YADOR

Yador doszedł wreszcie do kresu drogi. Zatrzymał się pośród alei wielkich dębów i klonów, usiadł na poręczy ławki, nogi oparł na odrapanej desce i zamyślił się nad sobą. Jakże długo to trwało, jakże ciągnęło się bez końca. Szarpały nim potężne siły, wiele zmylił ścieżek, wiele błędów popełnił. Ledwie kilka chwil ocalił w pamięci, zaledwie parę zdarzeń uznał za warte wysiłku. Ale dostrzegł też ciągłość swojego trwania, zauważył, że nigdy nie stracił wiary, nie zgubił pewności, iż jest kimś wyjątkowym, a jego życie ma wymiar tajemnego rytuału. By mogła istnieć jego świadomość, by kolejne dni mogły podążać od świtu do zmierzchu, jakaś siła stworzyła Wszechświat, jakaś przeddziejowa moc wydźwignęła byt z nieistnienia, jakiś Stwórca wypowiedział pierwsze słowo i wcielił je najdoskonalej, i wcielił je najboleśniej, i wcielił je najcelniej. Yador patrzył na zwężającą się w dali aleję, na liście poruszane przez wiatr na drzewach, odrywające się i spadające na ziemię. On był takim liściem i jego istnienie też przypominało chwilowy lot, raz wyżej, raz niżej, nagle do przodu i znowu do tyłu. Ale jego byt, jak liść, jak okruch kory, jak nasienie klonu zawirował w powietrzu i nagle, w niewiadomy sposób, i nagle w sposób cudowny, przeniknął sferę widzialną i znalazł się po drugiej stronie. Wtedy oddaliło się zło, wtedy zanikły głosy targujących się duchów jasnych i ciemnych, wtedy pojawiło się w nim uspokojenie. Istniał pośród świata, ale już nie dla niego, siedział na ławce, ale przebywał też w szczelnym schronie myśli i postanowień. Dopiero teraz zrozumiał, że samotność jest darem równie cennym jak bliskość. Zamyślił się i podążył ku cmentarzowi, na którym biegał w dzieciństwie. Zamyślił się i poleciał jak szpak ku starej dobrze mu znanej kaplicy.

Na środku stała ciemna dębowa trumna, a w niej leżał ktoś z twarzą przykrytą czerwoną atłasową chustą. Spod niej odciskały się wyraziste rysy, jakby maski pośmiertnej. Yador widział tego człowieka wiele razy, na jawie i we śnie, w chorobliwych wizjach i w chwilowych wyobrażeniach. Był bardzo stary, miał siwą brodę i z uwagą wpatrywał się w niego. Zza oparów alkoholu, zza mgieł erotycznych obrzędów, pośród dymu nieświadomości, zawsze uważnie patrzył. Nic nie mówił, ale jego wzrok zdawał się sumować i nazywać każdy odruch, każdy krok i kęs, każdą szklankę wody i każdą czarę wina. Zawsze patrzył i zawsze trwał w gotowości by coś zauważyć. Nigdy się nie uśmiechał, nigdy nie zmieniał wyrazu twarzy, patrzył i widział. Jego wzrok przenikał do głębi duszy i znajdował w niej raz po raz jakiś punkt zaczepienia. Siedział na tronie albo na nadmorskiej skale, miał na głowie prastarą mitrę albo wianek z jemioły i jaskrów, z pokrzyw i ostu. Białka jego oczu podbiegały krwią, krótkie włosy były siwe i skłębione, ale układające się w równe fale, opadające nieznacznie nad zawsze pomarszczone czoło. Między zębami szkliły się zimne krople krwi. Trwał w gotowości, patrzył i słuchał każdego słowa. Jego twarz zmieniała się w niedostrzegalny sposób w różowiejącą i błękitniejącą skórę węża. Teraz, w trumnie, przypominał zmurszały pień drzewa, wyciągnięty po tysiącach lat z bagna, wyłowiony z najgłębszych pokładów czarnego mułu. W półmroku biła od niego jakaś mroźna aura i jakiś ledwie dostrzegalny niebieski opar. Nikogo nie było w kaplicy, nikt nie stał obok jego skrzyni. Ale gdzieś w niewidzialnych sferach kotłowały się tłumy mrocznych cieni, kłębiły się kształty półzwierzęce i półludzkie, wyciągały swoje odnóża monstrualne owady, wielkie ptaki trzepotały skrzydłami, a z głębi niebytu wołał jastrząb, pohukiwał puchacz, piszczał kozioł ciągnięty za rogi na rzeź. Yador stanął w otwartych drzwiach kaplicy, a jego cień dotknął trumny. Może mu się zdawało, a może zakłócone światło zadrgało, ale jakby pień w trumnie drgnął, jakby poruszył się niewidzialnie. Nagle ze wszystkich stron zaczęły otwierać się rany, a z nich lała się krew i wylatywały kadłuby jakichś czarnych, czerwonych, czasem złotych i srebrnych fragmentów ciał, jakichś pustych naczyń, jakichś kamieni i gałęzi. Wszystko to spadało na ziemię z hukiem i wiło się meandrycznie. Było w świadomości Yadora i zarazem nie istniało w kaplicy. Nagle ciało w trumnie uniosło się nieznacznie, a chusta spłynęła niżej. Skupiona twarz pojawiła się raz jeszcze, ale teraz oczy miały tylko niewidzące białka i przypominały dwie gnijące cebule. Próbował wpatrywać się w przybysza, ale nic nie widział, na chuście zwisającej jak flaga, przy lewej dłoni, pojawiły się trzy wyrazy, złote mane, krwawe thekel i niebieskie fares. Nie bał się jak Baltazar, bo czuł, że stało się coś finalnego, wiedział, że uczestniczy w ceremonii odejścia, ostatecznego porzucenia. Teraz Yador wpatrywał się w niego z natężoną uwagą, a im bardziej był dociekliwy w tym spojrzeniu, tym on słabł, tym bardziej pogrążał się w sobie. Jeszcze chwila i zniknie bez śladu, jeszcze moment i zostanie po nim ledwie widoczny opar. Powoli cichły drapieżne ptaki, coraz ciszej brzmiała skarga cielca i pustułki, ale stale słychać było jeszcze jakiś wysoki ton, jakby lament tej chwili, jakby lament materializującej się wizji. Dźwięk trwał stale na tej samej wysokości tonu, ale też lekko wirował, jakby niedostrzegalnie narastał. Yador uniósł się nad kamienną posadzką kaplicy i poleciał znowu w górę, jak liść rzucony niewidzialnym podmuchem. Teraz widział cmentarze z wysokości kruka i gawrona, teraz kaplica ukazała swój prawdziwy obrys, jakby przypominający leżącą na brzegu, potrzaskaną łódź.

Teraz stał nad wykopanym grobem i widział biegające po piasku spłaszczone, czarne kałużnice. Liście wpadały do dołu, zatrzymywały się na kopcach żółtego piasku, a potem znowu poderwane w górę zmierzały ku niewiadomemu przeznaczeniu. Stał nad grobem i patrzył na zbliżający się z oddali kondukt. Prowadził go biały cień w szacie kardynała, ze srebrnymi rogami, wystającymi spod mitry. Za nim podążały, niby armia, równe szeregi czarnych cieni, burych pustych habitów, powiewających na wietrze jak sztandary, księżych alb, sutann i komży. Do tego jeszcze płynęły samodzielnie w powietrzu czarne sztandary pogrzebowe z napisami w języku hebrajskim i starocerkiewnosłowiańskim – w środku procesji sunęła w powietrzu, lekko kołysząc się i chybocząc, skrzynia. Pomiędzy płachtami migały przelatujące liście, okruchy czegoś nieokreślonego, strzępy czegoś bezbarwnego. Yador wciąż stał wyprostowany nad grobem i czekał aż pochód przybliży się do niego. Teraz wszystko zaczęło wirować, zataczać ogromny krąg nad wykopanym dołem. Coraz szybciej i szybciej, coraz bliżej środka. W przestworze odezwały się lamenty i krzyki, jakby umierających i zabijanych, jakby torturowanych w najokrutniejszy sposób, aż nagle trumna zsunęła się po obrzeżu wiru i spadła prosto do grobu. Rzucił się na nią z lamentem biały cień, a gdy jej dotknął, znikł bez śladu. Jego kardynalska szata okryła skrzynię, a mitra spadła na wieko i ułożyła się ostrzem ku górze. W tym momencie wir zaczął oddalać się i rozpływać we mgle, a piasek powoli począł zsuwać się do dołu, okrywać sukno tracące krwawy kolor. Gdy zrównał się z powierzchnią, nadleciało bezszelestnie stado czarnych kobuzów i wzorzystych białozorów, usiadło z łoskotem na ziemi i zmieniło się niepostrzeżenie w pagórek grobu. Zaraz też porosła go sprężysta trawa, a u wezgłowia wysunął się przełamany i rozszczepiony na dwoje kostny kikut. Yador odwrócił się i ruszył przed siebie. Po chwili dotarł do miejsca, w którym przez cały czas się znajdował. Siedział na poręczy ławki i patrzył w dal. Czuł, że zdarzyło się coś ważnego dla jego życia, ale też wyrywał się ku nowej wizji. Już zaczynała majaczyć w jego umyśle, już zaczęły go dochodzić tęskne śpiewy gregoriańskie. Stał oto przed ołtarzem katedry i zakładał na siebie brązowy habit. Nikt mu w tym nie pomagał, nikt w obrzędzie nie uczestniczył. Wszędzie brzmiały chóry, stale potężniała śpiewna msza. On założył już nowe odzienie i teraz rozkoszował się tym, że oto stał się nowym człowiekiem. Spojrzał do lustra i zadrżał jak mięsień przecięty przez ostrze miecza…

* * *

Granatowe chmury spowiły niebo i prawie zasłoniły księżyc w pełni. Ogromna kopuła wygląda ponuro, złowrogo, jak w powieściach grozy i na obrazach Caspara Davida Friedricha. Światło satelity przeciska się przez podłużne obłoki, które wyglądają jak ślad ogromnej łapy. Jakby jakiś wielki potwór zranił przestrzeń bezlitosnym szarpnięciem, jakby jakiś przedwieczny mocarz zadrapał niebo. Żyjemy w obliczu grozy i majestatu natury, codziennie budzimy się do nowych zadań i włączeni jesteśmy w wielkie systemy kosmiczne. Nasze życia są drobinkami ciepła, chwilowymi iskierkami, zagubionymi pośród lodu wszechświata. Tak jak gwiazdy, istniejemy tylko w przyszłości i we wspomnieniach, teraźniejszości nigdy nie dotykamy.

XXXI MIĘDZYNARODOWY LISTOPAD POETYCKI

Ostatnie dni pędziły z ogromną szybkością i zaniedbałem nieco mój dziennik. Święto narodowe i wiele wolnych godzin pozwolą mi nadrobić zaległości. Najpierw relacja z XXXI Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu. Uczestniczyłem w pracach Jury Konkursu na Nagrodę Literacką tej ważkiej imprezy i wraz ze Zbyszkiem Gordziejem i Andrzejem Dębkowskim, nagrodziliśmy książkę Leszka Żulińskiego pt. Ja, Faust (Warszawa 2008). W uzasadnieniu napisałem: Autor stworzył zbiór wierszy, w którym osiągnął niezwykły balans pomiędzy własnymi doświadczeniami, przywoływanymi zdarzeniami i postaciami, a wielkim, rozrastającym się przez wieki mitem faustycznym. To trudne zadanie poetyckie okazało się ze wszech miar udane, bo ta książka należy bez wątpienia do ważniejszych osiągnięć liryki polskiej w ostatnich latach. Marzenie o nieśmiertelności i wiecznej młodości oraz próba wyjścia naprzeciw siłom niewyobrażalnym, zajmowały tak wielkich pisarzy jak Goethe, Marlowe, Mann, Mickiewicz i stały się też kanwą wielu utworów muzycznych, dzieł malarskich i scenicznych. To raczej utrudnienie, które wkalkulował w swoją próbę odważny autor. Tak powstał zbiór, który można czytać na różne sposoby i znajdować w nim stale nowe treści. To jakby wykład starzejącego się poety na temat świata i ludzkości, a nade wszystko próba przekazania prawd uniwersalnych, wobec których zawsze staje byt. Tom Żulińskiego rodzi liczne pytania, skłania do zastanowienia nad szczegółem, ornamentem chwili i nad wielkimi pytaniami egzystencji. To są wiersze, w których skrapla się mądrość filozoficzna i alchemiczna – utwory, które długo pozostają w pamięci i wracają wielokrotnie jak echo dalekiego wołania, jak echo wieków, które odeszły i dopełniły przeznaczenia wielu poszukiwaczy kamienia filozoficznego. Pytania o zagadkę miłości i samotności zawsze pozostają w zawieszeniu, bez odpowiedzi, a odważni mędrcy kończą jak historyczny Faust. Chodzi jednak o takie zadawanie pytań, jak w nagrodzonej książce i takie formułowanie sentencji lirycznych by czytelnik mógł swobodnie wędrować ze średniowiecza do współczesności i z ułudy do ułudy. Do nagrody nominowaliśmy też Romualda Mieczkowskiego za tom pt. Nikt nie woła (Wilno 2008), Lillę Latus za Jutro to najpiękniejszy dzień tygodnia (Warszawa 2008), Kazimierza Ivosse za List otwarty do poety Kennetha Rexrotha albo poemat egzystencjalny (Wrocław- Oldenburg 2008), Ryszarda Biberstajna za Słychać tylko szept (Leszno 2008), Marię Magdalenę Pocgaj za Na deszczu pękniętej strunie (Poznań 2008) oraz Mariusza Cezarego Kosmalę za zbiór pt. Sequel (Chełm 2008). Międzynarodowe Listopady Poetyckie wrosły głęboko w moje życie i kojarzą się z licznymi zdarzeniami, spotkaniami z ludźmi i miejscami. To podczas nich zaprzyjaźniłem się z Tadeuszem Śliwiakiem, Andrzejem Kaliszewskim, Zbyszkiem Jankowskim i Anną Janko, z Heleną i Zbyszkiem Gordziejami, z Andrzejem Zaniewskim i Markiem Wawrzkiewiczem, z Tadziem Wyrwą-Krzyżańskim i Piotrem Kuncewiczem i wielu, wielu innymi. Także z licznymi poetami zagranicznymi: Hatifem Janabi z Iraku, Renato Vasquezem-Velazquezem z Gwatemali, z wieloma Grekami, Ukraińcami, Litwinami i Rosjanami, z niezwykłym Wietnamczykiem o pięknym nazwisku Lam Quang My (Cichy Jasny Las), z Czechem Liborem Martinkiem i polskim poetą mieszkającym w USA Adamem Szyperem. Wielu z nich tłumaczyło potem moje książki na języki obce i na zawsze pozostanią już w moim życiu, obok innych znaczących postaci.

W tym roku byłem na dwóch lekcjach poetyckich – w Poznaniu i w Ślesinie koło Konina. Jak zwykle spotkanie z młodzieżą i nauczycielami było dla mnie budującym doświadczeniem. Zacznijmy jednak od samego początku, czyli od inauguracji – tutaj, obok maratonu poetyckiego, moją uwagę przykuł niezwykle interesujący wykład prof. Stanisława Kowalika pt. Kontury poezji w poświacie współczesnej psychologii, który został wzbogacony licznymi dopowiedzeniami i refleksjami. Po południu pojechaliśmy autokarem do Cichowa, gdzie mieści się skansen zbudowany z części scenografii przygotowanej do filmu Andrzeja Wajdy Pan Tadeusz. Tworzą go lamus, wozownia, spichlerz, stajnia, stodoła i kurnik. Na jego terenie odbywają się corocznie wystawy i imprezy plenerowe poświęcone Mickiewiczowi, polskiej twórczości filmowej i kultywowaniu staropolskich tradycji. Tam, we wnętrzu wspaniałej karczmy, rozmawialiśmy, biesiadowaliśmy i dzieliliśmy się anegdotami. Okazało się, że nawet burmistrz pobliskiego Krzywinia – Paweł Buksalewicz – pisze aforyzmy. Tak, w atmosferze jak z narodowej epopei, minął wieczór, wyszliśmy na powietrze, a ja podążyłem na bok, pomiędzy drzewa, by popatrzeć na konstelacje gwiezdne, które na wsiach, w otwartej przestrzeni, są wyrazistsze niż w mieście. Na wschodnim niebie królował Orion i Byk, doskonale też widać było – na północy – Andromedę i Kasjopeję, a na zachodniej części nieboskłonu spostrzegłem Łabędzia, Orła i Lutnię. Na środku, z zachodu na wschód widać było ledwie dostrzegalną smugę Mlecznej Drogi, na którą patrzyłem przez nagie witki młodych brzóz. Te gwiazdy pojawiły się też w moim śnie, gdy usiadłem w autokarze i prawie natychmiast zasnąłem – dopiero ruch w pojeździe, przy hotelu, obudził mnie i powędrowałem do pokoju, który w tym roku dzieliłem z Renato, moim tłumaczem, na język hiszpański. Następnego dnia pojechałem z Pawłem Kuszczyńskim, Gebru Seifu (niezwykle sympatycznym poznańskim Etiopczykiem) i Szczęsnym Wrońskim do Konina, a stamtąd do Ślesina, gdzie miałem spotkanie autorskie w Gimnazjum (wrócę jeszcze do tego spotkania w nowym wpisie). W południe pojechaliśmy do zajazdu Stary Koń, gdzie niezwykle sympatyczna pani Dyrektor Konińskiego Domu Kultury ugościła nas posiłkiem. Znam się trochę na gotowaniu, więc mogłem docenić jakość przygotowania i smak potrawy, którą w tym przypadku był sznycel wolowy z kurkami i niespodzianką, którą okazała się spora krewetka. Wszystko w fantazyjnym sosie z dodatkiem ziemniaków pieczonych lub gotowanych, licznych surówek, znakomitego żurku oraz wybornego piwa z beczki. W doskonałych nastrojach ruszyliśmy do poznania, gdzie po powrocie, w Sali Białej Urzędu Miasta Poznania, miał miejsce – to nowość podczas Listopadów – Wieczór prozy i muzyki klasycznej. Aleksander Machalica i filharmonicy poznańscy stworzyli wspaniałą aurę i dostarczyli nam wielu wzruszeń. Świetny i niezwykle wyrazisty aktor, czytał też fragment mojej, pisanej właśnie powieści pt. Bromberg  i była to dla mnie lekcja brzmienia, słowa i nastroju. Wsłuchując się w skomponowane przeze mnie zdania, myślałem o dalszym ciągu powieści, który rysuje się w moich myślach i marzeniach, ale czeka mnie jeszcze sporo pracy nad ostatecznym kształtem tekstu. Muzyka Bacha i oryginalne utwory występujących, wspaniale dopełniały wszystko i wieńczyły kolejne fragmenty opowiadań, powieści i powiastek. Spotkanie poznańskie zakończyło się jak zwykle ucztą u Aleksandra Tecława, który kocha poezję i co roku przygotowuje dla nas wiele dań, udostępnia nam piękną salę, pozwala się bawić i cieszyć własnym towarzystwem. Organizatorom tej, ze wszech miar pożytecznej i mądrej imprezy, należą się gorące podziękowania i gratulacje za dopięcie wszystkiego na ostatni guzik, co przecież nie jest łatwe. Wiem doskonale jak trudno zdobywa się sponsorów i ile trzeba nachodzić się w urzędach, by zorganizować tak wielką galę. Brawo Koledzy i Koleżanki, brawo Zbigniew Gordziej i poznański oddział Związku Literatów Polskich, brawo…

DORIS LESSING

Pamiętnik przetrwania Doris Lessing rozgrywa się w bliżej nieokreślonym czasie i miejscu, w obliczu jakiegoś globalnego kryzysu. Aurą i stopniowaniem napięcia, przypomina wielkie angielskie powieści utopijne – Nowy wspaniały świat Huxleya i 1984 Orwella, ale ma w sobie też coś z tajemniczości i magii Władcy Much Goldinga, może też sporo z Widzialnej ciemności, tegoż autora. To narracja starszej kobiety, która próbuje żyć w czasie dokonującej się apokalipsy i jednocześnie surowo ocenia to co się wydarza i to, co może nadejść. Żyje w lęku i może dlatego zaczyna odbierać impulsy z innej, nieznanej rzeczywistości. Stając przy ścianach swojego domu, przenika je i wchodzi do jakiegoś wynaturzonego i zwierciadlanego świata. Żyją w nim dziwni ludzie i wszystko jest brudne, zniekształcone, jakby dawno pozostawione przez jakichś mieszkańców. Urok prozy brytyjskiej pisarki polega na tym, że w mistrzowski sposób operuje ona planami i swobodnie, z lekkością wkracza w rewiry fantazji. Dokumentuje w ten sposób pokrewieństwo antytetycznych światów i przeczucie, przekonanie wielu ludzi, że obok nas jest wiele rzeczywistości pokrewnych, hipotetycznych, prawdopodobnych lub skrajnie niemożliwych. To jest taki moment w życiu ludzkości, gdy brakuje wszystkiego, ludzie kryją się w domach, a dzielnice miast przemierzają bandy młodocianych wyrostków, sfrustrowanych panienek i czujących się ich panami chłopców. W takiej rzeczywistości wszystko jest możliwe i każdy dzień przypomina poprzedni i zapowiada następny, taki sam. Nikt nie może być pewny swoich losów i nic nie może wpłynąć na polepszenie sytuacji. Lessing wprawnie kreśli obraz dzielnicy, w której mieszka główna bohaterka i zarazem stopniowo wprowadza nas w obręb jej niezwykłej psychiki. Mamy zatem do czynienia ze skupiskiem rozpadających się bloków, z jakimiś zdemolowanymi placami i ulicami, na których gromadzą się bandy i spotykają ci, którzy gotują się do wymarszu ku innym częściom miasta. Narratorka żyje w północnej jego części, gdzie jest jeszcze w miarę spokojnie, ale w południowej partii dochodzi stale do grabieży i dantejskich scen: Częścią naszego codziennego życia stały się ostrzeżenia, najpierw przez pogłoski, potem przez oficjalne komunikaty, że gangi penetrują taki a taki rejon, którego mieszkańcy ukryli się w domach, by przeczekać niebezpieczeństwo, że nowe gangi zbliżają się do tego czy tamtego rejonu, którego mieszkańcom doradza się strzeżenie swego życia i mienia, że inna dzielnica, uprzednio zagrożona, jest znowu bezpieczna. Może z powodu zagrożenia i nieustannego rozpatrywania swojej sytuacji, bohaterka ucieka ku światom równoległym i zaczyna odbierać z nich ukierunkowane komunikaty. Ludzkość od dawien dawna szuka przejść do innych światów, zastanawia się nad granicą śmierci i próbuje przeniknąć do rzeczywistości duchowej (jeśli taka istnieje), ale też od samego początku marzenie to, czy tęsknota, wystawiane są na gorzkie rozczarowania. Tymczasem kobieta, opisywana przez Lessing, otrzymuje od losu taki dar i nagle zaczyna wnikać w inną głębię: przez wijący się błękitny dym patrzyłam, jak żółty blask słońca układa się w skróconą, rozszerzającą się smugę, czyniąc ścianę na środku jakby wyższą niż po bokach. Patrzyłam na lśnienie i migotanie żółci, patrzyłam, jak gdybym słuchała, myśląc przy tym, jak wraz ze zmianą pór roku zmienia się kształt, rozmiar i pozycja tej smugi porannego światła… i nagle przedostałam się przez ścianę i poznałam, co tam się znajduje. W pierwszej chwili potrafiłam tylko stwierdzić, że jest to jakiś kompleks pokoi. Pokoje wyglądały na opuszczone. Może od lat. Nie było mebli. Farba łuszczyła się tu i ówdzie na ścianach i zalegała cienkimi płatami podłogę, wraz ze strzępami papieru, martwymi muchami i kurzem. Autorka wykorzystuje tutaj hipotetyczne rozważania fizyków na temat innych wymiarów, ale  – za sprawą równoległości światów – przesuwa też swoją narrację w obręb literatury science fiction, która aż roi się od prób opisu zwierciadlaności kreowanych przestrzeni.

Pewnego dnia, do rzeczywistości narratorki wkrada się coś nowego – oto nieznany mężczyzna pojawia się w jej domu i pozostawia w nim trzynastoletnią dziewczynkę imieniem Emily. Nakazuje zaopiekować się nią i natychmiast znika, a Lessing tak opisuje te zdarzenia, że czytelnik nie ma pewności czy miał do czynienia z wizytą kogoś ze świata równoległego, czy też jest to wynik trudnej sytuacji w czasach kryzysu, kiedy to ludzie, z braku środków do życia, decydują się oddawać swoje pociechy na wychowanie tym kobietom, które będą mogły tego dokonać. Sytuację komplikują jeszcze późniejsze odkrycia starszej kobiety, która migrując ku sąsiadującej z jej domem głębi, zauważa że tam także jest jakaś Emily i jacyś ludzie nią się zajmują, stale mają do niej jakieś pretensji i głośno manifestują niezgodę na to, co ona robi. Dziewczynka nazywa się Cartright i pojawia się na kartach powieści wraz ze swoim zwierzęciem, które – w zgodzie z poetyką utopii – jest psem, ale z pyskiem kota, albo kotem, ale z ciałem psa. Czytelnik do końca nie będzie wiedział, czy ma do czynienia z fantastycznym tworem, czy też jedynie cechy tej brzydkiej hybrydy powodują zatarcie wyznaczników gatunkowych. Początkowo bardzo grzeczna i zadowolona z nowego miejsca pobytu, Emily szybko zaczyna manifestować swoją niezależność. Jak dorastająca nastolatka zaczyna się stroić, wędruje też do grup rówieśników, gromadzących się na ulicach. Niestety zaczyna dramatycznie tyć, co powoduje, że grupy ją odrzucają, a czarę goryczy przepełnia próba zapoznania kolegów i koleżanek z Hugonem – owym zwierzęciem o nieokreślonej rasie. Te wydarzenia i rozmowy z nową opiekunką spowodowały, że dziewczyna zaczęła z kolei bardzo dbać o swoją linię, zaczęła się stroić i szybko wróciła w obręb ulicznych grup. Odrzucenie dało jej jednak rodzaj dystansu i w sytuacji wyboru, nie zostawiła ona nowego domu, zwierzaka i opiekunki. W chwili, gdy uformowała się duża grupa, ruszająca na plądrowanie południowych dzielnic, melancholijna i zatopiona w swoich myślach  Emily, pozostała z narratorką. Ta przez cały czas ją obserwowała, co nawet przerodziło się w rodzaj obsesji, jakiejś dramatycznej próby zrozumienia tej tajemniczej istoty. Opowiadając o niej, zastosowała pisarka elementy prozy psychologicznej, pogłębionej przez różne narracyjne wynalazki, takie jak właśnie owa iluzoryczność i lustrzana multiplikacja światów, jak przeplatanie się wątków i odsłanianie tajników cudzej jaźni, poprzez odsłanianie własnych nastawień, kompleksów i egzystencjalnych wyborów. Jak nieznajomy, wyłaniający się z ognia w powieści Goldinga, tak Emily wychodzi, nie wiadomo skąd i pozostaje w realnym świecie starszej kobiety. Ma wpływ na kształtowanie się zdarzeń, ale jednocześnie godzi się na to, że jej opiekunka nie ingeruje w jej wybory i rozstrzygnięcia, a jedynie obserwuje, siada przy zgaszonym świetle i wraz z Hugonem patrzy przez okno w ciemność, na ledwie widoczne grupy młodzieży, do których wychodzi i z którymi identyfikuje się dziewczyna. Samodzielność powoduje, że wkrótce do jej życia wkradną się groźne rytuały przejścia. Pozna przywódcę młodzieży imieniem Gerald, który uczyni z niej swą kochankę, a potem wielokrotnie będzie ja porzucał dla innych kobiet. Może dlatego Emily zaprzyjaźni się też z Jude Ryan, dwunastolatką, której będzie matkować i która z czasem stanie się także jej dziewczyną do łóżka. Lessing wprowadza na karty swojej powieści lekko tylko zakamuflowane elementy feministyczne i ukazuje miłość lesbijską jako alternatywę dla męskich zdrad i nieustannego poniżania kobiet. Gerald jest typowym samcem, bez głębszych uczuć, a jedynie w ramionach Jude współtowarzyszka narratorki może odgrodzić się od świata. Inna sprawa, że ta rzeczywistość jest wypaczona, jakoś monstrualnie zdeformowana przez kryzys i ludzi. Żyją w niej takie zmutowane twory jak Hugon, Emily, Jude i bandy dzieciaków, zamieszkujące podziemia dawnego metra. Tutaj poniżenie i pozostawienie kogoś własnemu losowi jest na porządku dziennym, a jedyną bronią jest zamknięcie się w enklawie własnego pokoju lub położenie się do łóżka.

Dalsze wydarzenia piętrzą się i narastają lawinowo, aż dochodzi w ostatniej scenie do całkowitego zlania się światów i rozmazania obu rzeczywistości. Jeszcze bohaterowie zobaczą jakieś monstrualne żelazne jajo, które nagle rozpadnie się, po czym nastąpi unicestwienie, przypominające wybuch bomby atomowej. Tak utopia Lessing kończy się w nierealnym rozmyciu, tak wraca do nicości to wszystko, co zostało poczęte siłą wyobraźni: ten świat przedstawiający się tysiącem drobnych błysków, natłok małych scenek, zarysy nowego obrazu, wszystko nietrwałe, zwijał się, w miarę jak się weń zagłębialiśmy, zwijał się w sobie, znikał, zmniejszał i przepadał – wszystko: drzewa i strumienie, trawy, pokoje i ludzie. Powieść ukazuje trudne związki międzyosobowe, z którymi autorka miała wielokrotnie w życiu do czynienia. Jak dokumentuje to jej autobiografia, od samego początku borykała się z trudną nadopiekuńczością jej matki, która kontrolowała i ściśle przestrzegała godziny i cykliczny charakter posiłków, prac domowych, a nawet wypróżnień. Mieszkając przez wiele lat w Rodezji, czuła się Lessing wielokrotnie zagubiona i rozczarowana, a jej matka urosła w wyobraźni dziecka do rozmiarów monstrum. To zapewne dlatego do końca nie zgadzała się, by zamieszkała ona z nią w Anglii i skazała ją na umieranie w samotności. Konflikt z matką, w przetworzeniu i twórczej kreacji prozatorskiej, znalazł swoje odbicie w licznych powieściach tej pisarki, a tutaj – w Pamiętniku przetrwania – znalazł swoją utopijną idealizację w opisie stosunków pomiędzy Emily i narratorką. To jakby najgłębsze tęsknoty i pragnienia autorki, chęć obdarowania kogoś wielkim uczuciem i dania mu życzliwości, ciepła, miłości. Autorka tak dalece modyfikuje związki międzyludzkie, że aż tworzy rodzaj unii idealnej, rzadko pojawiającej się w świecie istot rozumnych. Nic nie jest w stanie zburzyć tej bliskości, ani dziwne zachowania Emily, ani jej ucieczki do Jude i do Geralda, nawet jej uwielbienie dla dziwnego zwierzęcia. Kobieta opowiadająca historię przetrwania, która przecież jest także narracją o rozpadzie świata, tworzy wokół siebie aurę akceptacji, pełnego zrozumienia i wręcz adoracji „przybranej córki”. Wybacza i nieustannie kontempluje ten dziwaczny świat, prowadzi grę, ale w ostatecznym rozrachunku kieruje się uczuciami. Kimkolwiek by nie był człowiek i w jakiejkolwiek by nie znalazł się sytuacji, tak długo jest istotą rozumną, póki nie traci swoich ludzkich odruchów i potrafi trzeźwo ocenić sytuację. Starsza kobieta z tej powieści ma umysł niezwykły, który potrafi pogodzić się z upadkiem i świata i stworzyć na potrzeby ostatnich dni coś na kształt anty-świata. Tam się chroni i tam w końcu dociera, zamykając wieloznacznie opowieść. Wchodząc w alianse z partią komunistyczną i ruchami feministycznymi, niosąc bagaż negatywnych przeżyć rodzinnych, stworzyła Lessing utwór terapeutyczny, który zapewne dopomógł jej ocaleć w życiu. Jak ważne było to przetrwanie, przekonaliśmy się w 2007 roku, gdy autorka uhonorowana została Literacką Nagrodą Nobla. Szkoda, że na okładce polskiego wydania tej książki umieszczono wyrwane z kontekstu zdanie Olgi Tokarczuk, które brzmi jak zdanie z Ferdydurke Gombrowicza: Dla mnie Lessing jest wielką autorką. Także dalszy ciąg wypowiedzi polskiej pisarki, zamieszczony na odwrocie książki, nie przystaje do głębi i wieloznaczności prozy tej niezwykłej Angielki. Lepiej przyjmijmy formułę z „Houston Chronicle”: Powieść, którą świetnie się czyta… po części science fiction, po części XIX-wieczna proza realistyczna. Oddziałuje na czytelnika z niesamowitą, mistyczną wręcz mocą…  Choć daleka od ujęć religijnych, książka Lessing ma rzeczywiście wielką moc i pozostaje długo w wyobraźni czytelnika.

KLOPSY

Raz w miesiącu przygotowuję ogromne ilości klopsów, które można zamrażać i wykorzystywać co jakiś czas jako danie obiadowe. Robię je tak: najpierw mielę półtora kilograma mięsa (szynka wieprzowa lub schab), dodaję dwa małe bochenki chleba Graham, które także przepuszczam przez maszynkę do mięsa. Mielę też kilka ząbków czosnku, jedną cebulę, ze dwie świeże marchwie, jednego ogórka kiszonego. Dalej przez maszynkę przechodzi siedemdziesiąt dekagramów sera Edamskiego lub Gouda. Wszystko razem mieszam z płaską łyżeczką pieprzu, dwoma dużymi łyżkami soli, dodaję sporo zmielonego oregano, bazylii, majeranku, odrobinę – również zmielonych – tymianku i estragonu, trochę kminku, gałki muszkatołowej oraz pietruszki i koperku. Teraz raz jeszcze wszystko mielę i powstaje gęsta masa, z której można formować dobrze lepiące się klopsy. Mogą to być płaskie sznycle lub tradycyjne baryłkowate kształty, ale ja często robię też klopsiki w formie kuleczek, które nadają się znakomicie do ziemniaków, makaronu, a także jako nadzienie do podłużnych bułek oblewanych roztopionym serem i wieńczonych keczupem lub jakimś sosem. Klopsy należy smażyć na patelni, w oleju rzepakowym, zalane do jednej trzeciej wysokości, na średnim gazie. Przygotowana masa spieka się na brązowo i klopsy mają wtedy chrupiącą skórkę. W trakcie lepienia, można do środka wkleić kawałek sera mozarella lub włożyć suszoną śliwkę z kilkoma rodzynkami. Trzeba jednak przez cały czas czuwać przy smażeniu i obracać klopsy, bo nieuwaga powoduje ich spiekanie i przypalanie. Najlepiej zrobić je lekko brązowe, bo potem możemy je jeszcze raz dopiec przed podaniem na stół. Nie używamy jajek, co pozwala danie zamrażać i przechowywać w komorze lodówki lub zamrażarki. Gdy ktoś lubi, można w ostatniej fazie, tuż przed podaniem, posypać nasze klopsy rozdrobnionym serem mozarella i odstawić z ognia. Przykrycie na chwilę pokrywką spowoduje, że ser się roztopi i utworzy na upieczonym mięsie swoistą fakturę, zachęcającą do jedzenia. Uwaga; produkt finalny, z racji połączenia licznych elementów, jest bardzo tuczący, a z racji wybornego smaku, niezwykle zachęca do dokładek.

WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

W tym roku pojechałem na groby z Olą, dla której wyprawa na moje dawne osiedle – Błonie – jest zawsze  jakąś przygodą. Tutaj się wychowałem, na obrzeżu miasta, przy dzielnicy Jary, tuż przy dwóch cmentarzach. Na tym większym jest grób mojego brata, który zmarł po trzech miesiącach życia. Tu także znajduje się miejsce spoczynku mojego dziadka, a babcia pochowana jest na cmentarzu przy Kossaka. Najpierw tam poszliśmy na chwilę, a potem weszliśmy na obiad do mojego dawnego mieszkania na Błoniu. Piwnice mają tam dobre właściwości konserwacyjne i Ola uwielbia ogórki kiszone mojej mamy. Po posiłku i rozmowach ruszyliśmy na cmentarz na Jarach. Obok wymienionych wyżej osób z mojej rodziny, odwiedzam na nim lub choćby patrzę z daleka na groby kolegów i koleżanek z podwórka. Tuż przy płocie, niedaleko od naszej szkoły, jest grób Wandy, dziewczyny, która otruła się gazem, gdy chodziłem do liceum. Przy ogrodzeniu drugiego boku cmentarza, ulokowano z kolei grób Andrzeja, mojego antagonisty z podwórka, a zarazem kolegi, z którym jeździłem do sali bokserskiej Zawiszy. Na drugim, mniejszym cmentarzu, pochowano Wojtka, z którym w piwnicy trenowałem kulturystykę. Na obu nekropoliach znalazło też miejsce wielu moich znajomych – ludzi, z którymi zetknęło mnie życie. Inny kolega z podwórka, który zginął pod kołami samochodu, sąsiedzi, rodzice moich kolegów i koleżanek, mieszkańcy z mojego bloku. Tuż przy wielkim krucyfiksie, na środku cmentarza, ma swój grobowiec ks. Prałat Jerzy Gołębiewski, z którym robiłem książkę o parafii św. Trójcy. Właśnie dzisiaj, przy bramie cmentarza spotkałem Andrzeja Adamskiego, niezwykle uduchowionego człowieka, z którym także współpracowałem, przygotowując tę publikację. Wielu jeszcze ludzi, wiele wspomnień i wiele śmierci mógłbym tutaj przywołać, bo przecież to jest moja dawna rzeczywistość, w której tkwiłem przez ponad dwadzieścia lat, prawie przez połowę dotychczasowego życia.

Moje opowiadania i wiele wierszy rozgrywa się, ma klimat lub dzieje się w tymże,  symbolicznie przetworzonym obszarze. Tutaj się wychowałem i karmiłem moją wyobraźnię obrazami grobów, trawiastych polan, które szybko zapełniały się czarnymi granitowymi pomnikami i ziemnymi mogiłami z brzozowym krzyżem. Tutaj graliśmy w piłkę, tak – właśnie na cmentarzu. Biegaliśmy po wąskich alejkach, wspinaliśmy się na drzewa morwowe i całymi godzinami tkwiliśmy na nich, opychając się kwaskowatymi owocami. Na te pola śmierci patrzyliśmy też z pobliskich wieżowców i rozkoszowaliśmy się widokiem zniczy, stawianych pierwszego listopada. Te desenie ognia miały w sobie coś z pogańskiego obrządku i przenosiły nasze myśli ku rytuałom inicjacyjnym. Dopiero po latach, gdy przeczytałem Władcę much Goldinga i Dolinę Issy Miłosza, zrozumiałem jakie siły igrały wtedy w nas. Ile to razy chodziłem późnym wieczorem alejkami cmentarzy i przyglądałem się płonącym zniczom, przystawałem przy naturalnej wielkości krucyfiksie, z realistycznie oddanym ciałem Chrystusa, ile razy zasypiałem w moim domu, zaledwie dwieście metrów od bramy pierwszej nekropoli i od grobu mojego brata. Tu odniosłem w ósmej klasie wielki triumf, gdy wuefista zorganizował biegi przełajowe i wymierzył tysiąc metrów wokół większego cmentarza. Pobiegliśmy wielką bandą, bardzo szybko, wręcz z wariacką furią i… ja wygrałem, dobiegłem szybciej od moich silniejszych i wyższych kolegów. Właśnie wtedy ujawniły się moje możliwości sportowe i zacząłem regularnie chodzić na treningi do klubów Gwiazda, Polonia i Zawisza. Kilka dyscyplin uprawiałem z wielką pasją, a więc szermierkę (szabla), piłkę nożną na bramce, boks i kulturystykę, a na koniec, gdy jako ratownik musiałem stawiać czoła różnym narwanym koleżkom, ćwiczyłem się w sztuce walki. Zawsze dawałem sobie radę z bardzo trudnymi przeciwnikami… (…) Tak minął kolejny pierwszy dzień listopada i powędrowałem z córką ku ulicy Nakielskiej, a dalej pojechałem do centrum miasta i z Wyścigowej do domu. Miliony zmarłych, tego dnia wraca do życia,  we wspomnieniach, w świadomości niezwykle poruszonych, równie wielkich rzesz ludzkich. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…

Newer entries »

%d blogerów lubi to: