WITOLD STANISŁAW KOZAK

Malarstwo Witolda Stanisława Kozaka jest próbą odkrywania obszarów sakralnych – w realnym świecie i zarazem w głębiach ontycznych. Sztuka od dawien dawna jest ceremoniałem, w którym ważną rolę odgrywa intuicja i przeświadczenie, że na płótnie, na desce, na ścianie katedry, powstaje przedstawienie, które ma w sobie coś z elementarnej logiki stworzenia. Choćby poprzez materię malarską i wykorzystanie cząstek barwnych, choćby przez zastosowanie interferencji świetlnych i poprzez wyodrębnienie tego, co nie istniało, co było zamysłem, konstrukcją intelektualną. W tym przypadku, mamy jeszcze do czynienia z rozpisaną na akordy modlitwą, z ukazywaniem świętości w utrwalonych przez wieki szablonach, ale i z oryginalnym wykorzystaniem czystych barw, jakby dodatkowo rozpromieniających to, co w samej swej istocie ma zakodowaną tajemną energię. Sylwety i wkomponowane w dzieła plamy odsłaniają na ułamek sekundy rzeczywistość numinalną, która jest tak różna od naszego świata, że nawet nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić. Logika ikony jest tutaj elementem konstrukcyjnym, ale zwiewność barw i stylizacja póz powoduje iż dzieło otwiera się przed widzem i domaga się indywidualnej interpretacji. Oczywiście można tu wyodrębnić ciągi sylwet maryjnych, nawiązań chrystologicznych czy wskazań konkretnych świętych, ale w tym malarstwie liczy się też owa plakatowość komunikatu i świadoma gra z odbiorcą. Jakiekolwiek narzucanie odczytań nie wchodzi tutaj w grę, bo przedstawienia są szkicem szerszej rzeczywistości – one otwierają i zarazem natychmiast zamykają sferę sacrum. Widz musi znaleźć klucz do kolejnych przedstawień i artysta czasem pomaga mu w tym, przygotowując oprawę muzyczną, zapalając świece, przygotowując oratorium dźwięków, słów i znaczeń. Ale liczy się przede wszystkim integralność doświadczenia malarskiego i sakralnego – widać wyraźnie, że wiele spośród tych dzieł zostało wymodlone, opracowane co do szczegółu podczas chwili skupienia, zamyślenia nad losami człowieka i nad własną drogą. Z tych obrazów bije wręcz ogromna wiedza na temat istnienia, to jakby skondensowane traktaty filozoficzne i teologiczne. Złoto i błękit, czerń i czerwień, żółcień i zieleń, znajdują w nich swoje miejsce na płótnie i w systemie zależności sfer widzialnych i niewidzialnych. Obcując z tymi dziełami mamy wrażenie, że pomiędzy farbą i powierzchnią jest warstwa powietrza, niewidzialna i mikroskopijna, ale też urastająca natychmiast w wyobraźni widza do rozmiarów wszechświata. Pozy harmonizują barwy, a chropawa faktura znakomicie przeciwstawia się gładkości srebra i złota teł i nimbów – do tego jeszcze pojawiają się wariacje walorowe, skromne a zarazem niezwykle odważne, w dziełach o tematyce sakralnej. Wszystko razem staje się przedstawieniem, w którym wyraziście promienieje świętość, ale też i prowokacją, próbą zwrócenia uwagi na głębię, która jest tuż tuż i zarazem niewyobrażalnie daleko.

Świętość dla Kozaka jest przestrzenią pośród której postaci świętych i aniołowie migają niczym dalekie latarnie. Można się do nich zbliżyć, ale też można podążać przez całe życie i nie uświadamiać sobie tego. W takim ujęciu świętość jest też wyzwaniem dla bytu i próbą zogniskowania doświadczeń, przemyśleń, przyswojonych nauk. Jest mirażem barwnym i blaskiem wokół głów osób wybranych, postaci naznaczonych stygmatem pierwotnego światła, rozszczepiającego się w nich niczym w pryzmacie. Tutaj rozgrywa się nieustająca msza i stale barwa określa kształt, a światło wydobywa na powierzchnię spękania i rysy na krysztale ducha. Szukając odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji, człowiek dociera do miejsc, gdzie czystość barw go zdumiewa tak samo jak ogrom stworzenia – dociera do miejsc uświęconych krwią i łzami męczenników, bólem Chrystusa umierającego na krzyżu i Jego matki, stojącej na Golgocie i rozpamiętującej te narodziny, życie i śmierć. To jest zarazem centrum kosmosu, w którym człowiek dochodzi do chwili kreacji i zostawia po sobie ślad. Często są to tylko kształty stóp na piachu, ale zdarza się – jak w tym przypadku – że zostają obrazy, które odsłaniają ukryte wymiary i skłaniają do zadumy nad chwilą wyodrębnienia i odejścia. Jeśli człowiek dostrzega w chaosie jakiś ciąg wyobraźniowo-zdarzeniowy, jeśli potrafi modelować swoje życie i jeśli dociera do istoty swojej egzystencji, to odnajdzie w malarstwie tego artysty wiele ważnych odpowiedzi i wiele wielkich pytań, utwierdzi się w przekonaniu, że będzie dalszy ciąg istnienia. Ale też – obcując z tymi ikonami – może z ogromną mocą odczuć rozpacz niewiadomej, może usłyszeć żałosną pieśń, snującą się na granicy światów. Dla jednych będzie to żałobny rapsod, a dla innych tęskna pieśń serafina – jedni i drudzy odkryją w tym malarstwie głębię i istotę odwiecznej ontologii, coś co istnieje za zasłoną i coś, co nie istnieje poza stworzeniem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: