CZEKAJĄC NA CUD

No i przegwizdaliśmy kolejne Mistrzostwa Europy. Ktoś zastanawiał się w mediach, jak to się dzieje, że w tak dużym narodzie nie można znaleźć jedenastu facetów dobrze kopiących piłkę? Polska, to taki kraj, gdzie łatwo się wszystko burzy, niweluje, a potem trudno cokolwiek zbudować. Tak było z mniejszymi klubami, w których były dobre szkółki piłkarskie. Zlikwidowano je, pozbawiono wsparcia, rzucono na żer różnym sępom kapitalizmu. Na boiskach jednego z bydgoskich klubów już budują nowe bloki, inne czekają na parcelację. Polska drużyna przegrała, bo nie ma w niej indywidualności i nie ma jedności grupowej, to nie jest zespół, to jakaś zbieranina nieudolnego trenera. Krzynówek biegający bez sensu, stale plujący przez zęby i egoistycznie strzelający na wiwat. Smolarek wiotki jak panienka, potrząsający włoskami, bez siły, bez energii, jedynie czekający na dobrą piłkę. Cała kompania dziwacznych pomocników, którzy nie rozumieją, że mają dyrygować grą, mądrze egzekwować piłki, przewidywać dobre pozycje. Obrońcy również bez wyrazu, poruszający się bez jakiegokolwiek rozsądnego planu, reagujący doraźnie, wybijający piłki na pałę. Przegraliśmy nawet z rezerwami Chorwacji, średniej europejskiej drużyny. Oczywiście Listkiewicz nie weźmie tego na swoje barki, holenderski trener też będzie filozofował, piłkarze w wywiadach uznają, że nie mieliśmy szczęścia. A poza tym skrzywdził nas angielski sędzia (nawiasem mówiąc, miał rację, bo polski piłkarz popełnił błąd, opierając się z rozmachem na przeciwniku). Tylko Boruca można pochwalić, to naprawdę dobry bramkarz, z wyczuciem, z intuicją bramkarską. Potrafię to dobrze ocenić, bo wiele lat stałem między słupkami bramek różnych zespołów. Tak, rozgonić trzeba to emerytalne towarzystwo jak najszybciej i zacząć budować od podstaw, od drużyn podwórkowych, od turniejów kilkunastoletnich chłopców. Jak to wiele razy było w naszej historii, czekaliśmy na cud… No i znowu nie doczekaliśmy się…

PORT POETYCKI 2008

W piątek, 13 czerwca, prowadziłem w pałacu w Ostromecku Międzynarodowe Spotkanie Poetów i Artystów – Port Poetycki 2008. To już szósta z rzędu edycja imprezy, cieszącej się sporym powodzeniem u publiczności. W tym roku, poetą wiodącym Portu – a jakże mogłoby być w roku Jego imienia – był Zbigniew Herbert, miłośnik kultury śródziemnomorskiej, znawca filozofii i duszy ludzkiej, niczym Petroniusz arbiter elegantiarum. Jego centralna postać poetycka – Pan Cogito – jest czytelnym przesłaniem dla całej ludzkości, nie dla jednego małego narodu, prezentuje postawę niezgody i zarazem trudnej harmonii ze światem, kreuje człowieka, który staje śmiało do konfrontacji z wyzwaniami i walczy o wielkość: Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu/ po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę/ idź wyprostowany wśród tych co na kolanach/ wśród odwróconych plecami i obalonych w proch/ ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać „Świadectwo”/ bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny/ w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy (Przesłanie Pana Cogito). Sytuacja bohatera Herberta, to sytuacja człowieka naprawdę wielkiego, idącego do przodu i zdającego sobie sprawę z zagrożeń, z ulotności ludzkich losów. Każdy z nas ma mało czasu, każdy musi szybko dać „Świadectwo”, bo prawa biologii i eschatologii są nieubłagane, bo stale pojawiają się przeszkody, materialne i ludzkie, które potrafi pokonać tylko jednostka wybitna, zapatrzona w swój cel i pełna pasji. Herbert dokumentuje w swojej poezji podjętą decyzję i drogę ku celowi. Zwykłość Pana Cogito i zarazem jego niezwykłość, rodzi się na granicy życia i śmierci, bytu i nicości. Niewielu badaczy dostrzegło ów śmiertelny profil istnienia Pana Cogito, bo przecież jest on martwy, a jego wiedza o świecie i jego mechanizmach wzięła się między innymi z próby śmierci. Pan Cogito przeszedł ją, umierając najrealniej i jednocześnie, zachowując wyznaczniki osobowości autora. Mało tego, śmierć „wzmocniła” w nim cechy ludzkie i spowodowała, że stał się on – przypomnijmy mądre zdanie Przybylskiego – archetypem osoby ludzkiej, stworzonym z cierpienia. To jest bytem o przedziwnej nadświadomości, zawieszonej nad śmiercią, a zarazem będącym samą śmiercią; bytem spektralnym i zarazem hipotetycznym punktem zawieszenia w nie istniejącej przestrzeni. Czytelnikowi poezji Herberta zapewne wiele dałoby poznanie teorii względności. Stwierdziłby może wtedy, że Pan Cogito i narrator innych cykli wierszy Herberta, porusza się w przestrzeni, albo istnieje w niej w zgodzie z twierdzeniami Einsteina. Tak ów bohater wchodzi w nieskończoność, w ukryty wymiar egzystencji, stale szuka i nigdy nie znajduje, stale wędruje, choć kres jest w nim, stale ucieka, choć nie może się poruszać. Przeszedł wrota rozpadu materii i miał stać się bytem doskonałym, nie potrafi jednak i nie może zapomnieć o swojej cielesności o istnieniu pośród przestrzeni euklidesowej, o woli życia, od samego początku przeżartej śmiercią.

Port Poetycki 2008 odbył się pod patronatem Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego i Prezydenta Bydgoszczy. a wśród organizatorów trzeba wskazać przede wszystkim Bydgosko-Toruński Oddział Związku Literatów Polskich i Bydgoskie Stowarzyszenie Artystyczne. W imprezie wzięło udział wiele poetek i poetów, mieliśmy też w tym roku trzech gości zagranicznych, z Czech, Wietnamu i Niemiec. Oto oni:

LIBOR MARTINEK – ur. w 1965 w Krnowie, Republika Czeska. Historyk literatury, krytyk literacki i muzyczny, wykładowca historii literatury czeskiej na Uniwersytecie Śląskim w Opawie, edytor zbiorów poetyckich, tłumacz z języka polskiego, angielskiego i ukraińskiego. Mieszka w Opawie, która jest od dawna centrum kulturowym czeskiego Śląska. Obronił doktorat z historii literatury czeskiej (Uniwersytet Masaryka w Brnie, 2000) i historii literatury polskiej (Tamże, 2005). Członek Stowarzyszenia Pisarzy Czeskich, Stowarzyszenia Tłumaczy Czeskich, Koła Cieszyńsko-Zaolziańskiego Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego w Katowicach. Jako tłumacz poezji polskiej współpracuje z Czeskim Radiem Praga oraz Radiem Watykańskim i szeregiem literackich czasopism. Własną twórczość poetycką prezentował podczas imprez literackich, organizowanych przez Gminę Pisarzy Czeskich, Zrzeszenie Literatów Polskich w Republice Czeskiej oraz na kilku znaczących festiwalach poetyckich w Polsce, w Litwie i w Grecji. W 2004 roku otrzymał Nagrodę Honorową za tłumaczenie poezji polskiej w ramach Światowego Dnia poezji pod patronatem Polskiego Komitetu ds. UNESCO. Autor publikacji Polská literatura českého Těšínska po roce 1945 (Literatura polska na Zaolziu po 1945 roku, Opava, 2004), Polská poezie českého Těšínska po roce 1920 (Poezja polska na Zaolziu po 1920 roku, Opava, 2006). W jego przekładzie ukazały się książki naukowe i popularno-naukowe oraz zbiory wierszy wielu autorów, m. in. Wilhelma Przeczka, Danuty Kostewicz, ks. prof. Bonifacego Miązka, Ewy Lipskiej. Z angielskiego przetłumaczył wiersze Stanleya H. Barkan’a (USA), Williama Geoffa (Wielka Brytania), Ronny Somecka (Izrael).

LAM QUANG MY (Nguyen Dinh Dung) – ur. w 1944 roku w Wietnamie. Ukończył Elektronikę na Politechnice Gdańskiej w 1971 roku. Po powrocie do kraju, pracował w Centrum Badań Nauki i Technologii w Hanoi. Do Polski przyjechał w 1989 roku. Jest doktorem nauk fizycznych i pracował w Instytucie Fizyki Polskiej Akademii Nauk. Kocha poezję, pisze i tłumaczy wiersze autorów wietnamskich i polskich m.in. Zygmunta Krasińskiego, Cypriana Norwida, Karola Wojtyły, Czesława Miłosza, Wiesławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, i innych. Aktywnie uczestniczy w polskim życiu literackim. Brał m.in. udział w Warszawskiej Jesieni Poezji, Światowych Dniach Poezji UNESCO, Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim w Poznaniu, w Krynickej Jesieni Poezji, w Międzynarodowej Jesieni Literackiej Podgórza, uczestniczył w produkcji teatralnej pt. I Miasto przemówiło, w Anglii, w Polsce i w Italii, oraz w Międzynarodowym Festiwalu Maj nad Wilią w Wilnie. Publikował w polskich pismach literackich: „Poezja dzisiaj”, „Literacka Polska”, „Temat” oraz w wielu czasopismach, gazetach, antologiach poetyckich polskich i zagranicznych. W roku 2004 opublikował dwa tomy poezji: Echo, Polska Oficyna Wydawnicza oraz Doi (Oczekiwanie), Wydawnictwo „Kultury i Informacji” w Hanoi.

CHRISTIAN MEDARDUS MANTEUFFEL – ur. w 1938 roku w Polsce, w Brześciu-Kujawskim. Nazwisko Manteuffel jest nazwiskiem jego matki, a od 1988 używa je jako nazwisko autorskie. Debiutował w „Pomorzu” w roku 1961. Potem publikował wiersze i prozę, m. in. w „Faktach i Myślach”, w „Tygodniku Kulturalnym”, we „Współczesności” i w „Poezji”. W 1968 roku Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza wydała jego zbiór opowiadań Stemplowanie siwych koni. W roku 1981 związał się z grupą młodych ludzi redagujących w Bydgoszczy opozycyjne czasopismo solidarnościowe „Wolne Związki” pisząc pod własnym nazwiskiem. Publikował także w innych czasopismach nielegalnych, tzw. „drugiego obiegu”. Podczas stanu wojennego, zamieszczał teksty w konspiracyjnym wydawnictwie im. Gen. Nila-Fieldorfa, w antologii poezji odnowy Poeta pamięta, obok m. in. Miłosza i Brechta. W 1988 wyemigrował do Niemiec. Na podstawie niemieckich korzeni rodowych matki, wywodzącej się z Inflant, otrzymał obywatelstwo niemieckie, bez zrzekania się obywatelstwa polskiego, co pozwoliło mu na przeprowadzenie skomplikowanej operacji serca i długotrwałą rekonwalescencję. W Niemczech związał się z wystepującym przeciw dyskryminacji politycznej i rasowej stowarzyszeniem literackim Else-Lasker-Schüler-Gesellschaft e. V. W roku 2003 był inicjatorem forum wyjazdowego tego stowarzyszenia do Wrocławia, gdzie w roku 1933 hitlerowcy palili na stosach książki setek postępowych pisarzy. Stowarzyszenie im. Else Lasker-Schüler zajmuje się także przywracaniem dla historii literatury owych „spalonych poetów”. Przewodnictwo forum objął wówczas Władysław Bartoszewski, a uczestniczyło w nim wielu najwybitniejszych pisarzy i postaci ze świata artystycznego Polski i Niemiec. W Niemczech publikował już jako Christian Medardus Manteuffel, w czasopismach: „Der Literat”, „Die Brücke” i „Rabenflug”, w antologiach wydawnictwa „Wort-und-Mensch“, a w 2005 roku, w tymże wydawnictwie ukazał się jego niemieckojęzyczny zbiór wierszy Gedichte aus den Scheidewegen (Wiersze z rozstajnych dróg). W 2002 został zaproszony do Warszawy przez organizatorów „Światowego Dnia Poezji – UNESCO”. Od tego też czasu jego wiersze, eseje, artykuły i tłumaczenia z poezji niemieckiej, pojawiały się znowu w polskich czasopismach m. in.: w „Poezji dzisiaj”, w „Akancie”, w „Tytule”, w „Temacie”, w „Pograniczach”, w „Przeglądzie Powszechnym”, w „Midraszu”. Publikuje także w nowojorskim „Przeglądzie Polskim”, w czasopiśmie Klubu Intelektualistów Polskich w Austrii „Jupiter”, w wileńskim „Znad Wilii” i paryskim „Recogito”. Jest laureatem wielu nagród konkursów literackich, m. in. Odbierał Nagrodę z rąk Katarzyny Herbertowej, w Konkursie im. Zbigniewa Herberta, Laureat I nagrody za esej w konkursie Duszpasterstwa Stowarzyszeń Twórczych Archidiecezji Poznańskiej, „Chojnickiej Nocy Poetów”, „Centrum Herdera” w Gdańsku, oraz Konkursu im. Stanisława Grochowiaka. Od 2005 mieszka ponownie okresowo w Polsce, na rodzinnych Kujawach, w Ciechocinku.,

Spotkanie miało charakter zbliżony do amerykańskich wieczorów typu Poetry Reading, podczas których najważniejsza jest poezja i od prezentacji samego autora zależy jak zabrzmią jego wiersze i jakie wrażenie zrobi na słuchaczach. Podczas Portu Poetyckiego było kilka takich niezwykłych prezentacji, ale nie było też autora czy autorki, którzy by w jakiś sposób odstawali od reszty uczestników. Była to ogromna dawka poezji, a na scenie pojawiali się kolejno:

ANDRZEJ BASZKOWSKI – ur. w 1932 roku w Bydgoszczy. Poeta i dramaturg, eseista i dziennikarz. Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika i uzyskał tytuł magistra. W latach 1955-1958 kierownik literacki w Teatrze Popularnym w Grudziądzu, potem przez dwa lata w tym samym charakterze w Teatrze lalki i Aktora „Baj Pomorski” w Toruniu. Od 1960 roku pracował jako dziennikarz w „Pomorzu”, w rozgłośni Polskiego Radia i TV w Bydgoszczy, w „Faktach”. Od 1977 roku do dzisiaj naczelny redaktor Bydgoskiego Informatora Kulturalnego. Laureat Nagrody im. Klemensa Janickiego (2002), odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (1972), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1983), Medalem Prezydenta Miasta Bydgoszczy (2002), Medalem Jerzego Sulimy-Kamińskiego (2006), Odznaką Zasłużonemu – Ministra Sprawiedliwości. Juror w wielu konkursach literackich. Wydał następujące zbiory wierszy: Pory (Gdynia 1962), Biała laska (Poznań 1968), Dziennik domowy (Gdańsk 1978), Martwe natury (Bydgoszcz 1985), Czekając na Ikara (Bydgoszcz 1987), Kwarantanna ( Bydgoszcz 1990), Na jeden sezon (Bydgoszcz 1999), Wybór wierszy (Bydgoszcz 1999), Kartka z kalendarza (2000). Publikował w wielu almanachach, autor licznych sztuk dla teatrów dziecięcych. Członek Związku Literatów Polskich.

ANNA CYBULSKA – Urodziła się 12 kwietnia 1968 roku . Mieszka i pracuje w Radziejowie. Poetka, pisarka, malarka, autorka mikro sztuk teatralnych. Członek Związku Literatów Polskich oddziału bydgosko – toruńskiego i Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego. Zadebiutowała w 2005 roku tomikiem Anioły we mnie śpią. Pod auspicjami Nauczycielskiego Klubu Literackiego we Włocławku ukazały się dwa zbiory wierszy: Szklane marzenia (2005) i W twoich dłoniach sen (2006). W marcu 2008 roku ukazała się książka poetycko-prozatorska Szepty intymne. Swoje utwory publikowała w licznych periodykach (Gazecie Kujawskiej, Radziejowianinie, Powiatowym ABC, kwartalniku filologiczno-artystycznym Temat i innych). Również w almanachach: Twórcy Regionu 7 (2007), Rypińskim Albumie Poetyckim (2007) oraz Festiwal Sztuk Rejs 2007 . Jest laureatką I wyróżnienia w Ogólnopolskim Konkursie im. Franciszka Becińskiego w Radziejowie, w dziedzinie poezji (2006) i I miejsca w dziedzinie prozy (2007). Utwory prezentowała również na antenie Radia PIK. Projektuje okładki do swoich tomików i maluje. Układa muzykę do tekstów, bo poezja śpiewana jest także częścią jej duszy. Zajmuje się promowaniem środowisk twórczych w kawiarni artystycznej Franciszkańska przy klasztorze oo. franciszkanów w Radziejowie.

JOANNA GŁADYKOWSKA – ur. w 1986 roku w Bydgoszczy, gdzie mieszka i studiuje filologie polską na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Debiut prasowy: „Pod Wiatr” 2004. Publikacje w „Akancie”, „Angorze”, „BiK” i „Temacie”. Debiut książkowy: Halo Poezja, „Świadectwo”, Bydgoszcz 2006. Została uhonorowana nagrodą bydgoskiego środowiska literackiego Leonidas 2006. Obecnie prezentuje swoje wiersze na wieczorach poetyckich i uczestniczy w spotkaniach studenckiej grupy literackiej Et Cetera. Jak mówi: „Pływam po powierzchni. Kontakt z ludźmi tworzącymi, z literaturą, z reguły inspirujący, niestety chwilowo okazuje się bezbronny wobec twórczej acedii, jaka mnie dotknęła. Nie zniechęcam się jednak i dla komfortu psychicznego, ufam tym, którzy mówią, że nie jest ona niczym innym jak poszukiwaniem nowej drogi. Szukam więc i obym ją znalazła!”

ELLA HYCIEK – ur. w 1943 w Toruniu. Studiowała ekonomikę pracy i politykę społeczną w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, a także filozofię na tej samej uczelni (praca magisterska: Wizja człowieka w twórczości artystycznej i filozoficznej Witkacego) Pracowała w różnych zawodach, jako kierowniczka kadr, kierowniczka Gastronomii, nauczycielka promocji, reklamy i marketingu. Mieszka we Francji, w Niemczech i w Toruniu, gdzie ma pracownię artystyczna obrazów i ikon. Wydała: Wyciszanie – wędrówka przez Miłość, drugie piętro (1991), Trzy wiadra czasu (1995), Szepty serca i krzyki (1996), Dotyk nieba (1996), Pożywka (1997), Smak życia (1997), Legendy toruńskie (1998), Pożądanie (1998), Toruń miłość moja (1998), Przepustka do nieba (2002), Piąta pora roku (2003), Przy studni filozofów (2005). Pochodzi z rodziny o tradycjach niepodległościowych i patriotycznych. Członek Związku Literatów Polskich, uczestniczka wielu spotkań poetyckich i artystycznych.

JOANNA JĘDRZEJEWSKA–BAŁDYGA – ur. w 1946 w Kirchheim, Niemcy. Poetka, krytyk, eseistka i redaktorka. Wydała pięć zbiorów wierszy: Nauczyłeś mnie siebie (Bydgoszcz 1999), Nie dotykaj mojego smutku… (Bydgoszcz 2000), Tylko wiersze pozostały (Bydgoszcz 2002), Tańczmy… Bydgoszcz 2003) i Listy moje wierszem piszę… (Bydgoszcz 2007) Jest laureatką Chojnickich Impresji Jesiennych. jej wiersze zostały przetłumaczone na język czeski i znalazły się w almanachach, między innymi: Z poezją w XXI wiek (Kobylniki 2002), Przyjrzyj się pustce (Głogów 2003). Publikowała w wielu czasopismach polskich i zagranicznych i brała udział w licznych festiwalach poezji. Członek Związku Literatów Polskich. Poezja autorki jest łagodna i delikatna, czasem refleksyjna, czasem gorzka i smutna, ale zawsze nastrojowa i żarliwa. Jej uświęconym obszarem jest miłość, wokół której wszystko się obraca i która wyznacza horyzont kolejnych dni, wieczorów i nocy, kolejnych poranków i godzin, nieustannego oczekiwania na partnera. Wyraźnie można wyczytać z tych wierszy, że jest to uczucie skazane na tajemnicę i możliwe tylko w pewnym zakresie ludzkich możliwości, w określonych sytuacjach i ściśle wyznaczonych ramach. Nie są to wiersze przeładowane metaforami, czy wymyślnymi porównaniami, wręcz przeciwnie – to jakby alfabet miłości, przydawanie kolejnych głosek, ale też wygładzanie fałd rzeczywistości i rozmowa, ciągnąca się rozmowa z mężczyzną. Gdyby wskazywać powinowactwa, to poezja ta bliższa jest ascetycznemu modelowi wiersza Różewicza, z poetów zagranicznych – Kawafisa, a spośród piszących kobiet – na pewno wskazać można jakieś powinowactwo z Lipską, Świrszczyńską i Poświatowską. Ale są to tylko ustalenia pomocnicze, bo największą wartością tej liryki jest jej oryginalność.

EDWARD KACZMAREK – ur. W 1930 roku. Ukończył w 1951 roku Państwowe Liceum Mechaniczne II stopnia w Bydgoszczy, a potem studiował w Politechnice Gdańskiej (1951–1955). Nauczyciel przedmiotów zawodowych w szkołach zasadniczych oraz w Technikach Mechanicznym i Samochodowym. Kierownik szkolenia kierowców w okręgu bydgoskim w Polskim Związku Motorowym, Inżynier do spraw ruchu drogowego w Wojewódzkim Wydziale Komunikacji w Bydgoszczy, rzeczoznawca w zakresie specjalności A ,B, C, D w Zespole Rzeczoznawców Techniki Samochodowej i Ruchu Drogowego PZM w Bydgoszczy. Biegły sądowy do spraw wypadków drogowych. Wiceprzewodniczący Klubu Literackiego ZNP Nauczycieli Pomorza i Kujaw w Bydgoszczy. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (1979), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1989). Członek Rzeczywisty Polskiego Związku Motorowego – PZM. Członek Międzynarodowej Federacji Ekspertów Samochodowych – Federation Internationale des Experts en Automobile. Opublikował: Poezja: Rzeźbiarze Ziemi, Bydgoszcz 1989, Zadumanie, Bydgoszcz 1996, Bale na Błękitnym Pyłku, Bydgoszcz 2003. Proza: Płyń do wielkiego morza, Gdańsk 1976; Sąd bogów, Bydgoszcz 1988; Maturitas, Bydgoszcz 1996; O gadaczach, słuchaczach i głupocie, Bydgoszcz 1997; Magister, Bydgoszcz 1998; Władca strychu, Bydgoszcz 1999; Rozmowy myślących osiołków, Bydgoszcz 2000; Honoratus, Bydgoszcz 2000; Myślące osiołki, Bydgoszcz 2005. Reporter Pana Boga (2007).

Ks. FRANCISZEK KAMECKI, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i jeden z założycieli TMZC, jest wykładowcą retoryki i kultury żywego słowa, sacrum w literaturze, teologii przepowiadania i homiletyki. Wydał: Parabole Syzyfa (1974), Sanczo i ocean (1981), Epilogi Jakuba (1986), Borowiackie językowanie (1989), Ten co umywa nogi (2001), Skarga księdza (2002), Tam gdzie pędraki, zielsko i cisza (2006). Współautor fotograficzno-poetyckich albumów Uchwycić życie II (2003) i Pejzaż osobisty (2004). Tłumaczony na niemiecki, angielski i czeski. Wyróżnienia i nagrody, m.in. za najciekawszy debiut roku na Ogólnopolskim Festiwalu Poezji w r.1974, I miejsce w konkursie internetowym w Gdańsku „Media-Książce” Interartus 2002, brązowa statuetka Feliksa „Gazety Wyborczej” za działalność charytatywną, wyróżnienie w Bydgoszczy „Za twórczy wkład w kulturę chrześcijańską” w 2005 roku.

JOLANTA KOWALSKA – Magister filologii polskiej, członek między innymi Literackiego Klubu Nauczycieli, Klubu Polskiej książki, Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego. Wydała tomiki poetyckie: Z sercem cichym jak liść” (1993), Warkocze gwiazd chwytam (1995), Na głos miasta i serca (1996),Kaskaderka (1998), Po trzeciej stronie lustra (2000), Rozwiesiłam w obłokach marzenia (2005). Proza: Góry wspomnień. Swoje utwory publikowała w piętnastu antologiach oraz w czasopismach krajowych, lokalnych i branżowych.. Brała udział w wielu konkursach literackich, gdzie zdobywała laury, a z czytelnikami spotykała się podczas kilkudziesięciu wieczorów autorskich. Odznaczona odznaką Zasłużona dla Kultury Polskiej.

DARIUSZ TOMASZ LEBIODA – tutaj powinien znaleźć się mój biogram, ale jest on umieszczony w tym miejscu dziennika internetowego, które na bocznej listewce określone zostało: O mnie

MAŁGORZATA NOWAK – ur. w 1974 roku. Mieszka w Inowrocławiu. 1993 – 1998 Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Bydgoszczy, W roku 1999 ukończyła studia w zakresie historii w Wyższej szkole Pedagogicznej w Bydgoszczy, a potem Podyplomowe Studia Prawa Europejskiego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Opublikowała cztery zbiory wierszy: Bursztynowe liście (Arkona, Bydgoszcz 1994), Pejzaże wspomnień (Miniatura, Kraków 1994), Sięgnąć Nieba (Radom 1998) i Śpiew kolibrów (Kraków 2001). Debiutowała w 1993 roku w regionalnej gazecie „Jezioranin”. Jej utwory ukazały się w kilku antologiach i wielokrotnie publikowane były w prasie. Członek Związku Literatów Polskich. Zajmuje się też malarstwem i rzeźbą.

STEFAN PASTUSZEWSKI – ur. 19 sierpnia 1949 roku w Bydgoszczy, ukończył mechanikę w WSI w Bydgoszczy, pedagogikę w UMK i polonistykę w Uniwersytecie Gdańskim. Poeta, prozaik i eseista. Debiutował w „Politechniku” w 1971 roku. Pracował jako dziennikarz w bydgoskiej prasie: „Ilustrowanym Kurierze Polskim” (1972–1977 ), „Wodniaku Bydgoskim” (1977–1980; redaktor naczelny), tygodniku „Kujawy” (1979–1981, kierownik działu kulturalnego) i czasopiśmie „Wolne Związki” (1980–1981, zastępca redaktora naczelnego). Podczas stanu wojennego został internowany 14 grudnia 1981 r. W latach osiemdziesiątych XX wieku był kilkakrotnie aresztowany z powodów politycznych i skazany. W okresie tym nie mógł też uzyskać stałego zatrudnienia. Później otrzymał pracę w UAM w Poznaniu (1983–1992). Był również nauczycielem języka polskiego w bydgoskich szkołach średnich (1990–1992). W latach 1991–1993 był posłem na Sejm RP, a w latach 1990–2002 radnym miejskim. Był też wiceprezydentem Bydgoszczy (1994–1998) oraz wiceprzewodniczącym sejmiku samorządowego (1990–1994). W 1987 roku założył Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, a w 1998 roku miesięcznik literacki „Akant”, w którym jest sekretarzem redakcji. Wydał między innymi następujące zbiory wierszy: Druga gałąź (Warszawa, 1977), Dzień, w którym przyszedł (Warszawa, 1977), Odloty (Bydgoszcz, 1978), Trzeba iść (Bydgoszcz, 1989), Imię moje (Bydgoszcz, 1980), Listy do siebie (Gdańsk, 1981), Kuszenie Ikara (Warszawa, 1981), Biały pokój (Warszawa, 1981), Czas ostateczny (Wydawnictwo „Filip”, 1983), Wiersze (Młodzieżowa Oficyna Literacka, 1985), Róża i miecz (Bydgoszcz, 1991), Smak malin i czereśni (Bydgoszcz, 1993), Kobiety są (Bydgoszcz, 1993), Zachłanność (Bydgoszcz, 1994), Listy do Pani (Bydgoszcz, 1995), Przepaść w brzuchu (Bydgoszcz, 1996), Wiersze wybrane (Bydgoszcz, 1997), Sonety i poematy (Agencja Wydawnicza „Gens”, 1999), Po przełomie (Bydgoszcz, 2000), Pamiątki inflanckie (Bydgoszcz, 2003). Jest także autorem powieści Późne majowe popołudnie (Bydgoszcz, 1995) oraz zbiorów opowiadań: Dziwne sprawy (Warszawa, 1980), Szczególny zbieg okoliczności (Bydgoszcz, 1994), Miasto (Bydgoszcz, 1996), Nie-do-opowiadania (Bydgoszcz, 1997), Karły (Bydgoszcz, 2000), Dwanaście miłosnych miesięcy (Bydgoszcz, 2001), Teraz Polska (Bydgoszcz, 2002), Dwanaście pań i panów w lusterkach (Bydgoszcz, 2003). Tłumaczy z bułgarskiego, niemieckiego, rosyjskiego, serbskiego i ukraińskiego. Animator kultury, działacz społeczny i polityczny. Prowadzi badania naukowe w zakresie historii oraz literaturoznawstwa. Laureat XVII Ogólnopolskiego Turnieju Poezji Społecznie Zaangażowanej „Czerwonej Róży” (1976), nagrody „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego” (1996) Nagrody Ryszarda Milczewskiego-Bruno w Poznaniu (2001). W 2003 r. zdobył tytuł „Artysty Roku” w plebiscycie „Gazety Wyborczej (Bydgoszcz)”. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Był członkiem – założycielem Grupy Faktu Poetyckiego „Parkan” (1975 – 1981). W latach 1971 – 1980 należał do Koła Młodych Związku Literatów Polskich.

MAŁGORZATA PIETRZAK – ur. 27.08.1970 roku w Lubrańcu. Szkołę Podstawową ukończyła w Topólce. Do Liceum Ogólnokształcącego uczęszczała w Lubrańcu. Obecnie mieszka z rodziną w małej miejscowości Dębianki, koło Topólki. Zadebiutowała w 2001 roku w „Gazecie Kujawskiej”. Utwory swoje publikowała w „Kronice Radziejowskiej”, w „Powiatowym ABC”, w „Radziejowianinie”, w tygodniku „Kujawy”, a także w bydgoskim „Akancie”. Jej wiersze znalazły się w antologii „Skarbnica współczesnych poetów”, w almanachach „Twórcy regionu 4, 5, 6 i 7” (Włocławek), „Byłem z poezją na Kujawach”(Radziejów), w almanachu ogólnopolskim „A duch wieje kędy chce”(Lublin), w książkach pokonkursowych: „Strofy z szuflady” (Choszczno 2002), „W objęciach dobra” (Krośnice 2003), „Z poezją do Unii Europejskiej” (Wąglany-Białaczów 2004), „Odblaski nocy” (Chojnice 2004), „Dom nasz czy ulica…” (Bydgoszcz 2005), „Od serca na grzech chorego” (Wieleń –Poznań 2005), „Człowiek i czas” ( Kraków 2005), „Wiersze wybrane” (Rypin 2006), „Kujawskie czakramy” (Kruszwica 2007). Prezentowała swoją twórczość na antenie Radia „W”, podczas Festiwalu Sztuk „Rejs 2007” w Lubostroniu , a także w kwartalniku Filologiczno-Artystycznym „Temat” (2007). Obecnie jej utwory można znaleźć w gazecie internetowej powiatu Radziejów, a także na stronie toruńskiej galerii artystycznej, z którymi współpracuje jako redaktor. Jest laureatką kilkunastu konkursów literackich i poetyckich zarówno ogólnopolskich jak i międzynarodowych, między innymi w Choszcznie, Radziejowie (czterokrotnie), Krośnicach, Białaczowie, Chojnicach, Szczecinie, Radomiu, Bydgoszczy (dwukrotnie), Świeciu, Rypinie, Wieleniu koło Poznania, Nowym Sączu,  Kruszwicy i Łącku. Pod auspicjami NKL we Włocławku wydane zostały jej tomiki : „Serce pełne deszczu” (2001),”Wiosna spełnionych marzeń” (2002), „Nim siebie odnajdę” (2002), „Między ziemią a niebem” (2003), „Świat taki piękny” (2004), „Zbieram rosę z traw kujawskich” (2005) oraz „Pieśni kujawskich drzew i pól” (2008). Związek Literatów Polskich w Bydgoszczy wydał tomik jej poezji pt. „Wstęga Möbiusa” (2008 ). Autorka od października 2006 jest członkiem Związku Literatów Polskich, Oddział Bydgosko-Toruński, należy także do Koła Literatów Polskich im. Zbigniewa Herberta w Lublinie. Obdarzona bogatą wyobraźnią, wrażliwością poetycką i intuicją, pisze o Kujawach i o sprawach uniwersalnych. Jej utwory dotykają kwestii ontologicznych i epispemologicznych.  Jest w nich wiara, nadzieja, śmierć, krzywda ludzka i nade wszystko – miłość.

KAZIMIERZ RINK – ur. w 1948 roku. Poeta, krytyk, dziennikarz, animator kultury. Mieszka w Tucholi. Studiował filologie polską na Uniwersytecie Warszawskim. Twórca i współtwórca wielu oryginalnych przedsięwzięć o charakterze ogólnopolskim, między innymi „Czwartów literackich” w Tucholi i Chojnickich Nocy Poetów. Od trzydziestu pięciu lat czynnie związany z Polską Federacją Dyskusyjnych Klubów Filmowych i amatorskim ruchem artystycznym (laureat Ogólnopolskich Konkursów Recytatorskich, potem instruktor i konsultant teatralny). Jako dziennikarz debiutował w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku recenzjami filmowymi i teatralnymi na łamach MPT „Radar”. Jako poeta zadebiutował w kwartalniku regionalnym „Tucholanin” (1986). Wydał tomy wierszy: „To znowu ja” (1987), „Nasze małe wieczności” (1992), „Wiersze” (1995), „Od świtu do nocy” (2003) oraz Rozmowa o wschodzie słońca (2008). Jego wiersze znalazły się w licznych almanachach. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Jako dziennikarz radiowy zrealizował 130 programów w ramach Radiowej Poczty Literackiej. Obecnie współpracuje z oddziałem RSTK w Bydgoszczy i miesięcznikiem „Akant” oraz kwartalnikiem „Temat”. Uhonorowany odznaką „Zasłużony Działacz Kultury”.

MAJA RODZIEWICZ-SZYNICKA – ur. W 1973 roku. Autorka trzech zbiorów wierszy: Nie dogonią mnie już twoje słowa (2002), Nie w twoich dłoniach rozkwitam (2005) i Anioły nie mokną (2007). Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów literackich, w tym Chojnickiej Nocy Poetów. Jej wiersze znalazły się w wielu antologiach i almanachach, m.in. Światłem będący zanurzeni w światłości (Kraków 2005, Kujawskie czakramy (2007). Poszczególne wiersze były także publikowane w kilku pismach literackich, w tym w „Temacie”. Poezja Maji Rodziewicz-Szynickiej rodzi się w miejscu przecięcia się codzienności i świata świetlistych marzeń. Egzystuje w przestrzeni wykreowanej i pośród szarych miejskich pejzaży. Jest próbą obłaskawienia świata i poukładania od nowa rozsypanych elementów. Poetka dociera swoim słowem do takich miejsc, gdzie odchodzą zawiedzeni kochankowie i gdzie pojawia się nadzieja na nowe spotkanie. Jeśli istnieje spektrum wolnych tematów i unoszących się nad bytem elementarnych słów, to autorka wchodzi tam często i szuka kształtu swoich wierszy. Członkini Związku Literatów Polskich.

JOLANTA SZTEJKA – bydgoszczanka, trzykrotna absolwentka Wydziału Prawa i Administracji UMK w Toruniu. Wielbicielka poezji Haliny Poświatowskiej. Pomysłodawca i organizator spotkań kulturalnych pod nazwą Salony Kulturalne. Laureatka kilku konkursów literackich, Debiutowała w 1998 roku w czasopiśmie dla młodzieży „Pod Wiatr”, publikowała m.in. w „Akancie”, „Cegle”, „Apeiron Magazine”. Debiutancki tom poezji W kobiecym stylu – nie tylko dla mężczyzn ukazał się w 2008 roku nakładem Instytutu Wydawniczego „„Świadectwo”

MAŁGORZATA SZWEDA – ur. w 1981 roku w Więcborku. Mieszka w Jastrzębcu koło Więcborka. Debiutowała wiosną 2000 roku w Ogólnopolskim Miesięczniku Literackim „Akant”. W 2001 r. wydała swój pierwszy tom pt: Gubię się. Następne tomy poetyckie to: Jego dotyk (2002), Na bezdrożu (2003), Szepty (2005). Publikuje wiersze w prasie lokalnej oraz pismach literackich: „Akant”, „Własnym Głosem”, „Poezja Dzisiaj”, „Odra”, oraz „Psi wino” (Dzikie wino), w Czechach. Do najważniejszych almanachów, w których wzięła udział, należy zaliczyć: W ciągłym niedosycieAntologia Poetów Krajeńskich (Więcbork), A Duch wieje kędy chce (Lublin), Bory słowem malowane (Tuchola). Uczestniczka I i II Międzynarodowych Spotkań Poetyckich – „Pobocza” oraz Ogólnopolskich Literackich Spotkań Pokoleń w Kruszwicy – Kobylnikach. Członek Związku Literatów Polskich.

MIECZYSŁAW WOJTASIK – urodził się 12 lutego 1941 roku w Paniewku na Kujawach. Od roku 1966 zamieszkał w Bydgoszczy. Pracował jako inżynier melioracji wodnych, nauczyciel akademicki w Akademii Techniczno-Rolniczej, obecnie jako profesor w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Debiutował w „Faktach i Myślach w 1967 r. Wydał następujące zbiory poezji: Struna czarnoziemu (WRZZ, 1979), Bezpańskie berło i słowo (KPTK, 1979), Żebro metafizyki (Koło Młodych BO ZLP, 1980), Jeśli pytasz naprawdę (Wydawnictwo Morskie, 1985), Przez bezludne brzegi (Państwowe Wydawnictwo „Iskry”, 1986), Niech ma na imię choćby Kain (Klub „Arkona”, 1991), Po śladach wołania i ciszy (Wydawnictwo „Miniatura”, 1997), Nie pijałem ptasiego mleka (Wydawnictwo „„Świadectwo””, 1997), Między mitem i kowadłem (Wydawnictwo „Miniatura”, 2000) oraz zbiór aforyzmów A teraz ja (Oficyna Obecnych, 1979) i fraszek Runda dla poddanego (Agencja Poligraficzno- Reklamowa „JPT”, 1997). Publikował w ponad 30 almanachach i antologiach, m.in. w Wielkiej Księdze Myśli Polskiej (Klub dla Ciebie, 2005) oraz w Złotej Księdze Ludzi Wielkiego Umysłu i Serca (Fundacja „Zdążyć z Pomocą”, 2006). Wiersze jego były tłumaczone na język ukraiński i czeski. Przekładał z języka bułgarskiego, ukraińskiego i rosyjskiego. Od ponad trzydziestu lat zajmuje się promocją początkujących twórców, także krytyką literacką oraz satyrą. Laureat konkursów literackich, m.in. im. Franciszka Becińskiego (1998). Był członkiem Grupy Faktu Poetyckiego „Parkan” (1975-1981) oraz Koła Młodych ZLP (1975-1981), opiekunem Klubu Literackiego „Kujawy” we Włocławku (1981-1984), konsultantem Klubu Literackiego przy Pomorskim Okręgu Wojskowym (1995-2001). Jest od roku 1981 członkiem Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury, od 1978 roku przewodniczącym Klubu Literackiego Nauczycieli Pomorza i Kujaw, a od 2006 roku także członkiem Związku Literatów Polskich.

Dodajmy jeszcze, że podczas imprezy ballady udanie śpiewał Jacek Jacenty Modrzyński, a Ella Hyciek wygłosiła interesujący monodram na podstawie esejów i poezji Zbigniewa Herberta. Nad całością imprezy i jej koordynacją w ramach projektu Festiwal Sztuki Rejs 2008, czuwał Prezes BSA Henryk Narewski.

 

POGRZEB TADEUSZA

W internetowym wydaniu jednej z gazet znalazłem zdjęcia z pogrzebu Tadeusza Kwiatkowskiego Cugowa. Czarna urna i tłumy ludzi na cmentarzu, jakieś kwiaty, żołnierze w zielonych beretach, z bagnetami na karabinach i orkiestra wojskowa, grająca pogrzebowego marsza. Popłakałbyś się Tadziu, gdybyś to zobaczył, a może zakląłbyś szpetnie. Jak zwykle u nas, dopiero po śmierci okazało się, że byłeś wielki. Pewnie sporo byś mi powiedział o różnych ludziach, którzy przyszli Cię pożegnać, może byś się zasmucił, a może zanuciłbyś zabawną piosenkę o rowerku… Tyle razy śpiewałeś ją, gdy podróżowaliśmy po Wielkopolsce. Przypomniało mi się pewne nasze spotkanie, nieoczekiwane i tajemnicze. Jechałem ekspresem do Warszawy i nagle, w Aleksandrowie, zauważyłem Ciebie na peronie. Wsiadłeś do tego samego wagonu, którym ja jechałem. Przywitaliśmy się serdecznie i zaczęliśmy rozmowę – okazało się, że wracałeś z pogrzebu Janusza Żernickiego i smutek ścielił się w Twoim sercu. Mówiłeś: Gdzie byli Ci wszyscy przyjaciele Janusza, gdy jego ciało składano do grobu? Nawet pieniędzy nie dali wdowie za ostatni wybór wierszy! Złościło Cię to, a ja byłem dumny z Ciebie, że nie zważając na koszty, pojechałeś z Lublina na pogrzeb przyjaciela. Miałeś złote serce, które teraz jest prochem. Prochem są Twoje siwe włosy, Twoja broda, Twoje usta i oczy, Twoje całe duże ciało. Ale Tadziu, w prochu jest coś majestatycznego, coś wielkiego i kosmicznego – wróciłeś Poeto do materii pierwotnej, byłeś żarem, blaskiem i lśnieniem i został po Tobie popiół. Piękny i elementarny, podstawowy, jak Twój kodeks dobra i zła. Słyszysz jak rżą konie kawalerzystów, jak trębacz obwieszcza koniec walki i wieczny odwrót… i słońce zachodzi nad twoim ukochanym Budapesztem i łza lśni w oku Twojego syna, Twojej ukochanej żony… Żegnaj bracie… Żegnaj na tym łez padole, ale przecież… spotkamy się jeszcze, na pewno, na pewno… w gwiezdnym pyle… w gwiezdnej zamieci…

KUBICA I PODOLSKI

Wspaniały wieczór z Robertem Kubicą i Łukaszem Podolskim w roli głównej. Kiedyś uprawiałem wiele sportów, zaczynając od szermierki, przez piłkę nożną na bramce, dalej boks i sporty walki, aż do kulturystyki. Byłem zapalonym kibicem footballu i hokeja na lodzie, ale teraz najbardziej rozpalają mnie wyścigi formuły jeden. Dzisiaj Kubica wygrał w pięknym stylu w Montrealu, na tym samym torze, na którym miał przed rokiem dramatycznie wyglądający wypadek. Podoba mi się ten chłopak, który idzie do przodu, nie zważając na trudności i złowrogą aurę wokół jego narodowości. W konfrontacji z Heidfeldem wychodzi obronną ręką i udowadnia, że ma niezwykły talent. Taki jest świat Zachodu, w którym można coś osiągnąć poprzez pracę, upór i zdolności. U nas niestety wciąż mamy do czynienia z azjatycką mentalnością i bagnem postkomunistycznym układów. Porównuję sukcesy Kubicy z pracą w polskiej uczelni, gdzie najgorszy paralityk może szachować zdolnych ludzi i blokować kolejne szczeble kariery. Oczywiście wszystko do czasu, bo polskie piekło zawsze wciąga takich nadmuchanych pajaców. Zanim jednak do tego dochodzi, mogą oni wiele zła uczynić ludziom i spowodować upadek wielu szczytnych ideałów. Patrzyłem na równą, inteligentną jazdę Kubicy i myślałem o czystych zasadach, o prostych regułach, jakie obowiązują w tym sporcie. Wygrywa szybki i silny, staje na podium zwycięzca,a więc ktoś, kto wszystko właściwie skalkulował i dążył wytrwale do mety. W uczelni jest odwrotnie – wygrywa ten, kto ma za sobą układ, kto zasłania się nim i z nim kolaboruje, nie liczy się siła i osiągnięcia – ważni są kolesie. Dzisiaj był też pierwszy mecz w ramach Mistrzostw Europy i przegraliśmy po średniej grze z Niemcami, dwa do zera. Kto strzelił bramki? Łukasz Podolski, wspaniały piłkarz polskiego pochodzenia, grający w barwach Niemiec. Gdy zaczynał być dobry i strzelać bramki w polskiej lidze, zwracał się do PZPN-u by brać go pod uwagę. No ale jak można rozważać w narodowym składzie kogoś, kto wybrał Niemcy? Dzisiaj byłby podporą naszej narodowej jedenastki, ale nie chciano go, nie uznawano jego umiejętności. Strzelił dwie piękne bramki i widać było, że wcale mu to nie sprawiło przyjemności. Uwielbiam takich ludzi jak Kubica i Podolski i mam w sobie coś z ducha ich walki, nigdy się nie poddaję i nie poddam się. Wiele przede mną pracy i wiele trudu, ale pamiętać będę o Robercie i Łukaszu – najważniejsze by przeć do przodu i rwać sieci, jaki próbują na nas zastawiać ludzie małych serc. Najważniejsze by w siebie wierzyć.

TADEUSZ KWIATKOWSKI CUGOW

Wczoraj dotarła do mnie wiadomość o śmierci Tadeusza Kwiatkowskiego Cugowa. Moja znajomość z nim miała wiele odcieni i wiele kontrastowych barw. Najpierw poznałem jego wspaniały głos, gdy w Polskim Radiu czytał zmysłowo teksty ballad Leonarda Cohena, a potem tych spotkań były dziesiątki. Od braterskich bachanalii i dyskusji przy stole do gniewnych pomruków. Ale taki był Tadziu, jowialny i przyjacielski, a czasem nieobliczalny, stawiający się hardo. Pozostaną w mojej pamięci spotkania z nim podczas wielu Listopadów Poetyckich w Wielkopolsce, wspólne podróże autokarami do Leszna, Środy, Gniezna, Gorzowa i wielu innych miast. Był duszą towarzystwa, śpiewał komiczne piosenki, ale nie uciekał od dyskusji na tematy poważne. Niezapomniane były jego wspomnienia Janusza Żernickiego i innych poetów z czasów toruńskich studiów. Miał duszę ułana, huzara i tkliwość dziecka, często widziałem jak wzruszał się do łez, jak pochylał się nad skrzywdzonymi i cierpiącymi. Oburzał go fałsz i zakłamanie warszawskich literatów, którzy wymyślili podział na dwie organizacje pisarskie i wykorzystują to dla osobistych korzyści. Ileż to razy rozmawialiśmy o różnych oszołomach, dla których największą wagę ma przynależność związkowa. Jakby w jednym i w drugim związku nie było ludzi małych, pustych, dobrych i złych. Czasem przez całą podróż z Poznania do jakiegoś miasta gadaliśmy o jakimś padalcu, śmialiśmy się, ale też i wskazywaliśmy wady warsztatu pisarskiego, pychę i zarozumialstwo. Człowiek z taka twarzą i posturą jak Tadziu, mógłby być mężem stanu, Prezydentem Lublina lub nawet całej Polski. Wspaniale prezentował się we fraku i miał godność wielkich ludzi. Wiem, że w jego rodzinnym mieście byli tacy, którzy próbowali z niego robić niegroźnego wesołka, albo szkodzili mu w sposób haniebny. Znamy dobrze takie postawy i takich ludzi, wszędzie ich pełno, wszędzie pchają się do koryta. Tadziu był prawdziwy i choć był silnym chłopem, nikomu nie zrobił krzywdy. Gdyby więcej było wokół nas takich ludzi, świat byłby lepszy.

Tadziu, Tadziu, nasz poetycki hetmanie polny, jakoś Ci nie do twarzy z tą śmiercią… Mogłeś jeszcze żyć chłopie, miałeś dopiero sześćdziesiąt osiem lat, a to dla huzara piękny wiek, kiedy głaszcze się konie po karku i wydaje komendy młodszym chłopakom. Będzie nam Ciebie brakowało, ale wierzę, że teraz prowadzisz do boju hufce niebieskie i komenderujesz oddziałem bitnych aniołów.

WILNO

Wróciłem z Wilna i z podróży po Litwie. Siódmy raz byłem w Wilnie, a w kraju naszych sąsiadów po raz ósmy. Traktuję stolicę tego państwo jak dobrze mi znaną przestrzeń i wracając tam, odwiedzam miejsca w jakiś sposób związane z moimi fascynacjami, wędrówkami, zainteresowaniami. Oczywiście, w pierwszym planie, są sprawy związane z polskich romantyzmem, a więc Uniwersytet Wileński i jego okolice. Miewałem w nim spotkania autorskie i brałem udział w konferencjach naukowych, kontemplowałem też miejsca związane z Adamem Mickiewiczem, Juliuszem Słowackim, z Józefem Ignacym Kraszewskim, z filomatami i filaretami, z Czesławem Miłoszem, ale też i ze słynnymi nauczycielami z czasów romantyzmu: Gotfrydem Ernestem Groddeckiem (1762-1825), Leonem Borowskim (1784-1846) i Joachimem Lelewelem (1786-1861). Po raz kolejny odwiedziłem podwórko domu, gdzie mieszkał późniejszy autor Kordiana i gdzie zginął tragicznie jego ojczym August Becu, trafiony piorunem, który – według jednych źródeł – wpadł przez okno, a według innych – przez dach. Tuż przy tym domu swoja pracownię miał wielki polski malarz Ferdynand Ruszczyc, o czym informuje stosowna tablica. O Wilnie muszę napisać szerzej, więc teraz tylko sygnalizuję powrót z kolejnej podróży.

CHRISTIAN MEDARDUS MANTEUFFEL

Oto kolejna sylwetka pisarska twórcy z bydgosko-toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Krystian Medard Czerwiński – bo o nim mowa – używający w Niemczech nazwiska matki – Manteuffel, jest poetą o niezwykłej skali wrażliwości. Jego epistolarne wiersze są rodzajem spowiedzi, ostatecznego podsumowania, zbierającego okruchy wielu chwil i wielu miejsc. Są ekstraktem, pulsującym autentyczną liryką, uczuciem, głęboką wiedzą o świecie i ludziach. Te pełne pasji utwory czyta się jak jeden, niezwykle jednorodny, przekaz liryczny, jak poetyckie dopowiedzenie – aneks do naszych czasów. Historie, z którymi tutaj się zapoznajemy, oświetlane z dwóch stron, odbijające się w narracji poetyckiej i eseistycznej, niosą wyraziste humanistyczne przesłanie. To jest dyrektywa etyczna – postanowienie by być sobą i pozostać sobą w każdej sytuacji. Jak w kalejdoskopie migają tutaj zdarzenia, ludzkie twarze, pojawiają się tonacje mollowe i minorowe, a wszystko razem brzmi, tętni prawdą, staje się rodzajem przekazu człowieka, który przeżył swoje życie godziwie i chce pozostawić po sobie choćby cząstkę tego, co było jego udziałem, pragnie ocalić aurę – jak w dołączonym do książki motcie z Norwida – poezji i dobroci. List poetycki jest tutaj rodzajem rozmowy najintymniejszej, staje się próbą wyszeptania tego, co inni wykrzykują. Jest rodzajem spowiedzi przed bliska osobą, a zarazem – poprzez publikację – przed całym światem. Ta dwoistość sytuacyjna pozwala poecie na bardzo szeroki opis rzeczywistości, raz przefiltrowanej przez intymny kontakt z kimś przeżywającym to samo, ale zawsze nieco inaczej. A po drugie, poprzez dookreślanie spraw dwojga istot, poprzez szeroki kontekst zewnętrzny i perspektywę jaką zakreśla czas i kolejne etapy wspólnej wędrówki. Taki gatunek pisarski ma długą tradycję i ciągnie się od czasów antycznych, od wspaniałych listów Owidiusza i Horacego (List do Pizonów), poprzez niezwykły rozkwit w dobie klasycyzmu (Boileau, Pope, Krasicki, Trembecki), aż do Cypriana Norwida, a potem do mnogich współczesnych realizacji (Baczyński, Poświatowska, Różewicz). Te listy są rozmową z ukochaną kobietą i relacją z tego jak bardzo świat, wydarzenia życia, uwrażliwiły poetę. Widzi on to w ciągu zmieniających się realiów istnienia i w rosnącej skali samoświadomości. Poezja jest dla niego rodzajem barometru, wskazującego wielkość egzystencjalnego ciśnienia. I tak jak wsłuchiwał się z lękiem w odgłosy niedomagającego serca, tak teraz łowi nikłe echa dobiegające do niego z koncentrycznych sfer. Stale coś się dzieje, stale wydarza się wiele spraw, nowa niemiecka rzeczywistość kusi swoim pięknem i malowniczością, ale są też, gdzieś głęboko w myślach i w słowach, dni przeżyte w Polsce, są spotkania z Kamą na bulwarach nadwiślańskich, czułe szepty, a potem dalszy ciąg zauroczenia, narodziny dzieci, różne życiowe incydenty, chwile jaskrawe i te z niewielką ilością światła. Ta poezja dokumentuje odległość jaką przeszedł poeta od chwil swojej lirycznej inicjacji, ale też w tych utworach znakomicie widać jak zapala się uczucie i jak wraz z nim rodzi się wrażliwość poetycka. To doświadczenie nasącza te utwory taką dozą piękna sensualnego, to nieustające zauroczenie przydaje im barw, melodii, znakomicie wyczuwanego rytmu. Manteuffel stara się tak modulować tekst by były w nim niezbędne informacje przestrzenne i chronologiczne, ale mówi przede wszystkim o tym, co jest odwieczną zagadką, co jest pytaniem o sens egzystencji. Tak dociera do samej istoty tego czym jest spotkanie dwojga ludzi, tak określa w słowie czym jest miłość.

Niezwykle wyrazista jest tutaj też perspektywa filozoficzna – owa spokojna akceptacja przemijania, będącego przecież cząstką naszego życia, taką samą jak narodziny i śmierć. W wierszach i dopowiedzeniach poety wyraziście rysuje się jego epikurejska chęć współistnienia z każdym bytem i z każdą życiową sytuacją. Patrzy on na świat łagodnie, widzi wynaturzenia, wraca czasem do tragedii z przeszłości, ale też nie przestaję podejmować prób zrozumienia, dookreślenia sensu, wyodrębnienia tego, co powodowało, że było tak a nie inaczej. Postawa taka jest bardzo trudna, bo przecież łagodność zawsze sąsiaduje z banałem, a delikatność może być poczytana za słabość, za jakiś rodzaj niedowładu. W przypadku tego poety taka postawa poparta została jednak przez życiowe terminy, wydarzenia społeczno-polityczne i udział w nich, a potem przez druzgocącą wszystko chorobę, podczas której realnie balansował na granicy życia i śmierci. Ludzie, którzy mają w swojej biografii takie doświadczenia inaczej patrzą na świat, mają szerszą perspektywę i docierają głębiej, do samego wnętrza rzeczywistości. Ale też płacą za to ogromną cenę, nie potrafią iść na kompromis, nie zgadzają się na zło, widzą wyrazisty cel, chcą oddychać pełnymi haustami i stale oczekują czegoś wielkiego. Może to bliskość przestrzenna maksymalizmu niemieckiego, a może duch słowiański oprawiony w niemiecki kryształ, spowodował, że poeta zaczął pisać piękne wiersze, bliskie amerykańskiej liryce konfesyjnej, mające wspaniałą konstrukcję jak u Mörike a zarazem i zwiewność Heinego. Dobrze się stało, że Manteuffel zdecydował się opublikować swoje utwory – nieufny i stale poddający je autointerpretacji, zostawił w ten sposób czytelnikom niezwykle wyrazisty dokument swojej wrażliwości.

Wiersze te są jednym z piękniejszych portretów kobiety we współczesnej poezji polskiej. Istoty, która weszła w życie autora i pozostała w nim jako integralna część opowieści. I tej, której zadaniem było pielęgnować miłość i dopomóc nawet w najtrudniejszych momentach życia. Znalazło to swoje symboliczne zwieńczenie, gdy natknęła się na niego nieprzytomnego na ulicy i właściwie przywróciła mu życie, organizując pomoc, a potem będąc przy nim w najtrudniejszych chwilach. Jest to zatem portret kobiety o wielkiej skali wyrazistości, a także dokument tego jak powikłane bywały losy Polaków w ostatnich dziesięcioleciach dwudziestego wieku. Przemiany w Polsce spowodowały, że wielka fala emigracji ruszyła na wszystkie kontynenty i także Niemcy, w tej nowej sytuacji dziejowej, przyjęły spore grono uchodźców. Współistnienie nie było łatwe, ale z czasem przerodziło się w harmonijne bycie razem, dopomaganie sobie i wspieranie się. Taką pomoc poeta znalazł w niemieckim szpitalu i w miejscu zamieszkania, gdzie sukcesywnie poprawiała się jego sytuacja materialna i rosło grono niemieckich przyjaciół. Jego towarzyszka życia wspierała go pracując na dwie zmiany w fabryce i nigdy nie przestała być obiektem poetyckiej adoracji. Tak życie splotło się z miłością i tak ścieżki polskie trwale zostały poplątane z drogami Szwabii. Dobrze się stało, że poeta połączył te delikatne wiersze z dopowiedzeniami prozatorskimi, a całość zamknął w ramy rzeczywistego i literackiego spotkania autorskiego. Otrzymaliśmy dzięki temu podwójny zapis tego, co przeżyli konkretni ludzie, ale też relację o tym jak wspaniale kwitło uczucie Polaków rzuconych na obczyznę – jak bliskość pomaga pokonać chłód i obojętność.

NAD SCHOPENHAUREM (1)

Czy świat jest moim przedstawieniem, czy może istnieje obiektywnie beze mnie? Nie mogę tego stwierdzić, bo jestem bytem odbierającym impulsy i porządkującym je według jakiegoś kodu, jakiegoś schematu i jakiejś wewnętrznej reguły. Artur Schopenhauer zakłada, że Wszystko, co należy i może należeć do świata, obarczone jest w sposób nieuchronny uwarunkowaniem przez podmiot i istnieje tylko dla podmiotu. Świat jest przedstawieniem. (I, 31) Obserwujemy trwanie świata w sytuacji śmierci osób, które go postrzegały, ale zarówno rzeczywistość, jak i owo umieranie, odnoszą się do świadomości tego, który tego dokonuje. Wtedy śmierć zewnętrznych obserwatorów i interpretatorów nie ma znaczenia – nigdy wszakże nie byliśmy w świadomości umierających ludzi i nie mogliśmy stwierdzić czy świat znika w takich chwilach, czy trwa dalej. Świat jest dla nas przedstawieniem, ale jednocześnie jest rodzajem naszego przyzwolenia, naszej akceptacji: świat bowiem, tak jak z jednej strony jest na wskroś p r z e d s t a w i e n i e m, tak z drugiej jest na wskroś w o l ą. (I, 33) Człowiek i jego myśl mogą zdecydować, czy świat ma istnieć dalej, czy może ma zgasnąć w świadomości. Mogą go znieść postanowienia samobójcze albo odgrodzenie się od niego snem, marzeniem, utratą świadomości. Tylko czy wtedy rzeczywiście wyłączamy nasze postrzeganie świata, czy nasze zmysły przestają go rejestrować, czy nasze organy wewnętrzne, a przede wszystkim mózg, przestają gromadzić i weryfikować dane, które po jakimś czasie, po powrocie do rzeczywistości, mogą zostać odtworzone, umieszczone w obrębie wspomnień, napływających obrazów? Czy istnieje tylko empiryczna realność, czy może jest tylko transcendentalna idealność?

Jaka zależność zachodzi pomiędzy poznającym podmiotem, a naszym ciałem? Czy istnieje podmiotowa obiektywność, możliwość wyłączenia się z cielesności, czy też owa cielesność odciska swoje piętno na podmiocie. Ciało istnieje w czasie i przestrzeni, rozwija się i wzrasta, choruje i starzeje się, a wszystkie te fazy mogą mieć wpływ na postrzeganie świata. Podmiot obserwujący i ujednolicający rzeczywistość, istnieje poza czasem i przestrzenią, bo nie podlega bezpośrednio ich ograniczeniom. Nie poznajemy go nigdy, bo to on właśnie poznaje, ilekroć poznanie ma miejsce.(I, 33) Jego przeciwieństwem jest przedmiot, który zawisa w czasie i przestrzeni, ma swoją historię, to znaczy inicjację, rozwój i rozpad, ale nie ma w sobie tej idealności, jaką ma podmiot, to znaczy nie może wyswobodzić się z czasu i przestrzeni. Podmiot istnieje w harmonii z przedmiotem i warunkuje jego istnienie, gdzie zaczyna się przedmiot, tam kończy się podmiot. (I, 34) Za Kantem powiemy, że w naszej świadomości są elementy rzeczywistości, które przynależą do przedmiotów, a więc czas, przestrzeń i przyczynowość – badanie zatem mechanizmów wewnętrznych postrzegania da nam taką samą wiedzę o świecie jak badanie samych przedmiotów i ich zależności. Drewniana kostka nie może istnieć w świecie bez rozumiejących mechanizmów naszego wyodrębniania przedmiotów i nazywania wewnętrznych mechanizmów, które współtworzą ową kostkę. Jej istnienie zakłada także istnienie narzędzi, które ją ukształtowały i substancji, z której powstała, określonego gatunku drewna, które kiedyś było nasieniem, potem wzrastało, zostało ścięte, pocięte na deski i z nich wyłonił się dopiero kształt klocka. Nasza świadomość wie o tym i tak postrzega świat, że za każdym razem przedmiotom przyporządkowuje konkretne mechanizmy stwórcze. Podmiot postrzegający świat nie musi wyodrębniać etapów i form pośrednich, bo jest równoważny istnieniu kostki, jako bytu samoistnego.

FLORYDA (2)

Apartament, w którym mieszkam, jest luksusowy i zarazem pełen wyszukanej prostoty. Dwie rozległe sypialnie, salon, w którym wisi ogromne, abstrakcyjne płótno Sachy i stoją nowoczesne meble z niklowanego metalu i czarnej skóry, wygodna kuchenka, sporo ukrytych szaf, aneksów, no i rozległy balkon. Rozciąga się z niego szeroki widok na część basenu portowego, niewielkie wyspy i zabudowę na drugim brzegu. Jesteśmy na wielkiej mierzei, która nazywa się Clearwater Beach i jest zabudowana licznymi domostwami, budynkami typu kondominium, jest też główna ulica, przy której ulokowano wiele sklepów, restauracji i kawiarni. Gdy siadamy do posiłków na balkonie, przed oczyma mamy sporo egzotyki, bo przy domach rośnie wiele palm, kaktusów, agaw i różnego rodzaju ciekawych, nieznanych mi drzew. Potem okaże się, że jedne z nich, to greifruty, inne to pomarańcza, a jeszcze inne – obsypane zielonymi owocami, to limonki. Są też dziwaczne jabłonie, wiele krzewów kwiatowych, plątaniny kolczastych gąszczy i wyniosłe araukarie, pinie, egzotyczne rodzaje sosen czy świerków. Czasem blisko balkonu przelatuje majestatycznie brązowy pelikan, polujący rybołów lub kormoran. Po zatoce pływają jachty i stateczki wycieczkowe, a czasem pojawia się też pływająca kaplica, w której szybko i bez zbędnych komplikacji, można wziąć ślub. Jest w tym krajobrazie coś z moich dziecinnych marzeń o tropikach, o zwiedzaniu odległych lądów i przebywaniu w ciepłym klimacie. Na Florydzie kończy się zima, która jest cieplutka i wypełniona słońcem, przylatuje coraz więcej ptaków i zaczynają wykwitać hawajskie kwiaty na pałąkowatych krzewach. Powietrze jest przepełnione wilgocią i czuje się wyraźnie smak jodu w ustach, czasem wieje lekki wietrzyk, który daje ulgę i sprawia, że nastrój mam wspaniały, euforyczny. Staję przy barierce balkonowej i długo patrzę na domy i kondominia w dole, na lecące stado białych ibisów i na jeżdżące samochody, tramwaje na kołach, widzę biegających ludzi, ubranych tylko w lekkie bawełniane koszulki i spodenki sportowe. Natychmiast się odprężam i czuję zbawienne skutki przebywania w tym klimacie, pośród zjawiskowej przyrody i tych florydzkich rozległości. Moją uwagę przykuł mały samochodzik amerykańskiej poczty, który porusza się od domu do domu. jego kierowca albo otwiera skrzynkę na listy i wkłada do niej korespondencję, albo rzuca plik gazet, zapakowanych w folie, przed drzwi domostw. Tradycyjne, amerykańskie baryłkowate skrzynki pocztowe mają na Florydzie wymyślne kształty, a to ryb oceanicznych, a to pelikanów lub aligatorów. Pojazd porusza się powoli, wjeżdża w kolejne uliczki, przystaje i rusza dalej, a nad nim raz po raz przesuwają się stada szpaków lub zielonych papug, latają mewy i rybitwy.

Przesypiam spokojnie noc, choć budzę się za wcześnie, około piątej rano. Śniła mi się piękna kobieta, która tuliła się do mnie i szeptała mi do ucha czułe słowa, uprawiałem z nią zmysłowy seks i pieściłem delikatnie dłonie. Rozgarniałem jej gęste, długie włosy, dotykałem leciutko palcami policzków, całowałem usta, czoło i przymknięte powieki, obejmowałem ją ramieniem. Wyglądała jak moja dziewczyna z czasów młodości, ale jednocześnie miała coś z innych kobiet i jakby mutowała w obrębie tego snu, zmieniała się w blondynkę, złotowłosą studentkę, ciemnoskórą, smukłą mieszkankę Nowego Jorku, misternie rzeźbioną Japonkę z Uniwersytetu w Buffalo. Stale jestem w polskim czasie i muszę powoli przestawić się na chronologię innego kontynentu. Wstaję z łóżka i idę na balkon, czekając na przebudzenie się przyjaciół. Mgły unoszą się na wodami i nad horyzontem wyraźniej zaznacza się poświata wschodzącego słońca. Po chwili wysuwa się ono z mgieł i wód i szybko wznosi się ku górze, zaczyna tronować nad tą zjawiskową przestrzenią. Lekki wietrzyk pochyla palmy w jedną stronę i widać jak znakomicie przystosowały się one do takiej pogody. Zdają się być z gumy, naginane szybko wracają do pozycji wyprostowanej, a ich płaskie liście powiewają swobodnie jakby były z jedwabiu. Powoli z mgły wyłaniają się wysepki, a nad nimi widać czarne punkty kormoranów i mew, szybujących majestatycznie większych ptaków. Po prawej stronie stoją równe szeregi hoteli i kondominiów, a po stronie lewej ciągnące się wyspy przechodzą w rodzaj dzikiej przyrody, raju i zarazem piekła dla zwierząt, bo drapieżników tutaj nie brakuje. Dokładnie po drugiej stronie basenu portowego stoi charakterystyczna, niebieska, amerykańska wieża ciśnień, a w bok od niej, za wysokimi budynkami widać nowoczesne kształty estakady przerzuconej nad zatoką i prowadzącej do właściwego Clearwater, a dalej do Tampy. Wreszcie budzą się moi przyjaciele i zasiadamy do śniadania na powietrzu, patrzymy z góry na świat, jemy amerykańskie specjały i rozmawiamy o zdarzeniach wczorajszego dnia. Danusia i Bob zapewniają mnie, że mój bagaż się znajdzie, a właściwe służby linii Delta dostarczą go do kondominium. Na razie dostaję jakieś koszulki i nową bieliznę, a moja przyjaciółka mówi, że po śniadaniu wypierze to, w czym przyjechałem. W Ameryce wszędzie są pralki z suszarkami, więc perspektywa jest tutaj krótka i rzeczywiście niebawem będę miał moje ubiory, wyprane, wysuszone i pachnące czystością. Bob opowiada o swojej chacie w Georgii, gdzie czuje się wyzwolony i może spokojnie pisać, często też wtrąca refleksje o poezji, sztuce, a także o amerykańskim stylu życia. Chwale jego wspaniałe wiersze, o których tutaj jeszcze napiszę, a jednocześnie przysłuchuję się jego rozważaniom na temat warsztatu poetyckiego i planów wydawniczych. Jemy dobre pieczywo z białym serkiem i szynką, a wszystko rosimy obficie zieloną musztardą z dodatkiem chrzanu. Do tego sporo owoców, warzyw, kawa z mleczkiem sojowym, sok pomarańczowy i znakomita woda mineralna. Jest słonecznie i w dole widać coraz większy ruch, przejeżdżają wozy pogotowia i policji, przemyka jakiś lśniący niklem i czerwienią wóz strażacki, a do tego wiele pięknych samochodów osobowych, srebrzyste mercedesy i audi, żółte hammery i białe kabriolety typu chevrolet, nad linię horyzontu wzbijają się cyklicznie małe i wielkie samoloty, które startują z lotniska w niedalekim Charlottsburgu (?). Po śniadaniu zjeżdżamy windą z jedenastego piętra na dół i kierujemy się ku przeciwnej stronie kondominium, gdzie tuż przy nim jest sporych rozmiarów basen z lekko podgrzewaną wodą i licznymi, plastikowymi leżakami do wykorzystania. Mijamy to miejsce i wchodzimy na niewielki pomost z drewna. Przed moimi oczyma pojawia się po raz pierwszy w życiu Zatoka Meksykańska, staję więc przy barierce, opieram się o nią i kontempluję cudowny widok. To samo czyni Bob, który bywał już na Florydzie, ale każdy pobyt na niej traktuje jak dar od losu. Po kilku minutach schodzimy po bielutkim piasku na plażę i powoli, spokojnie ruszamy w dal, wędrujemy przy brzegu, raz po raz zatrzymując się i komentując to, co zauważamy.

Jakże daleko ludzie oddalili się od oceanu, jakże zapomnieli, że kontakt z naturą jest najważniejszym doznaniem człowieka. Tutaj natychmiast pojawiają się takie myśli i stale wraca nutka nostalgii, wielkiej tęsknoty za czystością i pełnią, za światem wyraźnych proporcji i ostatecznych rozstrzygnięć. idziemy skrajem Zatoki Meksykańskiej i podnosimy z piasku co piękniejsze muszle, jakieś elementy fauny i roślinności podwodnej, wyrzuconej z impetem na brzeg. Jakaż tutaj wielka różnorodność bytów i kształtów, ileż zdumiewających barw, faktur, zapachów i lśnień. Duże muszle o kształcie zwiniętej konchy, miliony płaskich pancerzy skorupiaków, leżące wyschłe rozgwiazdy i ukwiały, łuski ryb i ptasie pióra, zalewane słoną wodą miriady kamieni i drobin kwarcu, rozkładających się elementów organicznych i szczątków roślin. Regularne uderzenia fal o brzeg i krzyki mew, rybitw, przelatujących samotnych łowców, takich jak kormorany i rybołowy i całych szeregów pelikanów. Tutaj, na brzegu zatoki, zobaczyć można pelikany brunatne (Pelecanus occidentalis), które w języku angielskim nazywają się Brown Pelican i są dość dużymi osobnikami. Ich elastyczna skóra pod żuchwą tworzy sporą torbę, w której gromadzą złowione ryby, a pióra mają brązowe i szare, w niektórych miejscach białawe. Taka jest ich głowa, która przechodzi też w odcień żółci i srebra, a całości dopełniają sporych rozmiarów płetwy i zawsze sondujące przestrzeń oczy, takie bystre, wyraziste, skupiające się na najbliższych przedmiotach i ewentualnych zagrożeniach. Pelikany brunatne występują na amerykańskich wybrzeżach Oceanu Spokojnego i Atlantyku, od zachodniej Kanady po północne Peru i od północno-wschodnich rejonów USA po południową Brazylię. Ptaki te są niezgrabne i wywołują uśmiech z powodu nieco dziwacznych kształtów, ale w locie zyskują sporo majestatu, który szczególnie widoczny jest, gdy lecą w grupach po kilka osobników lub gdy nurkują w toni oceanu. Gdy wypatrzą zdobycz z powietrza, błyskawicznie pikują w dół z rozłożonymi skrzydłami, które składają tuż przed uderzeniem w wodę. Po brzegu biega też sporo mniejszych i większych siewek, chodzą rydzyki i dumnie maszerują ostrygojady. Danuta z Sachą poszli do przodu, a ja idę z Bobem i rozmawiam z nim o jego ostatnich wierszach, w których łączy się zachwyt nad naturą z konfesyjnym wyznaniem i niezwykłym wyczuleniem na wszelkie przejawy eschatologii. To poezja głębi egzystencji i nieustającego olśnienia, jakby ciągłego drżenia, stałej „gotowości w bycie” i w odejściu, a nade wszystko codziennej wiary w cud. Piękna, pulsująca odcieniami liryka, ustawiająca się w ciągu dokonań takich poetów amerykańskich jak Sandburg, Kunitz i Levine. Dochodzimy do krzewów na brzegu, gdzie ludzie zawieszają na gałęziach przekute muszle i wygląda to jak jakaś marynistyczna choinka bożonarodzeniowa, albo rodzaj instalacji z obrębu sztuki nowoczesnej. Umieszczamy nasze muszle, robimy zdjęcia i idziemy dalej, w kierunku wysokiego słupa, n a którym siedzi samotny kormoran. To zaledwie polowa drogi na koniec mierzei, może jakieś siedem kilometrów od kondominium, ale Bob ma już dosyć i powoli wracamy z powrotem.

ŚMIGŁE BYTY

11 maja 2008. Wczoraj zauważyłem, że przyleciały jerzyki i jaskółki. Wyszedłem na balkon i zobaczyłem pierwszego śmigłego, czarnego ptaka, który latał i na kilka sekund przysiadał przy ścianach, by znaleźć jakieś zagłębienie, jakąś niszę, nadającą się do zasiedlenia. Oknówki latały dziś od samego rana i z hałasem, świergotem zatrzymywały się przy do połowy zbudowanym gnieździe, które ocalało z zeszłego roku. Niestety ich podchody skończą się niczym, bo właśnie ekipy zaczęły ocieplanie naszego bloku i przy oklejaniu styropianem wszystkie gniazda zostaną strącone. Z wielką radością w sercu patrzyłem na jerzyki, które zaczęły szybować nad podwórkiem i pojawiły się też z drugiej strony budynku, od naszej kuchni. Przypomniały mi się natychmiast moje dni na osiedlu Błonie, gdzie się wychowałem. Często, gdy grałem w piłkę na boisku szkolnym, albo jeździłem na rowerze, ptaki te latały nade mną, a zdarzało się, że wręcz ocierały się w locie o moją głowę. To był prawdziwy, potężny spektakl natury, te pędzące z ogromną szybkością ptaki, sporo owadów w powietrzu, chrabąszczy i ciem, a do tego słońce majestatycznie zachodzące nad cmentarzami i te piski, wrzaski rozpędzonego ptactwa. Jerzyki zostaną tylko do sierpnia i szybko odlecą do południowej Europy, a potem dalej do Afryki. Warto tutaj zacytować Davida Attenborough’a z jego znakomitej książki pt. Prywatne życie ptaków, bo mówi o zdolnościach jerzyka, które mogą doprawdy zadziwić: Aby zbudować swoje niewielkie gniazdo, chwyta piórka i źdźbła traw unoszące się w powietrzu, które skleja swoją lepką śliną. Pragnienie gasi także w powietrzu – zniża lot do powierzchni wody i chwyta dziobem pojedyncze krople. Odżywia się także w powietrzu, łowiąc latające owady. W powietrzu także śpi, wznosząc się na wysokość do dwóch i pół tysiąca metrów, gdzie szybuje z wiatrem i tylko z rzadka porusza rozpostartymi skrzydłami. Nawet kopulacje odbywa w powietrzu. Samiec zbliża się do grzbietu samicy, łączy z nią i przez kilka sekund para szybuje z rozpostartymi czterema skrzydłami. Gdy jerzyk, młody czy stary, opuszcza swoje gniazdo na początku sierpnia, kieruje się do Afryki i może nie stykać się z ziemią przez następnych dziewięć miesięcy, czyli do czasu powrotu do swojego gniazda. W takim kontekście jerzyk jest chyba najbardziej lotnym bytem na naszej planecie i bliski jest aniołom, które także istnieją pośród przestrzeni eterycznych. Jest chyba też najbardziej romantycznym ze wszystkich istnień.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: