ROWER

Kupiłem sobie porządny rower. W moim wieku jest to inwestycja słuszna i sensowna. Od dwóch lat nie miałem tego pojazdu, bo stare, po Tomku, nadawały się do wyrzucenia. Ten zakup spowodował, że zadumałem się nad dawnymi moimi rowerami. Najpierw był chyba Bobik, taki malutki, na którym jako chłopiec zapierniczałem po ulicy Szubińskiej. Potem jakiś pośredni, którego prawie nie pamiętam, aż nastała era mojego ukochanego Uniwersala. To był zwykły rower, który wielokrotnie modyfikowałem, a to zmieniając koła, a to dodając ręczne hamulce, jakieś światełka odblaskowe, naklejając kalkomanie. Stale też zmieniałem profil kierownicy, raz rogami ku górze, innym razem ku dołowi. Bywały takie dni, że jeździłem tym rowerem przez cały dzień, okrążając osiedle Błonie, ścigając się z kolegami, podążając w kierunku lasu, na wiadukt kolejowy, by przyjrzeć się startującym samolotom lub ku sąsiednim dzielnicom. Ileż było wypadków i otarć naskórka i ile potem zrywania, po kawałku, twardych skrzepów. Kiedyś rozpędziłem się z tegoż wiaduktu w kierunku Białych Błot i na samym dole, przy szybkości chyba ze czterdzieści, może pięćdziesiąt na godzinę, gwizdnąłem się jak długi. Szorowałem kilka metrów na lewym boku i straszliwie otarłem sobie udo, łokieć i nadgarstek oraz cały kawał brzucha. Innym razem – jadąc z kolegą na ramie – wylądowałem na płocie fabryki. Ile dżinsów zniszczyłem, wkręcając je w zębatki od łańcucha, ile miałem odcisków na dłoniach, od trzymania kierownicy, a ile dętek i opon przebiłem. Był taki moment, że w mojej szkole podstawowej zrobiono asfaltowe uliczki do nauki jazdy i egzaminów na kartę rowerową. Stały się one ulubionym miejscem do jeżdżenia i organizacji wyścigów. Do dzisiaj mam w pamięci wszystkie zakręty i rozkład tych dróżek. Też wiele razy na nich leżałem i miałem liczne kolizje z innymi rowerami. Im byłem starszy, tym dalej jeździłem. Pojawiły się więc eskapady do innych dzielnic, objeżdżałem Jary, Szwederowo, zjeżdżałem ulicą Szubińską do Placu Poznańskiego i dalej do Starego Rynku. Potem zaczęły się wyprawy do Trzcińca, gdzie było niewielkie bajoro, służące bydgoszczanom do kąpieli, do Białych Błot, Ciela i Lisiego Ogona, a następnie – całymi grupami – do Solca Kujawskiego, do Chmielnik, a nawet do Torunia. W końcu pękły widełki Uniwersala, chyba też poszła kierownica i mój wierny przyjaciel skończył w śmietniku. Potem jeszcze był czas składaka, który był hitem PRL-u, jakiegoś dużego ruskiego roweru. Była też zgrabna wyścigówka i jednoślad turystyczny, aż w końcu rowery zastąpiłem motorowerami marki Komar i pierwszym motocyklem, ale to już zdecydowanie inna opowieść. Z dreszczykiem…

Reklamy

1 komentarz

  1. Zawieruszona said,

    2008/08/24 @ 23:26

    O tamtych rowerach się pamięta, wspomina. O tych dzisiejszych, gdzie jeden jest lepszy od drugiego, myśli powracają zazwyczaj wywołane wiosną i słonecznym dniem. Niczym więcej.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: