MICHAŁ

Dobrzy i źli ludzie. Wracam do podjętego wcześniej wątku.. W moim życiu pojawiło się zaledwie trzech skrajnie złych ludzi, którzy realnie mi zaszkodzili. Ale też i trochę dopomogli, bo kolejny raz wyjątkowo się mobilizowałem. Mógłbym przedstawić ich historię i zapewne kiedyś to zrobię, ale na pewno w jakimś kontekście, w związku z jakąś sprawą. Nie wiem jednak czy zdążę to uczynić za ich życia, bo obserwuję jak szybko staczają się w przepaść. Zresztą pierwszy z nich już nie żyje, a ci dwaj też zapewne wkrótce powędrują jego śladem. Piszę to, choć wiem, że może to zabrzmieć okrutnie, ale logika w takich przypadkach jest nieubłagana. Opisywanie zła jest konwencjonalne i nie ma w sobie tej siły, jaką ma dobro – wolę zatem na razie mówić o ludziach światła. Może z czasem poświęcę i tym złym nieco uwagi, choć na to nie zasługują i na każdy opis zareagują drwiną, plotką, pomówieniem. Musiałem zmienić reguły mojego blogu, bo ostatnio zaatakował go osobnik, którego kiedyś znałem, a potem prawie o nim zapomniałem. Niczego sensownego w życiu nie zrobił, niczym się nie wyróżnił, opublikował trochę wierszy, zakopał się w niemieckim mieście i wracał do mojego grodu z zadęciem kosmicznym. Oczywiście został wciągnięty w lokalne rozgrywki, sprytnie wykorzystują go różni kolesie, „zauroczył” też moją byłą studentkę, teraz ambitną redaktorkę, która regularnie nagłaśnia go w pewnym informatorze. Jego „komentarze” świadczyły o tym, że długi okres narkomanii, pijaństwa i bełkotu wyżarł mu dziury w mózgu. Myślał, że będę z nim „dyskutował” lub wdam się w jakąś awanturę. Widzę, że pozostał na poziomie początku lat osiemdziesiątych, gdy jego jedynym pragnieniem było zaspokojenie. Szkoda człowieka… Czytelników tego dziennika proszę o komentarze i wpisy, ale muszę ich także chronić przed takimi śmieciarzami internetowymi, więc będę je publikował po wcześniejszej lekturze.

Jako kontrapunkt dla tego zarozumialstwa opowiem dzisiaj o Michale, którego poznałem dzięki naszemu wspólnemu hobby. Był on ornitologiem amatorem i kiedyś po prostu spotkałem go na obrzeżu miasta, a widząc, że obserwuje przez lornetkę orła bielika, siedzącego na nadwiślańskim drzewie, zacząłem rozmowę. Początkowo wydał mi się nieco mrukliwy, niechętnie ciągnący wątki dyskusji, ale też od razu wyczułem w nim coś niezwykłego, wartościowego, jakby światło przezierające przez głębokie zasłony. Okazało się, że tak jak ja próbuje fotografować ptaki, ma wiele książek, atlasów, albumów, prowadzi też notatki na ich temat. Jego młodość była szaleńcza, pił, zabawiał się na różne sposoby, uczestniczył w bójkach i wielu ludzi skrzywdził. Nawet tych najbliższych, nawet młodą żonę w ciąży, którą zostawił kiedyś płaczącą w domu, i ruszył z ferajną do knajpy. Często mu się zdarzało, że wracał nad ranem lub pił przez kilka dni. Szybko stał się znaną postacią w półświatku i codziennie balansował na granicy życia i śmierci. Jednej nocy został ciężko pobity i znalazł się w więzieniu. Tam miało miejsce zdarzenie, które odmieniło jego życie – znalazł się w jednej celi ze skatowanym mężczyzną, który umierając powiedział mu tylko jedno słowo: szkoda… Umarł z jakimś odcieniem uśmiechu i bólu na twarzy. Michał przeżył to bardziej od utraty wolności i zaczął rozmyślać o swoim życiu, dokonał podsumowania, które wypadło bardzo źle. Po wyjściu z więzienia, stale brzmiało w jego uszach owo szkoda… i postanowił, że resztę życia poświęci ludziom. Zatrudnił się jako pielęgniarz w pogotowiu ratunkowym i stale miał do czynienia z bólem i ze śmiercią. Widział ludzi umierających w domu, silnych mężczyzn, którzy padli na zawał lub wylew, kobiety odchodzące z powodu raka i innych chorób, starców wpatrzonych w sufit w ostatniej chwili i młodzieńców drżących ze strachu. Najbardziej przeżywał śmierć dzieci, którym nie można było pomóc i ofiar różnych wypadków. Jego praca spowodowała, że całkowicie przeprogramował swoje wnętrze, a w życiu najważniejsza stała się dla niego maksyma ks. Twardowskiego: Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą… I owo zapamiętane na zawsze: szkoda…

Gdy spotykaliśmy się podczas wypraw na dalekie stawy, gdzie przysiadały stada przelatujących ptaków, gdy chodziliśmy nad rzekami, w lasach, albo zasiadaliśmy w naszych mieszkaniach i długo rozmawialiśmy, chłonąłem jego opowieści. Mówił o ludzkim zarozumialstwie, które nie dostrzega, że każdy z nas ma tak mało czasu i każdy urodził się z piętnem śmierci na czole. Opowiadał o odejściach wielu ludzi, tych bajecznie bogatych, rozbijających się w luksusowych autach, tych skromnych, umierających cichuteńko w jakichś domach i o tych, którzy nawet nie zdołali zauważyć, że znikają z tego świata. Trzymał za rękę dziewczynkę, która wypadła z pędzącego pociągu i umierała w straszliwych męczarniach, patrzył w oczy kobiecie, która popełniła samobójstwo skacząc z mostu, wbijał igłę w rękę bandyty zadźganego przez wrogów i podawał adrenalinę chłopcu uderzonemu przez tramwaj. Dźwigał na noszach ludzi, którzy krzyczeli, że nie chcą umierać i tych, którzy spokojnie patrzyli w nicość. To nieprawda, że osoby pracujący w takich zawodach są odporne na tragedie, bo Michał w końcu zrezygnował ze tej pracy. Nie wytrzymał napięcia i tych powrotów do domu, gdy musiał być uśmiechnięty i nie chciał martwić najbliższych opowieściami o tym, co dopiero się wydarzyło. Znalazł spokojną pracę za biurkiem, w jednym z banków i zaczął podróżować z rodziną, stale rozwijał też swoje zainteresowania ornitologiczne. Cieszył się z każdego dnia i każdego małego życiowego sukcesu, z kupna szafki, dywanu, dobrego obiadu, wyjazdu nad jezioro i obserwacji zięby lub sójki, ze spotkania z przyjaciółmi. Nigdy nie słyszałem z jego ust złego słowa na temat innych ludzi, nigdy nie skarżył się, że jest mu ciężko. On wiedział, że życie jest chwilą i może się skończyć za zakrętem domu, w drodze do pracy, za godzinę, za parę chwil. Widział przecież śmierci tych, którzy mieli wielkie plany, tych z pierwszych stron gazet i tych, którym nikt na świecie nie pozostał. Otoczeni przez luksusowe sprzęty, bytujący w wielkich apartamentach i mieszkający skromnie, w malutkich pokoikach, dobrzy i źli, sprawiedliwi i oszuści, kochający i nienawidzący, mali i wielcy – wszyscy zdążają do tej chwili. Wszyscy odejdą , a z zawiści, nienawiści, z wyrządzonego zła nic nie zostanie. Tylko podobne nagrobki, tylko rozsypane prochy, tylko wieczne zapomnienie. Michał umarł nagle dwa lata temu, w wieku czterdziestu siedmiu lat, we śnie. Nie wiadomo dlaczego. Wiele dni nosiłem w sobie myśli o nim i o jego niespodziewanym odejściu i jak echo pojawiały się w moich myślach słowa: Szkoda człowieka…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: