poważny problem; kobieta wyrzekała się tej roli, jak również ochrzczony mąż nie zgodził się na ofiarowanie zwierzęcia. Nadto ojciec animista, także był przeciwny takiemu działaniu. Sytuacja zaczęła się komplikować. Był to czas wakacji, proboszcz będąc w podróży, nie od razu zajął się sprawą. Mąż zaczął wołać o pomoc. Początkowo bez większego skutku. Proboszczowie sąsiednich dużych parafii podjęli się roli mediatorów, udali się między innymi do wójta. Ten jednak obcy na tym terenie, z innego plemienia, nastraszony został przez animistów. Radzili mu, żeby się nie mieszał, bo to nie jego działka, w innym razie może mu się coś przykrego przydarzyć. Tak więc u niego nic nie załatwili. Spotkali się także z królem, który wyznał, że nie może się za bardzo mieszać w sprawy kobiecego kultu. Uspokajał ich jednak. Przekonywał też, że najwięcej w tej sprawie może zdziałać mąż. Tymczasem sytuacja stała się patowa! Do tego jeszcze dziecko zaczęło poważnie chorować. W tych leśnych warunkach, bez żadnej ochrony, liczne ukąszenia przez komary, stały się powodem pojawienia się malarii. Dni upływały. Przekroczono znacznie limit sześciu dni. Mediatorzy postanowili także spotkać się z mieszkańcami wioski. Ci byli gotowi siłą bronić tego, co postanowili. W porę jednak zostali powiadomieni, że kapłani nie przybywają w celu odbicia matki z dzieckiem, ale porozmawiania i szukania pokojowego rozwiązania. Spotkanie, choć przebiegło w życzliwej atmosferze, nie przyniosło oczekiwanych wyników. Po upływie czterdziestu dni rozgoryczony mąż postanowił, że nie można tak w nieskończoność czekać, poszedł więc do świętego gaju odebrać żonę z dzieckiem. Na szczęście, to odważne wkroczenie do akcji, obyło się bez tragedii. Mężczyzna odzyskał żonę i dziecko. Sprawa miała jednak dalszy ciąg. Obie strony: młoda katolicka rodzina i animiści z woski, musieli stanąć przed sądem. W Ziguinchor bowiem znajduje się oddzielny sąd zajmujący się sprawami, które dotyczącą zwyczajów, problemów międzyplemiennych, niektórych kwestii religijnych itp. Mieszkańcy zostali pouczeni, że sposób ich działania uderza w wolność obywateli i burzy społeczny ład i pokój. Niedoszła ochrzczona kapłanka powróciła z dzieckiem do swojego męża i do domu, jednakże relacje w wiosce zostały mocno nadszarpnięte. Rany będą długo się goiły. Wielu jednak żyje nadzieją, że będzie obustronna gotowość do współpracy. Katolicy, którzy są w mniejszości, doświadczają tu nieraz wyraźnego odrzucenia przez społeczeństwo. Najbardziej jest to dotkliwe w momentach prac polowych. Niski poziom rolnictwa szczególnie domaga się działań wspólnotowych, co zresztą znam sprzed lat, gdy również i mnie było dane ramię w ramię pracować na polach, gdzie gromadziły się dziesiątki osób. W każdym miejscu i w każdym czasie trudno jest żyć bez wsparcia społecznego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: