KOP KWIATKOSIA

Podczas przenosin z mojego poprzedniego miejsca internetowego zgubił się gdzieś kawałek o kopnięciu Kwiatkosia. Z racji tego, że wielu kolegów z Błonia czyta mój dziennik, zamieszczam te opowiastkę raz jeszcze. Pozdrawiam Was chłopaki!

 Na naszym osiedlu było wiele skłóconych grup rówieśniczych i wiele barwnych oddziałów chuliganów stale przemierzało ulice, szukając potencjalnych ofiar, dokonując samosądów, zaprowadzając porządek. Stale wybuchały nowe walki, fruwały w powietrzu kamienie i kasztany, majestatycznie wznosiły się w górę sękate kije i żołędzie, a nawet kawałki szkła czy też metalowe pręty. Czasem lała się krew, ale najczęściej kończyło się niegroźną przepychanką, jakimś siniakiem pod okiem, wytrąconym kciukiem albo zwichniętą nogą. Bandy rozchodziły się na swoje podwórka, ktoś biegł do kiosku po mandarynkę albo polo-coctę, ktoś inny wracał do domu na obiad, ktoś musiał stanąć w kolejce do sklepu. Pomiędzy walkami toczyło się normalne, spokojne życie osiedlowe, wiele było śmiechu, przezywania się i opowiadania sobie o różnych, rzeczywistych, bądź zmyślonych zdarzeniach. Grupki przysiadały na ławkach i słuchały relacji największych blokowych bajarzy. Prześcigano się w przywoływaniu zdarzeń, które poruszyły wspólnotę, a pośród nich nie brakowało tych najzabawniejszych. Czasem nawet przy tych ławkach rozgrywało się coś, co stawało się legendą i zawsze powracało w opowiastkach. Tak było ze słynnym kopem Kwiatkosia – nieco starszego od nas chłopaka, który często grywał z nami w piłkę, ale też miewał gorsze chwile, kiedy próbował zaznaczać swoją przewagę wiekową, albo wręcz – po wypiciu piwa – rwał się do bijatyk. Po jednej z nich, kiedy to oberwało się bez powodu słabszemu koledze, postanowiliśmy zaczaić się na niego.

Siedzieliśmy na ławce przy trzeciej klatce, przed nami był chodnik, po którym przechodzili ludzie, a nieco dalej było obniżenie, trzy schody i wąski zjazd dla wózków dziecięcych i rowerów. Ktoś przyniósł przebitą piłkę plażową, którą bawiliśmy się, to podrzucając ją w górę, to kopiąc na podwórku. Gdzieś z daleka, z drugiego końca placu śledził nas Kwiatkoś, który aż rwał się by skoczyć do nas i wydrzeć nam rozdartą piłkę. Nie mógł jednak tego zrobić, bo stał obok Dziuni, pięknej brunetki z trzeciego piętra, w której kochał się od dawna. Było gorące lipcowe popołudnie, słońce paliło niemiłosiernie i dopiero co wybrzmiał we włączonych radiach hejnał z wieży Mariackiej w Krakowie. Teraz słychać było z różnych punktów bloku spikera podającego prognozę pogody i stan wód w najważniejszych punktach kraju. Kwiatkoś miał na sobie tylko zwisające z brzucha żółte gacie, a na głowie figlarnie przekrzywioną białą czapkę. To był ostatni krzyk mody w tamtym czasie, bo takie same lodziarskie nakrycie zakładał podczas koncertów Neville „Noddy” Holder wokalista zespołu Slade, uwielbianego w latach siedemdziesiątych na podwórkach. Gdy tylko zabrzmiał w podręcznych tranzystorach wielki przebój Far Far Away, powodował wielki poruszenie, dziwne podrygi ciał chłopaków i natychmiastowe wystąpienia przed grupę Garsiji, który najlepiej ze wszystkich markował śpiew.

Kwiatkoś coraz częściej zerkał na grupę podrzucającą piłkę i nerwowo ocierał prawą górną część stopy o lewą łydkę. Gestykulował rękoma i kiwał głową, zabawiał jak tylko mógł rozkapryszoną Dziunię, ale jego coraz częstsze ruchy głowy zwiastowały, że męczy się strasznie. Właśnie Kopel złapał lecącego „flaka” i podszedł z nim do boku ławki. Schylił się i sięgnął zza niej sporej wielkości kamień, który jego matka używała do przyciskania ogórków, kiszących się w kamionce. Sprawnym ruchem wsunął głaz do kilkukolorowej folii i stanął tyłem do Kwiatkosia. Następnie szybko schylił się i położył pękniętą piłkę z zawartością, na chodniku. Wolnym krokiem odszedł i wziął z ławki radio Jowita. Przekręcił srebrną gałkę i wszyscy usłyszeli, że właśnie Slade zaczął śpiewać ulubiony przebój. Rozległy się wspaniałe uderzenia w perkusję i popłynęły dobrze znane słowa, wtedy odtwarzane przez nas fonetycznie: I’ve seen the yellow lights go down the Mississippi/ I’ve seen the bridges of the world and they are for real… Kwiatkoś kończył właśnie rozmowę z Dziunią i podał jej rękę, a potem podszedł do klatki i usłużnie otworzył drzwi. Dziewczyna skrzywiła się jakoś dziwnie i znikła za nimi. Na to tylko czekał starszy chłopak – spojrzał w naszą stronę i dostrzegł piłkę leżącą na chodniku, tuż przy grupie chłopaków. Krzyknął jak oparzony Hurraaaaa! i ruszył coraz szybszym biegiem w naszą stronę. Holder właśnie zaczynał kolejny fragment utworu: I’ve seen the morning in the mountains of Alaska/ I’ve seen the sunset in the East and in the West… Właśnie w tym momencie, gdy wybrzmiewało słowo West, Kwiatkoś z wrzaskiem barbarzyńcy doskoczył do piłki i z wielkim zamachem kopnął ją swoją bosą prawą stopą. Zanim to zrobił, Kopel i Gruby krzyknęli:

– Kwiatkoś….

Ale nie zdążyli już zawołać „nie rób tego”, a raczej ich słowa zagłuszył wściekły, przerażający wrzask kolegi. Nie wiedząc o ukrytym kamieniu, uderzył w niego z taką mocą, że cała stopa natychmiast wyłamała się, a na obrzeżach skóry pojawił się wielki krwawy naciek. Skakał teraz jak oparzony na lewej nodze i krzyczał z bólu. Część słabszych chłopaków, z przerażeniem i piskiem, rozbiegła się natychmiast do domów, a tylko Jaśminek podbiegł do ofiary i wsparł go ramieniem. Kopel i Zębol rechotali trzymając się za brzuchy i nie zważali na tragizm całej sytuacji. Kwiatkoś kuśtykał z uniesioną prawą nogą, wsparty na koledze, a jego stopa dosłownie zwisała na skórze. Jakiś dorosły, który obserwował to zdarzenie z balkonu, zbiegł szybko po schodach i chwycił silnymi rękoma chłopaka. Natychmiast też skierowali się w stronę pobliskiej przychodni. Przez wiele miesięcy Kwiatkoś kurował połamaną stopę, miał chyba trzy operacje z drutowaniem i śrubowaniem, aż w końcu powoli, o kuli zaczął chodzić przy bloku. Kopel unikał go jak mógł, ale w końcu doszło do spotkania przy śmietniku…

– Jak ta moja noga się zrośnie, to tak ci Kopel nią nakopię do dupy, że będziesz leżał w gipsie cały rok – powiedział kulejący chłopak.

– Akurat się ciebie boję – odparł buńczucznie zaatakowany – Lepiej szybko się lecz, bo tworzymy drużynę piłkarską na mistrzostwa miasta. Ty masz dobre centry, więc przydasz się nam na skrzydle…

Kwiatkoś nie wiedział czy Kopel kpi z niego, czy mówi poważnie, więc na wszelki wypadek pogroził mu kulą. Po jakimś czasie noga wydobrzała na tyle, że znowu zaczął szwendać się po osiedlu. Nie gonił też Kopla, bo właściwie dzięki całemu zdarzeniu czarnooka Dziunia powiedziała mu, że bardzo się jej podoba i odwiedzała go wiele razy w domu, opatrywała nogę, pomagała mu drapać się pod gipsem linijką i… w końcu pierwszy raz pocałowała go w usta. A Kopla spotkała wkrótce zasłużona kara i poczuł jak boli złamana kość.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: