DZIEŃ CZERWONEGO MOTYLA

Dzisiaj wydarzył się wspaniały dzień. Wstałem wcześnie rano, ale wyspałem się należycie. Włączyłem koncerty Vivaldiego na mandolinę, trąbkę i skrzypce i położyłem się na kanapie z książką w ręku. Zwykle rano, gdy nie muszę niczego szybko napisać, oddaję się lekturze przez godzinę lub dwie, tak długo jak trwają utwory muzyczne na płycie. Stawiam obok siebie dużą szklankę z dobrą wodą mineralną i czytam, popijam i czytam. Tym razem wróciłem do Alchemika Paolo Coelho. Ma to związek z przygotowywanymi wykładami o jego pisarstwie, które wygłoszę w moim uniwersytecie w przyszłym roku, a jest jeszcze jeden związek, o którym na razie nie chcę mówić. Lubię tę prostą narrację słynnego Brazylijczyka i traktuję jego książki jako rodzaj całkowitego odprężenia, odejścia na chwilę od moich projektów pisarskich. Po lekturze poszedłem na długi marsz do miasta, bokiem mojego osiedla i potem przez lasy. Coelho mówi, że Bóg zsyła nam znaki, więc ja bacznie ich wypatruję. Może znakiem tego dnia był mały czerwony motylek, którego spostrzegłem ze trzy, cztery razy w różnych częściach miasta, lasu, łąki pomiędzy arteriami. Chmurzyło się i po dwóch godzinach wędrowania spadły duże krople deszczu, ale prawdziwa burza zaczęła się dopiero w drodze powrotnej, gdy siedziałem już w autobusie linii numer siedemdziesiąt. Wszedłem na chwilę do uczelni, wziąłem jakieś potrzebne papiery, usiadłem na Gdańskiej w ogródku piwnym i strzeliłem w samotności jedno Tyskie. Ostatnio wystarcza mi małe piwko i dużo, dużo wody mineralnej, teraz też mam ją przy sobie i co jakiś czas popijam. Najbardziej lubię Evian i Vittel, zawsze bez gazu, ale czasem piję też naturalnie gazowaną Borjomi lub Muszyniankę. Wychodząc z uczelni znowu zobaczyłem na trawniku czerwonego motylka, a rzut oka na niebo pozwolił mi zorientować się, że zbliża się jakiś chmurny kataklizm – odcienie granatu i ultramaryny, a gdzie niegdzie wręcz czerni, nie wróżyły niczego dobrego. Wsiadłem do tramwaju i jadąc z powrotem do domu rozmyślałem o znakach i linii życia, o nieustającym zachwycie nad naturą i na łączności wszystkich i wszystkiego. Po powrocie do domu zjadłem nieco gotowanego bobu, wypiłem barszcz i przespałem się godzinkę. Teraz, po ukończeniu tego wpisu, wezmę się za e-maile, a potem – już się na to cieszę – znowu lektura, muzyka Vivaldiego lub Telemanna i woda mineralna. Wspaniały, spokojny, pełen wielkich zdarzeń dzień. Nazwę go dniem czerwonego motyla…

Reklamy

4 Komentarze

  1. Aura said,

    2008/06/27 @ 21:35

    „Wrona gdzieniegdzie kracze i puchają puchacze.”(Adam Mickiewicz)

  2. LTD said,

    2008/06/27 @ 22:26

    Myślę, że dobrze odczytałaś żart, jakim jest ten wpis. Serdeczności. D.

  3. Aura said,

    2008/06/28 @ 16:08

    I’m not sure if you see what I mean…

  4. LTD said,

    2008/06/28 @ 20:15

    Why not? Everyting was clear…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: