ZNACZKI POCZTOWE

Mam dosyć duży zbiór znaczków pocztowych z przedstawieniami ptaków, choć dawno mam już za sobą młodzieńcze ekscytacje tym hobby. Nowe meble w moim pokoju i możliwość poukładania wszystkiego od początku, spowodowały, że wyciągnąłem też klasery z innych szaf i ulokowałem je na nowym miejscu. Przy okazji rzuciłem okiem na moje zbiory, spośród których na uwagę zasługuje zestaw znaczków z ptakami i liczne serie z wizerunkami i zdarzeniami związanymi z Janem Pawłem II. Technika druku i powielania posunęła się bardzo do przodu i nawet malutkie kraje emitują duże ciągi tematyczne. W moim klaserze na pierwszych stronach jest barwna seria z niewielkiej Gwinei Równikowej, przedstawiająca niezwykłe ptaki z całego świata, a więc amazońskie tukany i australijskie kukabury, drobne ptaki kanarkowate, zielono-żółte papugi, zimorodki, różne wikłacze, jest też szczygieł i ptak altanowy, biały gołąb i pleszka, a także puchacz, jakaś dziwna, egzotyczna sowa i koliber. Papugi pojawiają się też na dwóch moich seriach z Kambodży, a niezwykle urodziwe, może trochę wydłużone przedstawienia różnych żołn, dzierzb i srok prezentuje edycja z Wietnamu. Mam też bardzo ładną polską serię, która w czasach, gdy miałem naście lat była obiektem moich pożądań filatelistycznych. Gdy handlowałem znaczkami z kolegami, czasem trafiały mi się pojedyncze cząstki z tego zestawy, ale cała seria była wtedy dla mnie za droga. Teraz pewnie ma sporą wartość i przedstawia: dzięcioła zielonosiwego, sójkę, wilgę, dudka, podróżniczka, czyżyka, sikorę bogatkę i ziębę. Z kolei znaczki z Paragwaju prezentują różnorodność ptaków Ameryki Południowej, spośród których wyróżnia się zdumiewający dzięcioł w kolorze lusterek naszej sójki, a więc granatowo-biały, z elementami błękitu i z kontrastową czerwoną głową. Inna moja polska seria ukazuje ptaki mniej zgrabne, mające jakiś nadmiar, a to nieproporcjonalny dziób, jak u bekasa, a to duży tułów jak u cietrzewia i głuszca. Jest też stadko batalionów, kuropatwy, gołąb grzywacz, bażant i ślicznie ubarwiony kaczor naszej kaczki krzyżówki. Przy tej serii eksponuję znaczek z Ruandy, który także w czasach mojej podstawówki miał wielkie wzięcie u młodych kolekcjonerów. To jest przedstawienie lądującego czarno-czerwonego ptaka afrykańskiego, którego tożsamości do dzisiaj nie rozszyfrowałem. Ciekawe są też znaczki z krajów Ameryki Środkowej, w tym przede wszystkim z Karaibów. Mam zatem serie różnych ptaków z Nikaragui oraz kolibrów z wysp św. Tomasza i Książęcej, Barbadosu i Trynidadu i Tobago. Jest też ciekawy zestaw z Rumunii, przedstawiający ptaki europejskie, w tym te najbarwniejsze i dziwną odmianę różowawej wrony. Sporo ptaków drapieżnych pojawia się na znaczkach szejkanatów arabskich, niewielkich wysp Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego, ale są one też na seriach japońskich, chińskich, laotańskich i koreańskich. Jedne z ciekawszych rysunkowych stylizacji ptaków znajdziemy na walorach z Mongolii, Gabonu i Węgier. Na znaczku z blokiem z Nowej Zelandii jest dynamiczne przedstawienie pingwina cesarskiego, a seria kubańska prezentuje skrzydlate zwierzęta wymarłe, w tym słynnego dronta dodo z Mauritiusu. Jakież to kiedyś były handle – siadaliśmy z kolegami, czasem też i koleżankami, na schodach klatek schodowych i godzinami wymienialiśmy się pojedynczymi znaczkami i całymi seriami. Przepuszczaliśmy przechodzących ludzi i dalej toczyliśmy spory czy dana seria ma tę samą wartość co inna, właśnie wymieniana. Z racji tego, że mieszkaliśmy w małych mieszkaniach, na osiedlu Błonie, klatki schodowe służyły nam jako miejsce tych różnych transakcji filatelistycznych. Dzisiaj niektórzy z tych handlujących są już po drugiej stronie życia, może w lepszym świecie, a może po prostu w nicości. Ryśka z czwartego piętra zabiła postępująca choroba kości, mięśni i stawów, Wojtek i Andrzej popełnili samobójstwo, inny Andrzej zamarzł pijany na jakiejś ławce. Miras chodzi po mieście od knajpy do knajpy, a jego syn siedzi w więzieniu za morderstwo. Inni poszli do szkół, na studia, gdzieś przepadli pośród świata. Jakież było moje zdumienie, gdy idąc Piątą Aleją w Nowym Jorku spotkałem dawnego kolegę z podwórka, z którym wiele razy wymieniałem się znaczkami. Przesiedzieliśmy całe popołudnie w jakiejś restauracji i wróciliśmy też myślami do tamtych naszych ekscytacji. Może na emeryturze wrócę do zbierania znaczków pocztowych, ale teraz inaczej już do tego podchodzę. Kiedyś fascynowały mnie kolory, egzotyka, znak wodny, a teraz znaczek jest dla mnie interesujący, gdy pobudza moją wyobraźnię pisarską. Stąd ten zapis, który znacznie pewnego dnia poszerzę w pisanej książce o moich młodych latach.

JUBILEUSZ TADEUSZA WYRWY-KRZYŻAŃSKIEGO

Byłem w Pile na Jubileuszu twórczości Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego. Pojechałem samochodem wraz ze Stefanem Pastuszewskim i po drodze rozmawialiśmy o różnych ludziach i zdarzeniach ostatnich lat. Stefan należy do tych niewielu literatów, którzy są prawdziwymi pasjonatami pisania. Bezinteresownie pomaga ludziom, publikuje w „Akancie” wielu debiutantów i wspomaga tych, którzy już zaznaczyli swoją obecność na poletku literackim. Od pewnego momentu promuje też wyraźnie Tadzia, który w pełni na to zasługuje. Jubileusz został przygotowany ze smakiem i cieszyło mnie to, że mój przyjaciel zebrał tyle gratulacji, odznaczono go odznaką Zasłużony dla Kultury Wielkopolski, przyjechało wielu kolegów, między innymi Jerzy Grupiński i Ryszard Danecki. Na chwilę ożyła atmosfera dawnych spotkań literackich, bez zawiści, z uściskami dłoni i rozmowami o poezji, prozie, o ostatnich ekscytacjach. Wraz ze Stefanem wygłosiliśmy laudacje krytycznoliterackie, a potem braliśmy udział w wystawie malarstwa i rysunku Tadzia. Jego obrazy przedstawiają jakąś tajemną rzeczywistość, jakby rodem z wierszy Leśmiana, jakby rodzącą się na granicy niezwykle barwnego marzenia i snu. Natomiast rysunki piórkiem ukazują światy mroczne i komiczne, uwikłania ludzkie w seksualność i zależność od innych bytów. Widać jak pracowity był nasz przyjaciel, jak pieścił kreskę, ile ważkich godzin spędził nad tymi pracami. Z okazji Jubileuszu ukazała się kolejna książka Tadeusza – Rysunki na murach – do której napisałem Posłowie. Niewielu jest poetów, którzy w tak konsekwentny sposób drążą pokłady języka i stale od nowa oświetlają rewiry, które pojawiły się na początku twórczości. W tym przypadku jest to dom i wszystkie atrybuty z nim związane, a więc mury, mieszkania, ściany, dachy, ruiny, itd. Wszystko razem ujęte w ramy wielkiej ludzkiej tęsknoty za miejscem wybranym i odgrodzonym od zabójczej zewnętrzności. Sto lat Tadeuszu i wielu kolejnych godów literackich. Jesteś prawdziwym artystą i autentycznym pisarzem. Powtarzam to, co powiedziałem w Pile, przeminą dni i miesiące, przeminą lata, odejdą różni krzykacze, spadną ze stołków urzędnicy, a Ty zostaniesz w swoim mieście z wyboru, w Czarnkowie, Poznaniu, Warszawie, zostaniesz jako wielka wartość polskiej literatury.

TRYNIDAD I TOBAGO

Nasi piłkarscy emeryci wygrali z San Marino: dwa do zera. Na samym początku zespół przeciwników nie strzelił bramki z rzutu karnego. Mecz przypominał okolicznościowe spotkanie dziennikarzy z księżmi lub aktorów z piosenkarzami, może reprezentacji strażników z więźniami. Każdy biegał, gdzie mu się podobało, kopał piłkę gdzie popadło, a nasz dumny holenderski trener robił poważne miny i analizował poczynania swoich podopiecznych. Pytanie za pięć złotych: jaki kraj zatrudnia trenera, który niczego nie osiągnął z reprezentacją Trynidadu i Tobago? Jaki kraj nie zwalnia trenera, który niczego nie wywalczył na Mistrzostwach Europy?

ŚWIETO ŚLIWKI

W ciągu dnia sporo prac przy komputerze i w porze obiadowej kwalifikacje Kubicy, który tym razem wypadł średnio. Niestety znowu nie mam Internetu, co staje się, co jakiś czas, regułą na moim osiedlu. Ta firma Gawex, to chyba najgorszy z możliwych dostarczycieli tej usługi. O wpół do szóstej wieczorem wsiadłem na rower i pojechałem za miasto. Zwykle droga na Włóki świeci pustkami, a dzisiaj zdumiały mnie długie korki samochodów. Okazało się, że zaraz na obrzeżu urządzono Mistrzostwa Pomorza i Kujaw w skokach na koniach, przez przeszkody. Postałem trochę przy ogrodzeniu i popatrzyłem jak sobie radzą te piękne zwierzęta i ich „dosiadacze”. Jest coś nienaturalnego w tym, że konie zmuszane są do takich dziwactw. Nie zapomnę jak kiedyś, parę kilometrów dalej, przyglądałem się kilku takim zwierzakom, pasącym się na morenach polodowcowych – przechodzących spokojnie z miejsca na miejsce, skubiących trawę i rżących radośnie. I ten cudny źrebak, który biegał wokół ogiera i klaczy, prychał, ocierał się o ich grzbiety i kładł się raz po raz na ziemi. To była kwintesencja końskiego szczęścia i zarazem piękny obrazek, ilustrujący uroki Polski. Żałowałem wtedy, że nie miałem przy sobie aparatu, bo miałbym piękną sesję z tymi cudami natury. A tutaj pełno samochodów, jakichś namiotów, specjalnych przyczep do przewożenia koni, jakieś grille, stoiska i ten pożal się Boże niewielki tor przeszkód. Jacyś dziwacznie ubrani ludzie, w charakterystycznych dżokejkach i wysokich butach przymuszali konie do przeskakiwania jakichś belek, styropianowych murków, przeszkód wielokrotnych. Z mieszanymi uczuciami ruszyłem dalej i okazało się, że korki nie maleją. Jakoś przecisnąłem się jednak do przodu i stwierdziłem, że właśnie dzisiaj, w Strzelcach Dolnych, jest Święto Śliwki. Gdy przez ostatnie dziesięć lat jeździłem tędy samochodami, autobusem, albo maszerowałem na piechotę do Nowicjatu Zgromadzenia Ducha Świętego w Chełmszczonce, gdzie miałem zajęcia z przyszłymi zakonnikami, widywałem jedno, dwa stoiska, potem może kilka i parę samochodów. Dzisiaj byłem zszokowany, bo to już jest wielka impreza, ze sceną i grającymi zespołami, z wieloma, wieloma straganami i czym tam jeszcze. W powietrzu latali motolotniarze, na okolicznych polach stały dziesiątki, jeśli nie setki samochodów, policja kierowała ruchem i stale ktoś trąbił, hałasował, przepychał się do przodu.

Z ulgą przecisnąłem się przez sznury aut i ruszyłem dalej. Pogoda była piękna, niebo bezchmurne, powietrze czyste i rześkie. Liczne czarne bzy, owoce dzikiej róży i jarzębiny już w pełni dojrzały, widać ruch na polach i w ogrodach, a z ptaków zostały jeszcze jaskółki, czasem przemknie sójka, sroka, trznadel, na drutach wysiadują synogarlice. Minąłem budynek Nowicjatu i pojechałem przez Trzęsacz do Włók. Po drodze miałem wysoki podjazd na wzgórza, skąd rozpościera się wspaniały widok na parki krajobrazowe Dolnej Wisły. Trudno się dziwić, że osiedlali się tutaj menonici i kochali tę ziemię jak rodzinną  Holandię. Postałem na szczycie podjazdu, popatrzyłem na leniwie płynącą Wisłę i ruszyłem w kierunku szosy Gdańskiej. Mój nowy rower spisuje się znakomicie, jest szybki i ma mocną konstrukcję, ważny jest też bagażnik, gdzie mogę coś zabrać ze sobą lub przywieźć do domu z lasu, z pola lub łąki. Na drodze do Gdańska, jak zwykle, wielki ruch, przemykają TIR-y, suną z zawrotną szybkością auta osobowe. Nie lubię jeździć rowerem tą trasą i w przyszłości będę się kierował na Trzeciewiec, gdzie jest wielka wieża telewizyjna. Stale w pamięci mam historię bydgoskiego rowerzysty, który jadąc ruchliwą ulicą zgodnie z przepisami, został zabity w makabrycznych okolicznościach przez nieuważnego kierowcę. Jakoś przecisnąłem się do Borówna, przejechałem wspaniałą, chronioną aleję dębów i skręciłem do Strzelec Górnych. Stamtąd pomknąłem do Jarużyna i zjechałem długim zjazdem do Fordonu. Mój rower rozpędził się do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, w czym mu zresztą dopomogłem, dusząc mocno co jakiś czas na pedały. Po paru minutach byłem już w domu, gdzie w piwnicy zerknąłem na rowerowy licznik. Okazało się, że w dwie godziny przejechałem trzydzieści kilometrów i nawet nie poczułem zmęczenia. Widać nie jest jeszcze ze mną tak źle, ale jednak muszę planować te wycieczki na więcej godzin i przede wszystkim bezpieczniejszymi drogami.

SEN (II)

Wielkie stada nietoperzy, gawronów i kruków umykały w popłochu, ku fioletowym i czerwonym firnom nieba. Wszechwładny, wielki Księżyc pojawił się nad horyzontem na wschodzie i przyoblekał wszystko martwą poświatą. Szedłem powoli równym krokiem, a moja atłasowa, czerwona szata falowała dostojnie przy każdym ruchu. Srebrne hafty na piersiach i plecach przedstawiały ryby z głębin oceanu. Miałem na głowie szpiczasty kaptur z otworami na oczy i kolcem jeżozwierza na szczycie, a na serdecznym palcu, rubinowy pierścień najwyższego kapłana. W obu dłoniach dzierżyłem, przyciśnięty do piersi, topór ze szczerego złota, którego drzewiec cieśle wykonali z polerowanego hebanu. Na bose stopy wsunąłem sandały ze skóry węża i słyszałem wyraźnie jak skrzypią przy każdym nacisku. Moje kroki były wyważone i poruszałem się do przodu jakbym słyszał równe takty specjalnie skomponowanej, żałobnej muzyki, rytmiczne uderzania w bębny i kotły, fanfary trąb i szarpnięcia skrzypiec. Nikt tego nie słyszał, ale we mnie snuła się też daleka pieśń, jakby wołanie z głębi wszechświata, jakby nieustający pomruk szamana. Spętany czarny derwisz szedł powoli, pewnie, jakby doskonale znał miejsce swego przeznaczenia. Jego scytyjska zbroja połyskiwała od blasku pochodni i chrzęściła metalicznie przy każdym ruchu. Za nami wolno, ale równomiernie podążali trzej aborygeni i afrykański czarownik, z kością słoniową w nosie, szły piękne, nagie kapłanki miłości, okryte różnobarwnymi tiulami,  dalej oddział białych i fioletowych aniołów sunął lekko nad ziemią, a za nimi podążały też liczne rzymskie centurie, stada owiec i antylop, rycerze krzyżowi i kolorowy tłum w turbanach i czamarach. Doszliśmy na wyznaczone miejsce, na środku pola walki, gdzie jeszcze leżały ciała pokonanych i czarne ptaki szarpały je bez litości. Jeden z oddziałów ustawił podest, okrył go czerwonym aksamitem i umieścił na nim ścięty pień dębu. Czarny wszedł po schodach i podążył ku niemu. Ani przez chwilę się nie zawahał i patrzył dostojnie w dal, jakby sondował daleką przestrzeń i pogodził się ze swoim losem. Dwaj mocarni żołnierze chwycili go i pchnęli ku pniowi, a ja podążyłem za nim. Wzniosłem topór i wypowiedziałem święte słowa zemsty: zrodziła cię nicość i odchodzisz do niej zhańbiony i bezbronny. Zabijałeś kobiety i dzieci, odbierałeś życie starcom i dokonywałeś rytualnych mordów na zwierzętach. Teraz na zawsze opuszczasz ten świat i wkraczasz do krainy nieistnienia. Myślałem, że zapłacze, że wykrzyknie jakieś słowo, może uroni łzę, zaciśnie zęby, ale on tylko splunął siarczyście na pień i przyłożył do niego głowę. Nie czekałem dłużej, świsnąłem ostrzem w powietrzu i błyskawicznie odciąłem łeb bestii. Potoczył się po podeście, a ciemna krew trysnęła do podstawionego kosza z trocinami. Jeden z osiłków podniósł głowę i pokazał ją tłumom. Nie było jednak wiwatów, bo nawet po śmierci nienawistny derwisz wywoływał lęk w sercach ludzi, aniołów i zwierząt. Tak zakończyła się wielka bitwa na obrzeżach czasu i nicości, tak odszedł bezlitosny mocarz czerni, pan przelanej krwi, tak zamknął się ostatni rozdział jego Księgi Śmierci. Jeszcze tylko grabarze zbierali zwłoki, jeszcze giermkowie dobijali śmiertelnie rannych, a potem złożyli wszystkie ciała na wielkim stosie z sosen, jodeł, jałowców, osmalili smołą i podpalili. Prochy rozwiał wiatr i na zawsze zniknęła ich przestrzeń, ich czas, rozpadły się ich wymiary i zmysły. Została tylko bolesna pamięć zbrodni i cierpienia, niezawinionego bólu i żalu. Został śmiertelny opar, który unosił się nad mgłą i w końcu poddał się wiatrom i burzom, rozpłynął się niewidocznie w przestrzeni. Z dalekich wzgórz, z ogromnego bazaltowego głazu, inne czarne ślepia patrzyły beznamiętnie jak płonie stos, jak ogień ogromnieje, a potem powoli przygasa. Tylko potężniejące żyłki krwi na białkach zdradzały emocje, jakie wzbudzał daleki ogień w umyśle tego, który został. Ostatnie czarne ptaki i nietoperze znikały powoli w mroku i noc, fioletowa jak krzepnąca krew, rozlała się bezszelestnie wszędzie.

MAŁGORZATA NOWAK

Oto jeszcze jedna próba spojrzenia na twórczość kolejnej koleżanki z bydgosko-toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

Poezja Małgorzaty Nowak dotyka spraw codziennych i wyjątkowych, wyodrębnia z życia te sytuacje, które zwykle się pomija, nie zauważa i gubi. Tak czyni też z ludźmi, którzy odbijają się w niej jak w lustrze, a zatrzymywani na chwilę, stają się elementami cudownego i trudnego świata. Mają swoje biografie i potknięcia, wędrują do jakiegoś celu i wciąż czegoś szukają – czasem, jak ukochany dziadek, odchodzą. Nie bez powodu autorka wskazuje miłość jako uczucie, które rozpłomienia, zmienia plany i wytycza kierunki poszukiwań. To ona jest w centrum uwagi i ona staje się zawodem, ona może ubarwić dzień i spowodować, że wszystko stanie się szare, bure, wynaturzone. Dobre serce i szczytne intencje tutaj nie wystarczą, bo miłość to także walka, próba charakterów i umiejętność znalezienia złotego środka. Poetka przygląda się ludziom zakochanym i snuje plany związane ze swoją miłością, szuka lustra, które odda jej obraz, wzbogacony i dopełniony nowymi treściami, przyobleczony w energię bliskości. Tak rodzą się obszary niezwykłej kobiecej intymności i tak rodzi się przestrzeń idealna, w której od dawna bytują kochankowie i odgrywają swoje miłosne role. Świat realny rozmywa się na granicy wiersza i rzeczywistości i czytelnik sam musi rozstrzygnąć czy te teksty mówią o spełnieniu, czy o tęsknocie, czy są odzwierciedleniem marzeń, czy ich antycypacją. Jakkolwiek by nie było, człowiek jest tutaj w centrum kreowanego świata i stanowi jego największą wartość, jakby jedyny wyznacznik celu. Można przez jakiś czas iść w samotności, można gubić ludzi i odchodzić od nich z wyboru, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się kontakt z kimś, kto czuje podobnie, kto tak samo, lub choćby podobnie, interpretuje życie.

Poetka nieustannie rekonstruuje świat i jak malarka, wyodrębnia jego elementy. Najczęściej są to dojrzałe owoce lub przywołania różnorodności kosmicznej świata, powiewu wiatru, zacinania deszczu, ciepła lub chłodu, blasku lub cienia. Uczucia są jak dojrzałe śliwki i jabłka, można je porównać do czerwieniejącej pośród gałęzi jarzębiny i kropel ulewy na szybie. Ale ten świat byłby płaski, zbyt ugładzony, gdyby poetka nie dostrzegała w nim pęknięć i wyrw. Dlatego w wierszach pojawiają się szczeliny chwil, na których aniołowie rozwieszają skrzydła i rzeczywistość rozmywa się, oddala, ginie pośród sinej poświaty zmierzchu. Miłość może być jak piękny owoc, ale zawsze będzie on zagrożony pleśnią, zawsze może spaść z jakiejś wysokości i obtłuc się boleśnie. To jest poezja wielkich uczuć i drobnych elementów świata postrzeganego, bo przecież naprawdę wielkie są rzeczy małe, a prawdziwe uczucie wymości sobie gniazdo na niewielkiej przestrzeni i w skromnym otoczeniu. Takie umiejętne przecięcie prostoty i złożoności, takie spojrzenie na ukos rzeczywistości, charakteryzuje lirykę dojrzałą i świadomą swoich możliwości kreatywnych. W takim rozumieniu pisanie wierszy, mnożenie opowiadań, może pomóc w rekonstrukcji świata i w rozszyfrowaniu tajemnych kodów istnienia. Nikt przecież nie zna swojej przyszłości, nikt nie potrafi zatrzymać na zawsze chwil, które odeszły i nikt nie potrafi unieruchomić teraźniejszości. Wszystko jest płynne, zmieniające się w mgnieniu oka – wszystko umyka percepcji i kolejnym próbom zbudowania trwałej enklawy. Poezja daje jednak szansę unieśmiertelnienia tych momentów, które odeszłyby na zawsze – liryka powoduje, że intymne doznanie staje się wartością dla wielu ludzi i pozwala skonfrontować doświadczenia autorki ze swoimi doznaniami. Podziały na poezję kobiecą i tworzoną przez mężczyzn, zwykle skazane są na niepowodzenie, ale w tym przypadku łatwo wskażemy elementy charakterystyczne dla żeńskiego postrzegania świata, z pięknymi próbami stworzenia lirycznego domu, zamknięcia się w nim z ukochanym i istnienia w harmonii ze światem.

Zasadą tej poezji i tych krótkich opowiadań jest kontrapunktowanie sytuacji, ukazywanie życia w całej jego złożoności i skomplikowaniu. Mamy zatem przybliżenia metaforyczne prerafaelickich pejzaży i po drugiej stronie nocne przestrzenie, jakby przeniesione z płócien Caspara Davida Fridricha. Nowak jest wszakże także poetką nocy, która potrafi oddać w wierszu całą jej złożoność, umie wyodrębnić jej chłodny oddech i groźne, przedwieczne piękno. Widzimy zatem księżyc w najróżniejszych odmianach emblematycznych, nad światem ludzkich wyborów połyskują gwiazdy, a nad tym wszystkim i w tym wszystkim – Bóg, który wyznacza granice i utrzymuje wielkości w harmonii. Poetka opiewa go stosując poetykę psalmu i spowiadając się z niewielkich przewin. Tak – opisywana w pierwszych częściach książki – miłość między ludźmi, rozszerza się do wymiarów miłości absolutnej, miłości do Pana Stworzenia. W opisach poznanych miejsc, w migawkach z podróży i w przybliżeniach odkrywanego stale świata, słychać echo pierwszych chwil i pierwszych słów. Czy to będą przywołania męki pańskiej, czy zachwyt nad bezkresnymi kosmicznymi przestrzeniami, za każdym razem poetka zaznaczy swoje zauroczenie, odda w wierszach i opowieściach to, co nieuchwytne, ulotne i przemijające. Tak stworzy, już na początku nowego stulecia, swój poetycki dekalog i zarazem dziennik dojrzewania do spraw wielkich i ostatecznych. Umieści w nim swoją rodzinę, bliskie byty i bliskie przestrzenie, dopełni świat swoją wrażliwością i obdarzy go intymną energią własnego wnętrza. Tak rozprzestrzeni siebie i zwielokrotni swoje piękne liryczne konstrukcje.

KAWKI

Wieczorem wyszedłem do sklepu i przeszedłem się po osiedlu. Wspaniały jest na razie tegoroczny wrzesień, bo ciepły, jasny, rozświetlony słońcem. Podziwiałem zachód, który dzisiaj był doprawdy zjawiskowy, pełen wyrazistych barw, przechodzących walorowo, jedna w drugą. I do tego ogromne stado kawek (Coleus monedula), przemieszczające się z jednej strony nieba na drugą. Pisałem już o tym, że w ostatnich latach ten najmniejszy polski ptak krukowaty rozmnożył się nieproporcjonalnie i trochę zachwiał równowagę w przyrodzie. Ginie wiele mały ptaszków i piskląt, które kawka pożera razem z owadami i nasionami. Namnożenie się tych ptaków spowodowane zostało łatwą dostępnością pożywienia w wolno stojących śmietnikach. Ludzie wyrzucają ogromne ilości chleba i innych produktów żywnościowych, które te ptaki pochłaniają w mig. Ostatnio widzę, że przy poszczególnych blokach buduje się śmietniki zamknięte, co utrudni kawkom, wronom i gawronom dostęp do łatwych zdobyczy. Wrócą może wtedy na obrzeża miasta, gdzie ich populacja stopniowo się zmniejszy. Ptaki drapieżne zrobią swoje i selekcja naturalna też wyciśnie swoje piętno na liczebności stad. Na razie latają nad osiedlem i ich falowanie może kojarzyć się z wielką czarną flagą, jakby symbolem odwiecznego zewu, wołania drapieżników łaknących pokarmu. Szczególnie widowiskowe są kawki, gdy nagle przysiadają na sąsiednich blokach i dosłownie oblepiają dach i jego wystające elementy. Robią sporo hałasu, aż w końcu odlatują na nocowiska, umiejscowione na drzewach nad Wisłą. Coraz szybciej zapada wieczór i po ósmej jest już ciemno. Jesień nadchodzi wielkimi krokami. Dzisiaj był u mnie Krystian Medard Czerwiński i odebrał swoje nowe tomy. Przyjechał też Kazik Rink, który złożył papiery do Związku Literatów – mogliśmy trochę pogadać, omówić ostatnie wydarzenia i pobyć ze sobą.

PRZED 11 WRZEŚNIA

Obudziłem się nad ranem i na jednym z kanałów edukacyjnych obejrzałem film o zamachach na World Trade Center. Skąd biorą się tacy ludzie jak Mohamed Atta Al-Sajiid? Co popycha ich do takich zbrodni i samobójczych czynów? Przypomniała mi się moja wizyta w podziemiach tych budynków, gdzie w jednym ze sklepów kupiłem Oli lalkę. W jednej z restauracji pierwszego poziomu zjadłem obiad, a potem wjechałem na taras widokowy. Gdyby zamach miał miejsce w maju 2000 roku, mógłbym być potencjalną ofiarą. 11 września 2001 roku, w porze zamachu, jechałem pociągiem do Łodzi, do Adama Szypera i pierwsze relacje oglądałem w telewizji u niego w mieszkaniu. Potem w 2002 roku stałem na Manhattanie nad wielką dziurą, jaka została po WTC. I ostatnia wizyta w tym miejscu, gdy w marcu tego roku patrzyłem na powstające nowe wieżowce z Empire State Building i z bliska, zza drucianej siatki. Film, który obejrzałem był przerażający, bo znakomicie znam realia lotu samolotem. Wiele razy – tak jak pasażerowie lotów 11 i 175 do Los Angeles – przeżywałem kolejne fazy, a więc najpierw wejście z rękawa do kabiny i sympatyczne powitanie stewardes, potem zajęcie miejsca, rozpędzanie się statku powietrznego na pasie, oderwanie się maszyny i stopniowe wznoszenie się ku górze, a potem przelot do celu. Pasażerom porwanych samolotów nie było dane dolecieć do zachodniego wybrzeża USA, ale zanim zginęli dali wyraz swemu człowieczeństwu. Szczególnie kobiety z obsługi lotu, Amy Sweeney i jej koleżanki, zachowały się profesjonalnie i nawet w obliczu śmierci, próbowały uspokajać pasażerów. Najbardziej przerażającym momentem w tej filmowej rekonstrukcji był moment uderzenia w pierwszą wieżę, gdy Atta i jego kompani wrzeszczeli Allah akbar i z zimną krwią mordowali setki ludzi. Czy jakikolwiek Bóg oczekuje od ludzi ofiary krwi, czy Osoba, która stworzyła tak wielkie przestrzenie, usiała je galaktykami i konstelacjami gwiezdnymi, zaszczepiła życie na planetach (bo przecież nie jesteśmy sami w kosmosie), czy taka Osoba mogłaby domagać się od drobinek ludzkich krwawych ofiar?

Wszystko jest względne i ma liczne odniesienia w świecie tych, którzy dopuścili się tej ohydnej zbrodni. Kiedyś studiowałem koleje losów Mehmeta Ali Agcy, jego kłopotów, przynależności do zbrodniczych organizacji muzułmańskich, popełnionych przestępstw i stopniowego wnikania w opary fundamentalizmu. A przy tym w zdumienie wprawiły mnie fakty związane z rodziną terrorysty. Jego matka przepraszała kilkakrotnie polskiego papieża za czyn syna i nigdy nie przestała myśleć o synu czule, nigdy go się nie wyrzekła. Kim był Atta? To Egipcjanin z rodziny, gdzie ojciec trzymał dzieci silną ręką, a matka miała – podobnie jak w przypadku Agcy – gołębie serce. Podobno prowadzała czasem syna na msze do chrześcijańskiego kościoła. Wychował się w miasteczku Kafr el-Szejk w delcie Nilu. Chodził do najlepszych szkół. Jedna z jego sióstr została profesorem zoologii, druga doktorem medycyny, ojciec jest adwokatem i odpowiedzialność za zamach zrzuca na Mosad. Do Niemiec przybył w 1992 roku na zaproszenie pary nauczycieli z Hamburga, którzy kierowali programem wymiany studentów. Wysłał go ojciec, mając nadzieję, że syn nauczy się niemieckiego, dokończy studia i zdobędzie stopień doktora. Po kilku latach miał wrócić do Kairu i założyć biuro architektoniczne.

Początkowo wszystko przebiegało według planu. Mohamed zamieszkał kątem u hamburskich nauczycieli i podjął studia w zakresie architektury. Szybko nawiązuje kontrakt ze środowiskiem islamskich radykałów i fascynuje się opowieściami o walkach w Bośni i Afganistanie. Stale studiuje Koran, przez co nieco zaniedbuje studia, ale dobrze sobie rodzi, bo zatrudnia się jako kreślarz w hamburskim biurze architektonicznym. W 1995 roku Atta udaje się z pielgrzymką do Mekki, gdzie przechodzi „duchowe” przeobrażenie, zapuszcza brodę i godzinami słucha religijnych recytacji. Planuje wyjazd do Czeczeni by walczyć u boku Szamila Basajewa i w tym celu sporządza dewiacyjny testament. Pisze w nim jak żywi mają postępować z jego ciałem – mają dotykać je w gumowych rękawiczkach i unikać kontaktu z genitaliami. Zamiast do Czeczenii jedzie do Aleppo w Syrii i tam nawiązuje kontakt z ważna postacią w Al Kaidzie, prawdopodobnie wtedy też staje się jej członkiem. Następnie odbywa podróż do Kandaharu w Afganistanie, gdzie w obozie szkoleniowym przeistacza się w gotowego na wszystko terrorystę. Tam też prawdopodobnie powstaje zarys planu ataku na WTC. Do Ameryki przybywa w czerwcu 2000 roku z półroczną wizą turystyczną. Wybiera Huffman Aviation na Florydzie, gdzie do grudnia uczy się latać na symulatorze Boeinga 727. Na Florydzie Atta prowadzi spokojne życie. Jego znajomy, występujący w raportach FBI jako Fred Wiliams, opowiadał, że miał skromne mieszkanie. Nosił podkoszulki z napisem Nike, dżinsy, kosztowne okulary przeciwsłoneczne. Biegał dla zdrowia i odwiedzał różne bary. Trzy dni przed zamachem poleciał do Baltimore, a dzień później był już w Bostonie. Stamtąd wypożyczonym samochodem pojechał do Portland w stanie Maine. 11 września o 5.53 wsiadł na pokład samolotu udającego się do Bostonu. Tam przesiadł się do Boeinga 727 i krótko po starcie wraz z czterema członkami swojej grupy dokonał jednego z największych aktów terrorystycznych w dziejach ludzkości.

Gdy patrzyłem na rekonstrukcję zdarzeń z porwanych samolotów, zadawałem sobie pytanie jak to było możliwe, ile błędów popełniono, ile zaniechań złożyło się na tę tragedię. Ale też myślałem o tym, ile różnych małych zdarzeń musiało mieć miejsce w życiu tego człowieka i w biografiach jego kompanów, by zdecydowali się zabić samych siebie i pociągnąć za sobą do grobu dzieci, kobiety w ciąży, cichych bohaterów, takich jak nowojorscy strażacy i pasażerowie, do końca próbujący sforsować kabiny pilotów. Zbliża się jedenasty września, w telewizji pojawiają się filmy o zamachach i moja bezsenność oraz jeden z nich spowodowały, że podjąłem ten temat. Mam zamiar zająć się nim ponownie w szerszym zakresie, w pisanej od paru lat książce o Ameryce.

FAULKNER (1)

Wielki huragan „Gustav” dociera do Nowego Orleanu. Dopiero co mieszkańcy tego miasta przeżyli wielki kataklizm, związany z uderzeniem „Katriny”, a tu zbliża się nieszczęście o jeszcze większej skali. Huragan przywędrował znad Karaibów i teraz szaleje nad Zatoką Meksykańską. Byłem tam w marcu, co prawda od strony Florydy, ale nawet wtedy, w spokojnym marcu, obserwowałem niezwykłą huśtawkę atmosferyczną. Nagle napływające mgły, wymiana deszczu i słońca, a nade wszystko silny wiatr, który naginał pnie palm i powodował, że amerykańskie flagi pięknie łopotały, wydając charakterystyczny dźwięk. Wiadomości związane z „Gustawem” przypomniały mi długie opowiadanie Williama Faulknera (1897-1962), zatytułowane „Stary”, które przeczytałem trzy tygodnie temu,  już po raz drugi. To jeszcze jedna książeczka z serii z kolibrem, którą wraz z innymi wydobyłem z mroków piwnicy. Faulkner jest laureatem Nagrody Nobla z 1949 roku i jednym z największych prozaików w historii ludzkości. Należy też do panteonu moich największych mistrzów literackich. Był cyrkowym akrobatą, lotnikiem i farmerem, stykał się z wieloma środowiskami i ludźmi różnych stanów. Ukochał amerykańskie Południe i tam umieścił akcję większości powieści i opowiadań. Ta moja lektura w jakiś przedziwny sposób zbiegła się z telewizyjnymi i internetowymi komunikatami z okolic Nowego Orleanu i z Zatoki Meksykańskiej. Przypominane zdjęcia sprzed trzech lat, zniszczone domy, zalane podwórka i ulice, martwe zwierzęta i zabici ludzie, wszystko to pojawiło się już wcześniej w opowiadaniu Faulknera. Byłem pod wielkim wrażeniem przemówienia gubernatora stanu, który zorganizował pomoc i nawoływał mieszkańców do opuszczania domów i do ucieczki ku północnym regionom USA.

Tytuł może być mylący dla tych, którzy nie przeczytali utworu, bo The Old Man, to zwyczajowe na południu Stanów, określenie rzeki Mississippi. Faulkner opowiada tutaj historię więźnia, którego określa tylko jako chudego i wysokiego, a tylko czasem kontrapunktuje to określenie z drugim – „mały i gruby więzień”. Podobnie jak przy uderzeniu ostatnich huraganów, tak i w 1927 roku, kiedy to toczy się akcja utworu, Mississippi wystąpiła z brzegów i rozlała się po polach bawełny, zniosła domy i kurniki, porwała zwierzęta domowe i ludzi. Powódź była tak wielka, że wezwana na pomoc armia, nie sprostała wyzwaniu. Poproszono zatem o wsparcie więźniów, którzy w tamtych czasach pracowali w koloniach karnych na polach Południa. Główny bohater – ów wysoki więzień – otrzymuje wraz z kolegą specjalne zadanie. Ma popłynąć łodzią po jakąś kobietę, siedzącą na drzewie, i po jakiegoś starca, którego dostrzeżono na dachu prawie całkowicie zatopionego domu. Więźniowie ruszają i w pewnym miejscu trafiają na wartki nurt, jakiś zdradliwy wir, bystrzynę, która przewraca ich łódź. Grubas chwyta się gałęzi drzewa i wczołguje się na jego wierzchołek, skąd zostaje po jakimś czasie uratowany. Wydaje mu się, że towarzysz utonął  i taką wiadomość zanosi władzom więziennym. Tymczasem wysoki mężczyzna tylko na chwilę znika pod wodą, a potem czepia się przewróconej łodzi i płynie z nią w dół rzeki. Po kilku milach udaje mu się przewrócić łódź i wdrapuje się do niej ostatkiem sił. Płynie tak wiele godzin i widzi ogrom zniszczeń, wszędzie pełno jest martwych zwierząt domowych, które stają się łupem drapieżników wodnych i powietrznych, płyną też całe domostwa i zagrody, miliony desek i szmat, jakichś kawałków budowli, sprzętów domowych, żerdzi od płotów i pojemników; słowem wszystkiego, co wiąże się z ludzką egzystencją. Po wielu próbach przybicia do jakichś łach lub chybotliwych brzegów, bohater dociera wreszcie do drzewa na którym siedzi poszukiwana kobieta. Okazuje się, że jest ona w zaawansowanej ciąży i teraz więzień musi zadbać o życie jej i nienarodzonego jeszcze dziecka. Płyną po wielkim wodnym bezmiarze, podążają odnogami i kanałami Starego (w języku angielskim zmienia się rodzaj gramatyczny) i co chwilę stawiają czoła jakimś zagrożeniem. Węże i krokodyle, drapieżne ptaki i ostre fragmenty domostw lub drzew, powodują, że ich podążanie do przodu staje się drogą przez mękę. W końcu – na niewielkim wzniesieniu  – kobieta rodzi dziecko i jej towarzysz odcina pępowinę krawędzią ostrej blachy z jakiejś puszki. Po narodzinach dziecka muszą płynąć dalej i w końcu trafiają na parowiec, który transportuje ich w bezpieczne miejsce. Tam, w domu na palach, spędzają kolejnych kilka dni z nowym towarzyszem i więzień poluje wraz z nim na krokodyle. Niestety spokojne dni kończą się, gdy pojawia się motorówka i zabiera ich w inne regiony. Więzień postanawia oddać się w ręce policji i opisuje szczegółowo co mu się przytrafiło. Po jakimś czasie wraca do więzienia, gdzie czeka go niemiła niespodzianka. Urzędnicy więzienni wcześniej zgłosili Gubernatorowi jego śmierć i boją się reakcji władz. Przysłany wizytator postanawia, że wysokiego więźnia uzna się za uciekiniera i dołoży mu się jeszcze dziesięć lat odsiadki. Ten przyjmuje to bez szemrania, bo więzienie jest jego azylem, miejscem, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, a on czuje się bezpieczny.

Proza Faulknera jest symultaniczna, pełna nagłych zwrotów akcji i nieoczekiwanych point. Stale pojawiają się w niej nowe określniki, nowe ujęcia i oryginalne strategie narracyjne. Czytając utwory tego pisarza mamy wrażenie, że jesteśmy w samym centrum zdarzeń, a kreowany świat mieni się różnymi barwami i ich odcieniami, pełen jest głosów, szeptów, okrzyków, słychać ptaki i większe zwierzęta, z łomotem przejeżdżają pociągi i samochody – wszystko pulsuje i tętni życiem.  Te teksty trzeba czytać wolno, by niczego nie uronić z gęstości i niezwykłości opisów, ale także dialogi są niezwykle funkcjonalne, znakomicie wpasowane w tok opowieści. Dając tylko minimalne informacje o prezentowanej postaci, pisarz odwołuje się do wyobraźni czytelnika i jego umiejętności rekonstruowania światów. Wszystko tutaj jest harmonijnie zestrojone z biegiem wydarzeń i umiejętnie oświetlone z wielu stron. Starczy przywołać ten krótki fragment, by zauważyć w nim charakterystyczne cechy pisarstwa Faulknera: Deszcz padał nieustannie, ale ciągle jeszcze nie ulewny, bez furii; niebo, światło dzienne, rozpływały się gdzieś w przestrzeni łagodnie, bez bólu. Łódź płynęła w aureoli szarej mgiełki, która stapiała się z wodą bez jakiejkolwiek wyraźnej linii rozgraniczającej. Często w opowiadaniach i powieściach tego pisarza świat realny jakby traci swoje podstawy, zaczyna się chwiać, przechodzi w ułudę, jakiś dziwny miraż. Ludzie także tracą sens egzystencji, albo godzą się na życie dziwaczne, zdeformowane, pełne utajonych niebezpieczeństw i nieoczekiwanych rozwiązań.  Słyszę, że „Gustav” stracił swój impet i tylko Mississippi wylała się szeroko, jak w 1927 roku, kiedy to za dobroć i bohaterstwo skazano wysokiego więźnia na dodatkowe dziesięć lat więzienia.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: