NAGLE SZPITAL

Wczoraj nagle, bez  jakichkolwiek symptomów tego, że zbliżają się kłopoty, znalazłem się w szpitalu. W trakcie remontu mojego pokoju, po zjedzeniu obiadu, wystąpiły u mnie jakieś paskudne, silne bóle brzucha. Chciałem to opanować, chciałem być twardy, ale się nie dało. Wsiadłem zatem do taksówki i pojechałem do szpitala, gdzie okazało się, że muszę mieć skierowanie. Podobno teraz, po osiemnastej, trzeba mieć taki papierek. Cóż było robić, powędrowałem na Wyżyny, do najbliższej przychodni i załatwiłem co trzeba. Przy okazji trafiłem na sympatycznego lekarza z Jemenu. Pogawędziłem z nim trochę o tym pustynnym kraju, pochwaliłem się, że znam profesora o jemeńskim rodowodzie i ruszyłem z powrotem do szpitala. W międzyczasie zauważyłem, że ból zaczął stopniowo ustępować. Powiedziałem o tym lekarzowi, który jednak poradził mi, bym zrobił wszystkie badania – oddałem się zatem w ręce fachowców w białych kitlach. Zrobiono mi zdjęcie rentgenowskie i USG jamy brzusznej, pobrano krew, zbadano mocz. W międzyczasie ból całkowicie ustąpił, ale pojawiło się zmęczenie, które zapewne było wynikiem stresu. Gdy bolało, myślałem, że to ostry atak woreczka żółciowego, ale okazało się, że nie mam złogów, nerki też mam czyste, wyniki krwi i moczu w normie, z nieznacznymi, standardowymi odchyleniami. Koniec końców przebadał mnie młody chirurg i zadecydował, że mogę wracać do domu. Z racji tego, że cała awantura trwała kilka godzin, mogłem przyjrzeć się osobom pracującym w szpitalu i pacjentom trafiającym do niego. Jakaś babinka ledwie mogła siedzieć na wózku inwalidzkim, jakaś inna starsza pani powtarzała, że bardzo źle się czuje i nie może czekać na lekarza, był też jeden staruszek z obrzmiałymi nogami i bólem w klatce piersiowej. Najżywiej zainteresowałem się dziesięcioletnią dziewczynką, która doznała kontuzji oka i dzielnie odpowiadała na wszystkie pytania doktora. Pękła i rozpłakała się dopiero, gdy lekarz powiedział jej, że będzie musiała zostać na oddziale, całą noc, bez mamy. Z prowadzonej półgębkiem rozmowy dwóch lekarzy wywnioskowałem, że w sąsiednim pomieszczeniu właśnie umarł człowiek i nie było żadnej możliwości utrzymania go przy życiu. Byli oczywiście też pacjenci z drobnymi urazami kończyn, ze zwichnięciem nóg, złamaniem rąk, jeden koleś w czarnej skórze, poobcierany na boku i poharatany na łokciu – zapewne jeden z motocyklistów, pędzących na ścigaczach po ulicach miasta. Szpital jest dla mnie trudnym doświadczeniem, a tak realne ludzkie cierpienie, nie nastraja optymistycznie. Podziwiam ludzi, którzy pracują w takich warunkach i rozumiem, że czasem ratują się dowcipem, jakimś komicznym komentarzem. Oni też są ludźmi i też muszą sobie poradzić ze stresem, z płaczem dzieci i starców, z nagłym odejściem kogoś, kogo chcieli uratować. Dzisiaj dokończyłem ustawiania mebli, układania książek, po remoncie pokoju, ale wczorajszą przygodę traktuję jako napomnienie. Nie jesteśmy z żelaza i w każdej chwili możemy pożegnać się z tym światem. To jest ta przedwieczna równość każdego wobec śmierci, każdego wobec praw biologii i raz uruchomionego zegara.

Reklamy

3 Komentarze

  1. Zawieruszona said,

    2008/08/27 @ 0:06

    Bo prochem jesteś….

  2. LTD said,

    2008/08/27 @ 8:55

    Tak, ale warto też pamiętać o słowach ks. Piotra
    ze sc. V „Dziadów” Mickiewicza:

    Panie! czymże ja jestem przed Twoim obliczem? –
    Prochem i niczem;
    Ale gdym Tobie moję nicość wyspowiadał,
    Ja, proch, będę z Panem gadał.

    Może dlatego do formuły rozmowy z Bogiem nawiązałem w jednym z wierszy:

    porozmawiajmy ojcze miodu i cierni – wiele
    zmieniło się odkąd ostatni raz do mnie
    mówiłeś

    posmakowałem gorzkich jagód bólu piłem z
    zatrutego źródła czasu

    byłem tam gdzie mnie nie było byłem tym
    kim nie jestem

    patrzyłem w oczy mordercom braciom judasza
    piłata i wielu faryzeuszom

    słuchałem opowieści złodziei mienia i ciała
    widziałem łzy kobiecego niespełnienia

    traciłem wiarę i odzyskiwałem na nowo – ślepłem
    i wpatrywałem się w menisk światła i ciemności

    głuchłem i słuchałem szmerów umierającego
    miasta

    nie budziłem się w nocy – śniły mi się kąsane
    przez wiatr drzewa i ociekające krwią owoce

    śniły mi się puste kościoły i pełne ludzi
    łodzie

    tak ojcze złota i sadzy – wiedziałem że jesteś że
    trzymasz rękę na mojej głowie że wspierasz mnie
    i każesz iść –

    więc chodziłem od ściany do ściany od ściany do
    okna

    porozmawiajmy ojcze puchu i lodu – pragnę znowu
    usłyszeć twój głos

    porozmawiajmy

    (Modlitwy, III)

  3. N.S. said,

    2008/08/27 @ 23:29

    Strach często towarzyszy człowiekowi, szczególnie w takich chwilach. Warto wtedy pamiętać, że w życiu jest jak z pogodą: po słońcu przychodzi burza, potem jednak wraca słońce, a na dodatek jest jeszcze piękna tęcza.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: