SEN (I)

Śniła mi się dolina, niczym głęboka niecka w pięknym, antycznym ciele, ciągnąca się od krańca do krańca horyzontu. Stałem na jakimś podwyższeniu i patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na to, co rozgrywało się przede mną. Wszędzie latały nieprzebrane chmary aniołów, pojedynczych i dużych grup, a gdzieś daleko, ze wschodu na zachód leciał ogromny oddział. Przypominał włócznię ciśniętą z rozmachem, a jednocześnie bliski był kształtom śmigającego jeżyka. Aniołowie trzymali się swoich miejsc i ani na moment nie pozostawali w tyle. Jakaś tęskna pieśń snuła się za nimi, jakby gregoriański chorał albo smutna wokaliza syreny, pochylającej się nad taflą wody i lamentującej nad swoim odbiciem. Wielki oddział anielski mienił się i opalizował przy nagłych zwrotach, tracił na chwilę część ze swego kształtu, to wnikał w Wielkie Światło, to znowu wyłaniał się, niczym mroczna, purpurowa albo granatowa materia gigantycznego sztandaru. Pojedynczy aniołowie latali we wszystkich możliwych kierunkach i na różnych wysokościach, czasem na chwilę znikali w chmurach, wlatywali do domów, przypominających wielkie gołębniki albo budki dla ptaków. Czasem w poprzek doliny śmigał jakiś archanioł albo błękitny młodzieniec przylatywał ku mnie, zawisał na chwilę w powietrzu, po czym odlatywał majestatycznie w dal. Była jakaś tajemna harmonia w tym świecie, jakieś zdumiewające tchnienie dobroci i tajemnicy, coś jakby czuły szept, stale ponawiane słowo miłość, miłość, miłość… Do tego jeszcze to pulsowanie, nieomal wyczuwalne w przestrzeni, rytmiczne skurcze i rozkurcze całej rzeczywistości, odsłanianie się i zakrywanie, mruganie światła, nieustające, prawie niewidzialne zmiany w kształtach i barwach, pulsowanie świadomego siebie i cieszącego się sobą życia. W wielkich chmurnych miastach, w samotnych anielskich gołębnikach, w jaskiniach pełnych skrzydlatych postaci – wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć, pulsowało istnienie, egzystencja świadoma i piękna, pięknem niewyobrażalnym. To była rzeczywistość inna od ziemskiej, która gdzieś tam jeszcze pozostała w mojej sennej pamięci; cudowna i dramatyczna, nieustannie zmieniająca się i trwała w swym majestacie, w wciąż ponawianych, niesłyszalnych i uświęcających wszystko szeptach. Wsłuchiwałem się zauroczony w te śpiewy bez muzyki i w tę muzykę bez słów, próbowałem wyłowić jakieś słowa, jakieś zdania, ale przy natężeniu słuchu zawsze wracało tylko jedno zwielokrotnione i chóralnie wzmocnione słowo    m i ł o ś ć . Zawiesiłem wzrok na parze czerwonych aniołów, siedzących na niewielkiej chmurze i przyciągnąłem ku sobie przestrzeń w której byli. Jeden z nich miał czerwono-złote skrzydła i krwistoczerwoną togę, a drugi, miał skrzydła różowe i togę czerwono-błękitną. Obaj mieli złote ciżemki i rudziejące brody. Ich włosy, złocisto-rude z odcieniami czerwieni, przypominały syntetyczne włosy ziemskich lalek. Patrzyli na siebie z miejsc, gdzie przysiedli i rozmawiali bez słów, myśląc, że nikt ich nie słyszy. Chciałem ich podsłuchać i… nagle się obudziłem.

Reklamy

2 Komentarze

  1. Aura said,

    2008/08/30 @ 15:21

    Ciekawe, czy Twój sen to podświadome wspomnienie dawnej miłości, czy nieuświadomiona nadzieja na nową miłość…

  2. LTD said,

    2008/08/30 @ 17:18

    Chodzi chyba raczej o wielką miłość, jaka jest w świecie, w relacjach człowieka z Bogiem. Stworzenie ma w sobie ten element wszechogarniającego uczucia, krzewiącego się w kolejnych bytach i w przestrzeniach, w których one egzystują.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: