KAMYK MOJŻESZA

Spotykamy ich w życiu niewielu. Częściej mamy do czynienia z ludźmi złymi i takimi, o których wolelibyśmy jak najszybciej zapomnieć. Ale czasem ich znajdujemy i wtedy serce nam rośnie, pojawia się duma, że jednak istnieją. Najczęściej są prości, kierują się czytelnymi zasadami i nigdy złego słowa nie powiedzą na innych ludzi. Szukają w otaczającym świecie harmonii i pragną coś dać drugiemu człowiekowi. Najczęściej oddają coś najcenniejszego: dobre słowo, mądrą radę, intencyjną modlitwę, czasem – w chwili bolesnej – dzielą się milczeniem. Parę lat temu, w amerykańskim uniwersytecie, zaprzyjaźniłem się z Murzynem, który sprzątał korytarze i pokoje. Miał na imię Moses, czyli po polsku Mojżesz. Wyglądał jak biblijny patriarcha, miał niezwykłe rysy twarzy, lekko przygarbioną sylwetkę, ale widać było, że w czasach młodości miał pięknie rozbudowaną muskulaturę. Początkowo zwracał się do mnie grzecznie i sprawnie opróżniał kosze ze śmieciami, froterował podłogę. Potem zatrzymywał się na chwile i zamieniał ze mną grzecznościowych kilka zdań, pytał o najprostsze rzeczy: skąd jestem, ile mam lat, czy mam rodzinę. W końcu zaczęliśmy prowadzić dłuższe rozmowy. Okazało się, że był w Wietnamie, skąd został karnie odesłany do Stanów i przetrzymywany w więzieniu za odmowę wykonania rozkazu. Nie chciał zabijać i wyrażał głośno swoje pacyfistyczne poglądy. W tamtych czasach karano za to więzieniem i straszono śmiercią. On się jednak nie ugiął, przesiedział dwa lata w różnych więzieniach i czekał aż świat się zmieni. Przyjeżdżała do niego jego ukochana żona Lucy i opowiadała mu, że dzieci robią postępy w szkole, że dwunastoletnia Mariah ma bardzo dobre oceny, a dziesięcioletni Moses Jr. ma wielkie talenty sportowe. Nigdy się nie załamał i nigdy się nie poddał, wciąż powtarzał na przesłuchaniach to samo: wojna nie ma sensu, a ludzie powinni się kochać, bo mają mało czasu na tej ziemi. Któregoś dnia Lucy nie przyjechała i zmartwił się serdecznie, bo coś przeczuł. Po kilku dniach otrzymał złowieszczą wiadomość, że jego żona i dzieci zginęli w wypadku samochodowym. Jakiś pijany młodzieniec najechał na ich samochód i zginęli na miejscu.

Po dwóch miesiącach wypuścili go z więzienia i wrócił do ich malutkiego domku, na obrzeżu Buffalo. Zajął się najpierw naprawą wentylatorów, bo to wcześniej także robił w armii. Jakoś z tego żył, starczało mu na jedzenie, na cotygodniowy bilet do filharmonii lub na mecz koszykówki, na świece i kwiaty, które zanosił na grób żony i dzieci. Słuchał muzyki Bacha i Vivaldiego, Beethovena i Orfa, kibicował drużynie uniwersyteckiej i robił to, co do niego należało. Ale czuł się samotny, wracał do domu i nikt na niego nie czekał, wstawał rano i nikt nie mówił dzień dobry. Pięć lat po śmierci najbliższych, gdy pracował już w uniwersytecie jako konserwator wentylatorów, poznał Ann – czarną kobietę mniej więcej w jego wieku. Miał wtedy czterdzieści osiem lat, a ona była o rok młodsza. Widywała go na koncertach i w budynkach uniwersyteckich i coraz bardziej wzbudzał jej zainteresowanie. W końcu zagadnęła go podczas jednej z przerw koncertowych i dowiedziała się, że jest sam. Usłyszał, że ona jest wykładowcą i tak jak on nie ma już nikogo bliskiego. Jej wykłady na temat rdzennej kultury afroamerykańskiej cieszyły się sporym powodzeniem i nie narzekała na brak zajęć. Kiedyś miała męża Johna i byli ze sobą bardzo szczęśliwi, ale zmarł nagle na zawał serca. Moses nigdy nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych, ale darzył szczególnym szacunkiem wykładowców, ludzi mądrych i dzielących się wiedzą ze studentami. Czuł się z tego powodu trochę nieswojo w jej towarzystwie, ale szybko się okazało, że jest im dobrze ze sobą. Razem odwiedzali na cmentarzach swoich bliskich i spędzali w swym towarzystwie każdą wolną chwilę. Przez cztery lata trwał ten związek, aż do niespodziewanej śmierci Ann. Pewnego dnia, gdy ją odwiedził w jej domu – nigdy nie zamieszkali razem, choć nosili się z tym zamiarem – znalazł ją na podłodze. Obok wisiała słuchawka telefonu, a jej pies biegał po całej posiadłości i szczekał rozpaczliwie. To był wylew krwi do mózgu i fatalny zbieg okoliczności, bo akurat nikt nie odwiedził jej tego dnia i nikt nie udzielił pierwszej pomocy. Moses zamknął się w sobie, poszedł na emeryturę wojskową, którą teraz, po latach, mu przyznano. Dorabiał też sobie jako sprzątacz w jednym z budynków uniwersyteckich. Powiedział mi, że nigdy do końca się nie załamał, nigdy nie zaparł się wiary. Nawet gdy stracił żonę i dzieci, gdy siedział w więzieniu i potem znalazł Ann martwą na podłodze, widział swoje życie z oddali, wpisane w jakiś wielki, przeogromny plan. Przyjął wszystkie ciosy z pokorą i cieszył się, że czasem może w czymś pomóc jakimś ludziom. Gdy czyścił kosze, ścierał kurze, polerował podłogi, albo gdy naprawiał jakieś drobne usterki, czuł się potrzebny. Nigdy się nie skarżył, nigdy nie odgrażał się Bogu, żył tak jak mógł żyć. Mówił, że inni ludzie miewali w swoich życiach większe tragedie, wiedział to z biografii, które z upodobaniem czytał i z własnych doświadczeń, z licznych kontaktów z wieloma osobami.

Zastanawiałem się, co ja mogę mu ofiarować, jakie fakty mojego życiorysu mógłbym mu przekazać, wyodrębnić, położyć na szali. Choć sporo przeżyłem i wiele było zdumiewających wydarzeń w moim życiu, czułem się onieśmielony. Słuchałem jego opowieści i milczałem, od czasu do czasu tylko komentując to i owo. Poszliśmy razem na koncert muzyki poważnej. Orkiestra grała III Symfonię Beethovena, a ja przez cały czas łapałem się na tym, że zerkam na Mosesa i odnoszę dramatyczne partie utworu do jego życia. Gdy słuchał muzyki jego twarz łagodniała i w kącikach ust pojawiał się delikatny uśmiech. Przymykał oczy i słuchał, a gdy je otwierał wyglądał jakby wracał z innych przestrzeni, z miejsc, gdzie nie docierają śmiertelnicy. Gdy wyjeżdżałem z Ameryki, uścisnął mnie mocno i powiedział bym na siebie uważał, powiedział też, że pozostanę w jego modlitwach. Wyciągnął z kieszeni jakiś kamyk i dał mi go. Powiedział, że wydobył go z rzeki Niagary, niedaleko wodospadu i że jest w nim ogromna moc… Zrozumiałem jego przesłanie i przywiozłem ten kamyk do domu. Pisząc to wspomnienie mam go tuż przy sobie, a zwykle leży na mojej półce nad biurkiem, obok kamyków z Central Parku, obok muszli z Florydy, Adriatyku i Turcji. Patrzę czasem na niego i myślę o Mosesie, co teraz robi, czy przemierza korytarze uniwersyteckie? A może słucha muzyki, może samotny siedzi w swoim domu, a może komuś innemu opowiada swoje dzieje. Nigdy go nie zapomnę i nigdy nie przeciwstawię się jego wskazaniom, to także dzięki niemu kieruję się w życiu zasadą nonviolence. Choć znam reguły sztuk walki, choć radziłem sobie jako bokser i przywódca ogromnej grupy pokoleniowej, dziękuję Mojżeszowi za jego przesłanie i tak jak on przyjmuję wszystko, co się w życiu wydarza. Gdy niedawno zły człowiek stanął na mojej drodze, a moi koledzy dowiedzieli się o tym i chcieli z nim zrobić „porządek”, powiedziałem, jak Moses, że inni miewają większe tragedie. Nie zgodziłem się by cokolwiek mu się przydarzyło, bo każda krzywda woła głośno do nieba… Powinniśmy się martwić o naszych wrogów, bo sami uruchomili lawinę, zepchnęli pierwszy kamyk…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: