JOHN JAMES AUDUBON

John James Audubon (1785–1851)

Zawsze podkreślał i mitologizował to, że w jego żyłach płynęła krew europejskich kolonizatorów i rdzennych mieszkańców Ameryki. Ojciec – Jean Audubon – był francuskim agentem handlowym, a potem kapitanem statku i zarządcą plantacji cukru na San Domingo. Przeżył tam gorący romans z Kreolką Jeanne Rabin i właśnie z tego mieszanego związku urodził się w 1785 roku John James, przyszły wielki malarz, ornitolog i przyrodnik amerykański. Niestety, w rok po przyjściu na świat, jego matka zmarła i młody plantator, który w międzyczasie spłodził córkę z inną kochanką, zabrał dzieci do Francji, gdzie zaakceptowała i wychowywała je jego prawowita żona. Już tam, na obrzeżach Nantes, podglądał ptaki, łowił je, preparował, wypychał i kolekcjonował. Szybko też zaczął wykorzystywać swój wielki talent rysowniczy i malarski,  tworząc niezwykłe wizerunki mieszkańców przestworzy. Gdy interesy karaibskie ojca załamały się, podjęto decyzję o wysłaniu młodzieńca do Ameryki, gdzie dopłynął jako osiemnastolatek w 1803 roku. Miał tam zająć się handlem i zdobyć nowy majątek, ale on wolał włóczyć się ze strzelbą i psem po lasach i przyglądać się florze i faunie wielkiego kontynentu. Wkrótce poznał wybrankę serca – Lucy – i ożenił się z nią w 1808 roku, pragnąc rozwijać interesy i bogacić się na handlu. Niestety życie szybko zweryfikowało jego plany, w klasyczny sposób zbankrutował i musiał wraz z żoną przenieść się, najpierw do Cincinnati, gdzie pracował jako malarz w muzeum, a potem do Nowego Orleanu, gdzie, Lucy była guwernantką, o on uczył tańca i szermierki. Mieli już dwóch synów i przeżyli wielki dramat, gdy jakże oczekiwana córka zmarła zaraz po porodzie. Przez cały czas rysował i malował obserwowane ptaki i szybko uzbierała się ogromna kolekcja tych przedstawień. W 1824 roku powrócił do Filadelfii, z zamiarem opublikowania swoich zbiorów, ale napotkał na liczne trudności, przede wszystkim ze strony konserwatywnego środowiska naukowego, nie szanującego ornitologa bez tytułów naukowych. Na szczęście spotkał tam bratanka Napoleona – Charlesa Luciena Bonaparte – który szybko zorientował się, że ma do czynienia z geniuszem i uruchomił szereg działań, które doprowadziły do zamorskiej wyprawy Audubona. W 1826 roku zapakował do kufra czterysta swoich przedstawień i popłynął z Nowego Orleanu do Liverpoolu, gdzie miał zamiar najpierw skontaktować się ze szwagrem swojej żony, znanym angielskim historykiem, botanikiem i kolekcjonerem. W oparciu o jego kontakty doprowadził do wystawy w Royal Institution i w innych ważnych miejscach. Tak zaczął się czas rosnącej sławy amerykańskiego malarza i znawcy ptaków, między innymi wystawiał w Edynburgu, gdzie został członkiem towarzystw naukowych i spotykał tak znane osobistości jak Sir Walter Scott. Jego egzotyczny wygląd i pochodzenie, a także interesujące opowieści o ptakach i zwierzętach Ameryki, zjednywały mu rzesze słuchaczy i stawiały w rzędzie najciekawszych osobowości dziewiętnastowiecznej Anglii i Europy.

Grób na Manhattanie

Pomiędzy 1827, a 1838 rokiem Audubon wracał do Ameryki trzykrotnie by rozwiązywać problemy związane z publikacją jego przedstawień ptaków, przede wszystkim generowane przez starsze pokolenie naukowców. W końcu spotkał Roberta Havella, który zajął się wydaniem dzieła jego życia – The Birds of America. Jego obrazy powstawały przy pomocy ołówka i pasteli, a po 1806 roku zaczął stosować akwarele dla wyrazistszego przedstawiania oczu i piór. W tym czasie wypracował też swoistą metodę odwzorowywania schwytanych i uśmierconych ptaków, w ich naturalnych pozach. Zdawał sobie sprawę z tego, że po śmierci ubarwienie skrzydlatych stworzeń szybko się zmienia, pióra tracą połysk i świetlistą intensywność. Dlatego wiele czasu poświęcał na obserwacje ptaków, w ich naturalnych biotopach i czynił szkice, które potem wykorzystywał przy tworzeniu kolejnych tablic poglądowych. Najwięksi krytycy Audubona twierdzili, że jego obrazy są zbyt udramatyzowane i są wynikiem przeniesienia na zwierzęta ludzkiej ekspresji oraz emocji. Od 1822 roku twórca korzystał jedynie z techniki akwarelowej, a okazjonalnie tylko wykorzystywał pastele, by zaznaczyć puszystość piór. Biografowie uważają, że najpiękniejsze przedstawienia powstały w latach 1824 – 1826 i spośród nich wskazują na portrety takich ptaków jak  Mocking Bird, Wood Duck i Carolina Parrot.  Następne lata wypełnione były ożywioną pracą, w czym malarzowi pomagała cała rodzina oraz liczni współpracownicy, przygotowujący wstępnie materiały ilustracyjne. Po kolejnym powrocie do Ameryki, w 1829 roku, Audubon wykonał dziewięćdziesiąt pięć rysunków, brał udział w licznych przedsięwzięciach naukowych, pisał i dzielił się swoja wiedzą podczas odczytów. W końcu, w latach 1845–1848, jego wielkie dzieło, w ostatecznej formie, w siedmiu tomach, z pięciuset litografiami i licznymi opisami, ujrzało światło dzienne. Dzisiaj dokonanie to traktuje się jako jeden z przejawów młodego amerykańskiego ducha i możliwości kreatywnych nowych obywateli, napływających ze wszystkich stron świata, wtapiających się w tamtejszą społeczność i szybko przekształcających świat. Pod koniec życia John James Audubon osiadł w Nowym Jorku, gdzie wraz z żoną wybudował dom. Zmarł w 1851 roku i został pochowany na Cmentarzu Świętej Trójcy na Górnym Manhattanie, gdzie po latach, staraniem towarzystw ornitologicznych zastąpiono prostą tablicę dużym nagrobkiem, z górującym nad nim krzyżem i licznymi elementami nawiązującymi do pracy i pasji najsłynniejszego amerykańskiego ornitologa.

Spośród setek przedstawień ptaków, sporządzonych przez tego wszechstronnie utalentowanego człowieka, wiele charakteryzuje się niezwykłym skomplikowaniem i dbałością o szczegóły. Widać to znakomicie w bystrym odwzorowaniu papug z Karoliny (Conuropsis carolinensis), gatunku wytrzebionego bez reszty, a niegdyś występującego od Florydy do Nowego Jorku. Szczególną rolę odegrały tutaj zmiany w środowisku naturalnym, a także polowania i moda na posiadanie barwnych, wypchanych ptaków w domu oraz przyozdabianie kapeluszy dam jaskrawymi dodatkami. Audubon przedstawił te piękne zielono-żółte papugi w przybliżeniu, z zachowaniem tonacji barwnych na piórach, czerwono-brązowego ubarwienia głowy i błysków w czarnych oczach. Jest to niezwykle dynamiczna grupa siedmiu samic i samców, ukazana pośród gałązek i orzechów leszczyny. Plemię Seminolów, które chętnie wieńczyło włosy piórami tych ptaków, nazywało je pot pot chee. Ostatni okaz, żyjący na wolności, został zabity na Florydzie w 1904, a ostatni okaz, przetrzymywany w niewoli, nazywany Incas, zdechł w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati w 1918 roku. Około siedemset dwadzieścia skórek tych zwierząt przechowywanych jest w muzeach na całym świecie, znajdziemy w nich też szesnaście szkieletów i około dwadzieścia jaj. Przyrodnikowi i malarzowi udało się stworzyć niezwykle żywą grupkę, w charakterystycznych dla papug pozach. Ich pazurki oplatają gałązki, ciała są powyginane w różne strony, widać też niezwykłą inteligencję i spryt w ich oczach. Wszystko tutaj jest wiotkie, pełne ekspresji, w sumie, mieszczące się we wnętrzu niewidzialnego okręgu. To świat gęstwin nadrzecznych, w których te papugi lubiły przebywać, całymi stadami przemieszczać się z drzewa na drzewo, przelatywać większe odległości i nagle spadać w wybranym miejscu. W Ameryce występuje kilka rodzajów papug, których ubarwienie jest przede wszystkim zielone, ale żadna nie może równać się z urodą wyniszczonego gatunku. Audubon, gdy tworzył swoje przedstawienie, zapewne nie przypuszczał, że będzie ono miało niebawem taki wyjątkowy charakter. To jedno z niewielu tak dokładnych i ekspresyjnych przedstawień tego gatunku. Uwiecznione przez artystę zdają się nie przejmować zbliżającą się zagładą, wydobywają orzechy z okrywy, przeskakują z gałęzi na gałąź, suszą rozpostarte pióra w słońcu i gotowe są w jednej chwili umknąć przed zagrożeniem. Świat, który odszedł na zawsze i nigdy się już nie powtórzy, zatrzymany w rozhuśtanym kadrze i przekazany następnym pokoleniom jako subtelny obraz i gorzka przestroga.

Interesujące jest też przedstawienie zimorodka, określanego w języku angielskim: belted, czyli pasiastego. W naszej literaturze ornitologicznej znany on jest jako rybaczek popielaty (Megaceryle alcyon), a występuje nieomal w całej Ameryce, od północnych granic, do Florydy i od Kalifornii, po wschodnie wybrzeża. Żywi się głownie rybami, czatując na nie na wystających z wody gałęziach lub pniach drzew. Ma długi, ostry jak brzytwa dziób i charakterystyczne srebrzysto-białe upierzenie z niebiesko-szarą przepaską na piersiach. Poniżej występują wyraziste rdzawe boki.  Podczas lotu odsłaniają się białe plamy na czarnych lotkach ogona i skrzydeł. Żyje wzdłuż głębokich, nieuregulowanych strumieni, jezior i morskich wybrzeży, a zimę spędza w południowej części kontynentu, na Bermudach, Bahamach i na wyspach Morza Karaibskiego. Ciekawostką jest to, że gniazda buduje w norach, na wyniosłych brzegach, w piasku lub w rozpadlinach skalnych. Audubon namalował trzy ptaki w charakterystycznych dla nich pozach: czatowania na zdobycz, szybkiego lotu nad zbiornikami wodnymi i połykania złowionej ryby. Krajobraz został tutaj ledwie zaznaczony i może odpowiadać wielu regionom Ameryki, ale wyrazisty jest jego charakter brzegowy, nad jakimś starorzeczem lub innym akwenem. Ornitolog wyraźnie zaznaczył charakterystyczny, postrzępiony czub na głowie ptaka i niezwykłą strzelistość jego lotu. To jakby ciśnięty w przestrzeń dziryt, który z ogromną siłą uderza w taflę wodną. Jeśli dobrze celuje, ryba praktycznie nie ma szans na przeżycie, zostaje błyskawicznie przekłuta kolcem dzioba i ginie w jednej chwili. Wydobywszy taką przebitą zdobycz, zimorodek podrzuca ją w górę i połyka w całości, ustawiając głowę pionowo do góry. Udało się też twórcy przedstawienia ukazać śmigłość mknących w powietrzu rybaczków i skupienie uwagi na szukanej w toniach rybie. Wspaniale zastosował też kontrast pomiędzy niebieskawym ubarwieniem ptaków, daleką sinością wzgórz, spłowiałą zielenią zarośli i brązowo-rdzawymi elementami planu pierwszego. Trochę przypomina to tradycyjną sztukę japońską lub chińskie przedstawienia ptaków na różnobarwnym jedwabiu, a ze strony drugiej nie traci niczego z poglądowości i daje dobre wyobrażenie o ich wyglądzie i zachowaniu.

Tablica prezentująca pięć dzięciołów amerykańskich wykorzystuje, szeroko stosowany przez malarzy natury, schemat kilkupoziomowy. Widzimy tutaj zarówno dzięcioły występujące w całej Ameryce, a więc: Hairy Woodpecker (Dryobates villosus), Red-bellied Woodpecker (Centurus carolinus) czy Red-shafted Flicker (Colaptes cafer), jak i gatunki pojawiające się tylko w ścisle określonych miejscach kontynentu, a więc Lewis Woodpecker (Asyndesmus lewisi) i Red-breasted Sapsucker (Sphyrapicus varius). Ptaki te ukazane zostały w charakterystycznych pozach i ekwilibrystycznych wygięciach, na fragmencie starego konaru. W ich środowisku naturalnym widuje się je także na kaktusach, agawach i palmach, gdzie poszukują nadających się do zjedzenia owoców, piją sok i zjadają owady. Audubon tak ustawił te ptaki, żeby widoczne się stały barwy skrzydeł i podbrzuszy, a także obracające się we wszystkie strony głowy i mocne dzioby. Takie skupienie dziesięciu różnych dzięciołów nie zdarza się w naturze, ale artysta chciał dać widzowi wyobrażenie o ich wielkości i zróżnicowaniu. Uczepione mocnymi pazurami omszałego konaru, zdają się wisieć w przestrzeni jakby grawitacja nic dla nich nie znaczyła. Ptaki amerykańskie są liczniejsze od europejskich i spotkanie z jednym z tych dzięciołów jest bardzo prawdopodobne, szczególnie, że większość zabudowy amerykańskich miast, to domy z podwórkami i dostępem do lasów, zarośli lub zbiorników wodnych. Słyszy się przy nich wiele uskrzydlonych zwierząt, a niektóre są wręcz tak głośne, że stają się nieproszonymi gośćmi. Dzięcioły robią sporo hałasu, gdy uderzają dziobem w pień drzewa, ale poza tym są raczej płochliwymi ptakami, z rzadka się nawołującymi i bezszelestnie przelatującymi, charakterystycznym bujanym lotem, z drzewa na drzewo, z jednej gęstwiny do innej. Zaprezentowane przez Audubona gatunki różnią się wielkością i kolorystyką ubarwienia, kształtem głowy i dzioba, a także smukłością sylwetki. Jako stworzenia łączące niebo i ziemię, lot i wbijanie się w twardość drzewa, występowały często w mitologiach indiańskich i odzwierciedlane bywały na rytualnych totemach. Zastanawiające jest to, czy przyrodnik przypadkowo, czy też świadomie zastosował w swoim przedstawieniu znaną z wielu przekazów kulturowych formułę drzewa świata, na którym, na różnych poziomach, bytują przedstawiciele różnych form życia. W tym przypadku byłoby to drzewo amerykańskich dzięciołów, przedstawianych przez niego jeszcze kilkakrotnie, tak by odzwierciedlić całą ich niepowtarzalność i różnorodność gatunkową.

Fascynujące jest też przedstawienie wilg baltimorskich (Icerus galbula), niezwykle barwnych stworzeń, występujących w centralnej i wschodniej części kontynentu północnoamerykańskiego. Audubon namalował trzy ptaki, w charakterystycznym dla nich otoczeniu żółtych kwiatów hibiskusa. Młoda wilga uczepiła się workowatego gniazda, budowanego długo, z ogromną finezją i cierpliwością. Te pomarańczowo-czarne latające zwierzęta (samica jest bardziej żółta) są ozdobą amerykańskich farm, parków i przydomowych zarośli. Utrwalił się tam zwyczaj zawieszania przy werandach i na drzewach pojemników z sokiem, do którego chętnie stworzenia te przylatują. Przyczynia się to do lepszego poznania urodziwych gatunków przez dzieci i młodzież oraz pobudza zainteresowania ornitologią. Zimę wilgi te spędzają na Florydzie i w innych ciepłych stanach, dolatując nawet do Nikaragui, żywiąc się słodkimi owocami, nektarem kwiatów i owadami, które potrafią też chwytać w powietrzu. Uwielbiają przebywać w gajach pomarańczowych i w winnicach, gdzie dają o sobie znać pięknym, przeciągłym i przypominającym flet, śpiewem. Audubon skomponował swoje przedstawienie, wykorzystując plany trójkąta i gwiazdy – ptaki ukazał tak ustawione, że zachował niezwykłą dynamikę lotu i przeskoków z miejsca, na miejsce, a całość uzupełnił gwiaździście rozprzestrzeniającymi się hibiskusami. Daje to wyobrażenie o subtelnych przestrzeniach, w których bytują te ptaki i o ich zjawiskowych barwach, jaskrawego pomarańczu i żółcienia. Gatunek wilg jest szeroko reprezentowany w Ameryce Północnej, a jedna z nich, zamieszkująca Teksas i Meksyk, określana jest nazwiskiem Audubona. Ileż trzeba było mieć cierpliwości i wiedzy ornitologicznej, by stworzyć tak piękne odwzorowania skrzydlatych zwierząt, a zarazem ileż potrzebnych było umiejętności rysowniczych i malarskich. Spośród wielu stworzonych przez niego tablic poglądowych, każda ma oryginalną aranżację i swoisty schemat geometryczny. W taki sposób odwołuje się do zmysłu wzroku i równowagi, wprowadzając element niezwykłej dynamiki i lotności. Zarzuty niektórych dziewiętnastowiecznych zoologów nie wytrzymały próby czasu i były najczęściej motywowane zazdrością oraz chęcią podważenia ogromnego dorobku twórcy.

*   *   *

Pod koniec marca 2008 roku siedziałem na ławce, przy nabrzeżu dolnego Manhattanu i przyglądałem się stateczkom pływającym ku Liberty Island i Ellis Island, przewożącym turystów do Statuy Wolności oraz do budynków, służących w czasach wielkich migracji ludzkich jako miejsce kwarantanny. Jedna z tych jednostek nosiła imię wielkiego amerykańskiego ornitologa. Stając się u końca życia obywatelem Nowego Jorku, John James Audubon znalazł się pośród najznamienitszych jego mieszkańców, choć nie został pochowany na prestiżowym cmentarzu przy Trinity Church, razem z budowniczym statków parowych Fultonem, pierwszym sekretarzem skarbu Alexandrem Hamiltonem oraz z licznymi kongresmenami i innymi wielkimi osobistościami. Dopiero co przyjechałem z Florydy, gdzie przez wiele dni podglądałem piękne gatunki ptaków. Widziałem ibisy i czaple, pelikany i ślepowrony, wiele dzięciołów, epoletników, blue jayów i wszelakiej skrzydlatej drobnicy. Czułem się tam jak w ptasim raju i zapewne przeżywałem cząstkę z owego zauroczenia jakie było udziałem malarza i ornitologa, który jako pierwszy skompletował większość przedstawień amerykańskich ptaków. Ten statek, noszący jego imię i odbijający od brzegu, symbolicznie zamknął moje amerykańskie birdwatching.

BĄCZEK

Samica bączka

 

Pomiędzy siódmą i ósmą klasą szkoły podstawowej byłem z kolegą nad Jeziorem Ostrowieckim, niedaleko Żnina. Z tamtego czasu zapamiętałem liczne kąpiele, wyprawy łodzią po tym sporym akwenie, a także moje studia rysownicze, gdy przystawałem łodzią przy brzegu i miękkim ołówkiem odwzorowywałem rośliny, pnie drzew i kształty odbijające się w wodzie. Zbudowaliśmy wtedy z Markiem tratwę z sitowia i pływaliśmy na niej przy brzegu, skakaliśmy z niej do wody „na główkę” i cieszyliśmy się swobodą wolnych podróżników… Z tamtego czasu zapamiętałem też moje pierwsze „naukowe” podglądanie ptaków, z których największe wrażenie robiły na mnie zimorodki, perkozy i bączek (Ixobrychus minutus). Parę dni temu odwiedziłem nieopodal Żnina mojego przyjaciela, który postawił dom na wzgórzu, z którego rozpościera się widok na to pięknie ukształtowane jezioro, leżące pośród wzgórz morenowych. Tak się złożyło, że nie byłem tam od ponad trzydziestu lat i teraz rozkoszowałem się widokami, przyglądałem się faunie i florze i znowu pływałem nad głębiami. Przemierzając przestrzeń wodną i oddalając się od brzegu zobaczyłem lecącego przy trzcinach bączka i pomyślałem, że w mojej prywatnej historii dokumentuje on nieubłagany upływ czasu. Jeszcze mam w świadomości to zauroczenie, gdy po raz pierwszy zobaczyłem tego ptaka – miałem wtedy czternaście lat, płynąłem łodzią wzdłuż trzcin i nagle minął mnie majestatycznie jakiś brązowo-żółto-biały twór z dziwnie wygiętym podgardlem. Jego piękno i gracja lotu dosłownie poraziły mnie i może było to jedno z podstawowych zauroczeń, które potem wpłynęły na moje zainteresowania ornitologiczne. Oczywiście dopiero po powrocie do Bydgoszczy odnalazłem, w atlasie Ptaki Polski Jana Sokołowskiego, tego mieszkańca trzcin i sitowia i dowiedziałem się ciekawych rzeczy o nim. Ptak ten jest najmniejszą czaplą europejską i jest w sumie trudny do dostrzeżenia, szczególnie z brzegu. Wykorzystując swoje ochronne barwy, w razie niebezpieczeństwa potrafi unieść ostry dziób ku górze i zlać się z trzcinami. Najczęściej widuje się go – tak jak mnie się to przytrafiło kiedyś i teraz – jak przelatuje z jednych trzcin do innych. Okazuje się, że w określonych miejscach jest to ptak dość pospolity, szukający jednakże spokoju i wielkich przestrzeni. Żywi się wszelką drobnicą, jaką chwyta nad wodą, a więc owadami, żabami, ślimakami, kijankami oraz małymi rybkami. Niezwykłym spektaklem są jego migracje, gdy łączy się w klucze, jak inne czaple i między sierpniem a październikiem odlatuje do Afryki. Dla tego gatunku charakterystyczny jest dymorfizm płciowy – samiec i samica mają różne ubarwienie, co doskonale widać, gdy udaje się zaobserwować przelatującą nad tonią parę. Stałem na wzgórzu, przy domu przyjaciela i patrzyłem na Jezioro Ostrowieckie – gdzieś tam nad trzcinami unosiły się trzciniaki, łozówki, zimorodki i bączki. I czas zatoczył wielkie koło…

ORZECHÓWKA

Foto: Murray B. Henson

Przyglądałem się pięknym i ruchliwym orzechówkom (Nucifraga caryocatactes) w górach, podczas moich różnych pobytów na południu Polski. Podczas obozów sportowych, imprez literackich, wyjazdów indywidualnych i rodzinnych. To średniej wielkości ptak z rodziny krukowatych, najczęściej osiadły i przemieszczający się tylko wyjątkowo ze swoich rozległych biotopów. Zamieszkuje północno-wschodnią Europę, południową część Półwyspu Skandynawskiego, Syberię aż do wschodniej Azji oraz góry środkowej i południowej Europy. U nas można ją zaobserwować na Mazurach, na Podlasiu i na Pomorzu, a przede wszystkim w górach. Jest wielkości sójki i ma bardzo ciekawe upierzenie – cały brązowy, ma też liczne białe plamki. Skrzydła lekko zaokrąglone, dość szerokie, czarno brązowe, jak u wielu krukowatych, z zielonkawym metalicznym połyskiem. Wierzch dużej głowy jednolicie brązowy, a tył ciała i pokrywy podogonowe – białe. Ogon czarny z zielonkawym lub niebieskawym połyskiem, końcówki sterówek białe. Żyje przede wszystkim w wielkich drzewostanach świerkowych, gdzie przy pniu wysokiego drzewa buduje dobrze zamaskowane gniazdo. Ptak ten żywi się orzechami laskowymi, bukwią, nasionami szyszek, owadami i ich larwami ale nie gardzi też jajami i pisklętami, jaszczurkami, myszami i innymi drobnymi zwierzętami. W Polsce objęty całkowitą ochrona gatunkową, bo oprócz lat, gdy namnaża się obficie, zdarzają się też okresy, gdy jest nieliczny. Przypominam sobie, jak w oknie pensjonatu w Bierutowicach, skąd miałem widok na rozległe lasy Sudetów, przyglądałem się orzechówkom wzbijającym się nad kompleksy drzewne. Ich głosy budziły mnie rano i rozlegały się podczas zachodów słońca. Najpiękniejsze spotkanie z tym dość płochliwym ptakiem miałem jednak w Tatrach, tuż przy Morskim Oku. Tam właśnie orzechówki zalatywały do śmietników i nie bały się ludzi. Jedna z nich usiadła na metalowym koszu na odpadki i spokojnie przyglądała się rzeszom przechodzących turystów. Usiadłem na ławce i długo przyglądałem się temu urodziwemu stworzeniu, próbowałem zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Zauważyłem niezwykłą inteligencję i spryt, umiejętność wyprowadzania ludzi w pole. Niby to odlatywania, a zaraz potem wracania na dawne miejsce i przeszukiwania śmieci. To jeden z tych polskich ptaków, które mogą barwą i sposobem zachowania konkurować z najpiękniejszymi światowymi przedstawicielami awifauny.

SZCZYGŁY

Foto Cezary Pióro

Nadeszły niespotykane mrozy, sięgające trzydziestu stopni poniżej zera. Chodzę z aparatem fotograficznym w lesie i na jego obrzeżu i przyglądam się przyrodzie. Wszystko otulił śnieżny całun, ale przecież można się natknąć na wiewiórkę, pięknie ubarwionego lisa czy na zająca. Najlepiej widać jednak ptaki, które wyraźnie odbijają się pośród wdzierającej się wszędzie bieli. Tym razem natknąłem się na duże stado szczygłów (Carduelis carduelis), które przelatywało z drzewa na drzewo, zatrzymywało się na wyschłych chwastach, a potem leciało gdzieś dalej, by znowu zawrócić. Nie udawało mi się podejść bliżej, by zrobić dobre zdjęcia, bo ptaszki te są bardzo płochliwe, szybko zrywają się do lotu i umykają. W Internecie znalazłem jednak wspaniałe fotografie ornitologiczne Cezarego Pióro i za jego zgodą zamieszczam tutaj dwa portrety szczygłów. Polecam wszystkim zainteresowanym ptakami stronę tego młodego fotografa, bo znaleźć tam można prawdziwe perełki. Podglądając szczygły przypomniałem sobie zdarzenie z czasów mojej młodości, kiedy to z kolegami z osiedla pojechaliśmy dorobić sobie trochę podczas wakacji. W okolicach Pruszcza Pomorskiego pilnowaliśmy drzew czereśniowych, płosząc z nich szpaki i innych skrzydlatych amatorów słodkości. Podczas jednej z wypraw ku szosie gdańskiej, znalazłem wtedy martwego szczygła, który prawdopodobnie zderzył się z pędzącym samochodem. Było to moje pierwsze zetknięcie się z tym tak urokliwie ubarwionym stworzeniem i pamiętam, że długo ten okaz oglądałem, gładziłem palcem czerwone piórka na głowie, rozkładałem kolorowe skrzydełka, z wyraźnymi akcentami żółcienia i czerwieni. Szczygieł to mniejszy od wróbla ptak, należący do rodziny łuszczaków, zamieszkujący Europę i prawie całą Azję. Przebywa w zadrzewieniach typu parkowego, na obrzeżach lasów liściastych i mieszanych, często pojawia się też w sadach i w ogrodach. Żywi się przede wszystkim nasionami chwastów, ale zjada też małe owady i pozostawione przez ludzi okruchy. Podczas srogich zim ptaki te łączą się w duże stada i wspólnie starają się przeżyć do wiosny. Podczas mojej styczniowej wyprawy do lasu, śledziłem długo te barwne zwierzęta, rozmyślałem o ich wolności i nieustających zagrożeniach, czających się między gałęziami i na ziemi. Ich przeloty i przysiadanie na krzewach miały w sobie jednak coś krzepiącego, tak jakby te wyraziste barwy były emblematem przetrwania delikatnych istnień pośród ekstremalnych, ziemskich warunków. Ludzie niewiele różnią się w tym względzie od szczygłów, a nawet – jako byty stałocieplne – stoją na znacznie gorszej pozycji.

Foto Cezary Pióro

WILKI I BIAŁOZORY

Foto Gunnar Ries

W noworoczne przedpołudnie obejrzałem w telewizji film BBC o dwóch drapieżnikach, żyjących na Ziemi Ellesmere’a. Należy ona do Kanady i znajduje się w archipelagu mniejszych i większych wysp na Oceanie Arktycznym, w bezpośredniej bliskości Grenlandii. Autorzy tego dokumentu ukazali życie wielkich wilków arktycznych (Canis lupus arctos) i białozorów grenlandzkich (Falco groenlandicus) – rzadkich sokołów o pięknym, białym upierzeniu. Krajobraz tego lądu jest górzysty, a znaczny jego obszar zajmują też pokrywy lodowe. Na pozostałych terenach występuje skąpa roślinność typu tundrowego, zieleniejąca podczas krótkiego lata. Linia brzegowa wyspy jest dobrze rozwinięta, z licznymi, głęboko wciętymi fiordami, co umożliwia wpłynięcie i dotarcie do brzegu. Mieszka tu niewielu ludzi, bo warunki są ekstremalne; porywiste wiatry, śnieżyce, a przez większą część roku występuje gruba pokrywa śnieżno-lodowa. W takich przestrzeniach przemyka stado białych wilków polarnych, które gotowe jest pożreć wszystko co się rusza. Polują zatem na pisklęta kaczek i gęsi śnieżnych, nie gardzą skorupiakami, żabami i gryzoniami. Żyją w watahach do trzydziestu zwierząt, a stadom przewodzą samce alfa, których partnerki mają równie eksponowaną pozycję. W trakcie polowania i karmienia młodych, współpracują wszystkie dorosłe zwierzęta. Zimą polują one przede wszystkim na renifery, zające i woły piżmowe. Gdy te ustawione są w okręgu, chroniąc cielęta potężnymi rogami, drapieżniki rozpoczynają wojnę nerwów i koncentrują się na rozerwaniu grupy. Biegając naokoło, zmuszają woły do zmiany pozycji, tak, by te mogły widzieć agresorów. Często jednak taka taktyka nie pomaga drapieżnikom, ale jeśli dopisze im szczęście, woły nie wytrzymują nerwowo i rozbiegną się. Wtedy wilki rozpoczynają pościg i próbują odizolować młode lub słabe zwierzęta. Kiedy drapieżnik wgryzie się już w ofiarę, inne śpieszą mu z pomocą i wspólnie powalają woła. Ciekawostką jest to, że wilki polarne nie pozostawiają szczątków ofiar – na obszarach arktycznych jest tak mało pożywienia, że zwierzęta te zjadają wszystko, wraz ze skórą, sierścią i kośćmi. Film prezentuje losy młodej wilczycy, która odłącza się od stada, a potem wychudzona i doświadczona srodze, wraca do niego. Drapieżniki te, prawie nie niepokojone przez ludzi, żyją w środowisku naturalnym od wieków i są przykładem zwierząt, które przystosowały się do prostego życia w groźnej i niegościnnej Arktyce.

Drugi bohater – białozór – to największy ptak z rodziny sokołów, tylko wyjątkowo zalatujący do Polski. Jego ciało osiąga wymiar 65 centymetrów, a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 140 centymetrów. Zamieszkuje prawie całą półkulę północną, a jego pióra stanowiły w dawnych wiekach cenny łup i umieszczane były na szlacheckich czapkach. Występują trzy odmiany białozorów: biała, ciemno plamkowana, z ciemnymi końcami skrzydeł; jasnoszara o piórach z białymi brzegami; ciemnoszara z piórami o jaśniejszych brzegach. Na policzku słabo zaznaczony ciemniejszy wąs, u odmiany białej w ogóle niewidoczny. U wszystkich odmian dół ciała plamkowany lub kreskowany. Obie płci ubarwione jednakowo, nogi i woskówka na dziobie żółte, a szyja i ogon krótkie. W locie mają charakterystyczną sylwetkę, o długich i ostro zakończonych skrzydłach, często ze zwisającą pod pazurami ptaka, martwą pardwą, cietrzewiem lub częścią zająca. Na filmie pokazano parę, która wychowuje trójkę piskląt, nie mogąc nastarczyć im z pożywieniem. Zarówno samiec, jak i samica wznoszą się bardzo wysoko w powietrze, nawet na wysokość pięciuset metrów i obserwują ziemię. Potrafią dostrzec nawet najmniejszy ruch i z wielkim impetem spadają na ofiary. Potem na ziemi kawałkują pożywienie i z ogromnym poświęceniem, przenoszą je do gniazda. W nim rozszarpują kawałki mięsa na jeszcze mniejsze i wtykają sprawiedliwie do dziobów piskląt. Tutaj widzimy, że jedno z nich jest agresywne i kradnie kawałki pokarmu swojemu bratu i siostrze. Koniec końców udaje się wykarmić te wiecznie głodne istoty i pod koniec sierpnia, gdy nadchodzą mrozy i pojawia się nowy śnieg, ptaki są już gotowe do odlotu na południe. Gniazdo pozostanie puste na półce skalnej aż do czerwca, kiedy to białozory wrócą, odbędą krótkie gody i doczekają się nowych potomków. Piękne, oryginalne zdjęcia ekipy filmowej znanego realizatora Jonathana Keelinga, ukazują grozę i bezwzględność życia w Arktyce, a zarazem niezwykłą urodę krajobrazów. Dzięki filmowcom możemy zaznajomić się z miejscem, które w przeszłości było niedostępne, znane tylko Eskimosom i kilku odkrywcom, którzy zapędzili się w te rejony.  Wyspa Ellesmere’a, pokryta śniegiem i skuta lodem przez większą część roku, tylko raz trafiła na czołówki gazet – w 2008 roku, kiedy to oderwała się od niej bryła lodu, wielkości Manhattanu. Młode białozory ćwiczą mięśnie skrzydeł i wreszcie odrywają do gniazda, zaczynają wraz z rodzicami, szybować nad skałami i tundrą tej lodowatej krainy. Widzą białe wilki przemykające między kamieniami i karłowatymi drzewami, ale patrzą już w dal, za horyzont, gdzie czeka na nich inny świat.

GAPY I WRONY

Foto Rafał Komorowski - Wikipedia

Patrzę za okno i widzę czarne plamy gawronów (Corvus frugilegus) na trawnikach i na dachach okolicznych domów. Ludzie często mylą te ptaki z wronami, które przecież wyglądają inaczej, są rzadsze i większe. Jako dziecko znałem te ptaki jako gapy – tak mówiła o nich moja babcia i mama i wielu innych ludzi. To zwyczajowe określenie zyskało walor pejoratywny i stało się osobnym wyrazem w słowniku języka polskiego – to ktoś, kto popełnia błędy, gafy, ktoś, kto łatwo wpada w jakąś pułapkę. Jednakże gawrony wcale nie są gapowate, raczej bywają ostrożne, a jako ptaki synantropijne, czyli żyjące w pobliżu człowieka, doskonale wiedzą jak niebezpiecznym może on być. W dawnych wiekach kojarzyły się ze śmiercią, bo szczelnie obsiadały trupy ludzi i koni na polach bitew. Wraz z krukami, kawkami i wronami, stanowiły one szybką służbę sanitarną i oczyszczały ze zwłok i padliny pola i lasy, obrzeża miast i wsi. Ptaki te należą do rodziny krukowatych (Corvidae), mają czarne upierzenie, z metalicznym, fioletowym lub niebieskim połyskiem, co powoduje, że są dobrze widoczne na śniegu. Można by pomyśleć, że to bardzo im przeszkadza w polowaniach, ale z drugiej strony pomaga przecież dostrzec skupiska innych gawronów, które zawsze wróżą jakąś ucztę. One wolą czekać, bo są bardzo inteligentne i wiedzą, że w mroźnym klimacie, wcześniej czy później znajdą jakieś martwe zwierzę, kawałek chleba, owocu czy ciasta. Zaobserwowano nawet, że latem posługują się niewielkimi patykami, by wydobyć tłuste larwy z drzew. Ptaki te podczas cieplejszych miesięcy zjadają ogromne ilości owadów i gryzoni, nie gardzą też pisklętami innych, małych zwierząt latających. Niezwykłym spektaklem w miastach są rozległe stada gawronów, krążące i przelatujące do upatrzonych drzew, nad rzekami, przy cmentarzach, na skraju lasu, gdzie przysiadają i nocują. Często razem z kawkami i pojedynczymi wronami, czyniąc sporo hałasu, zrywając się nagle do lotu i krążąc nad nocowiskiem. Skolonizowały ogromną część Euroazji, od Hiszpanii, poprzez Europę Środkową, Syberię, aż do Chin. Także w Ameryce żyje tamtejsza jej odmiana (Corvus brachyrhyncos), mutująca i przechodząca w podobne wizualnie podgatunki – gawrona rybiego i gawrona z Tamaulipas. Zimą nasze rodzime gawrony odlatują na wschód, a stamtąd trafiają do nas populacje syberyjskie i wschodnioeuropejskie. Im jest mroźniej jest w tundrze i tajdze, tym więcej u nas pojawia się tych czarnych ptaków.

Wrona siwa (Corvus corone cornix), jak sama nazwa mówi, ma inne upierzenie od gawrona, sporo szarości i wyraźne akcenty czerni na głowie, lotkach i na ogonie. Zamieszkuje zadrzewienia śródpolne oraz wysokie grupy drzew w osiedlach i miastach – łatwo dostrzeżemy ją na starym cmentarzu lub w parku, zapewne przysiądzie też tam, gdzie przy jakimś pożywieniu tłoczą się gawrony. Jest ostrożniejsza i dostojniejsza od nich, a często ukryta, postanawia ujawnić się dopiero w takiej chwili, która daje jej szansę na przejęcia jakiegoś kawałka mięsa czy innego jadła. Latem jest to straszliwy drapieżnik, czyniący wielkie spustoszenia w gniazdach innych ptaków, potrafiący zaczaić się w wysokiej trawie i uderzać w momencie, gdy jaja lub pisklęta, chwilowo nie mają opieki. W odróżnieniu od kruka, złodziejka ta nie ma ostro zakończonego dzioba, choć tak jak i on widywana bywa na wszelkiej padlinie. W dawnych czasach – znacznie liczniejsza – była w mitach przedstawiana jako ptak chtoniczny (łączący niebo i ziemię), uczestniczący w wielkich ucztach na polach ludzkich bitew. Istnieje też gatunek wrony czarnej, który tylko wytrawni ornitolodzy potrafią odróżnić od gawrona. W moim życiu widziałem wiele wron, a szczególnie utkwiła mi w pamięci ta z Wilna, z podwórka domu, gdzie mieszkał Juliusz Słowacki z matką i ojczymem (umieszczam ją nad tą partią tekstu), a także dziwnie zachowujące się i szczuplejsze wrony, które widziałem, na warszawskich dachach, z okien Domu Literatury. Wysypałem im na część zadaszenia sporo kawałków słodkiej chałki i przyglądałem się bardzo długo jak skaczą, nadlatują, wykukują zza kominów i biją się o najlepsze kęsy. Żałowałem, że nie miałem wtedy przy sobie aparatu fotograficznego, bo zrobiłbym znakomite zdjęcia. Podczas moich wypraw na obrzeża miasta, często najpierw słyszę wyraziste krakanie, oddzielane momentami ciszy, albo cichsze odgłosy typu kirk arrk, a dopiero potem, po dłuższym przyglądaniu się przez lornetkę, zauważam dobrze ukrytego ptaka. Gdy odrywa się od drzewa lub wzlatuje z dachu, jego lot jest charakterystyczny, na poły ociężały, na poły elegancki. Największe wrażenie robią jednak wrony, gdy szybując, wynurzają się z mgły i mkną nad ośnieżonymi polami, zmarzniętymi wodami Wisły lub nad rozległymi bagniskami, plątaninami krzewów lub rumowisk kamieni.

SROKI

Obudziłem się kilka minut przed szóstą i usłyszałem głosy kawek za oknem. Odsunąłem roletę i ukazał mi się świat we mgłach i rozmyciach, pełen jakiejś zmysłowej, niderlandzkiej intensywności. Ptaki robiły sporo hałasu, przefruwały z dachu na dach, przysiadały na antenach, rynnach i odpowietrznikach. Niektóre zastygały na dłużej, inne zrywały się, krążyły nad osiedlem i znowu przysiadały na blokach. Poszedłem do kuchni zrobić sobie poranną kawę i zobaczyłem coś niezwykłego, w pobliskim sadzie owocowym. Na dwa najwyższe drzewa sfruwały z wielkim impetem sroki, których było chyba ze trzydzieści. Dotąd widywałem te ptaki pojedynczo, czasem w parach, w niewielkich grupkach, a tutaj tyle tych pięknych istot naraz. Coś zmienia się w ich obyczajach i coś powoduje, że tak gwałtownie się mnożą i coraz śmielej bytują w pobliżu ludzi. Zapewne wielkie znaczenie mają tutaj śmietniki i wyrzucanie przez ludzi ogromnych ilości chleba, jakichś kawałków niedojedzonego mięsa, szczątków kurczaków, kur i indyków. Sroki potrafią wyczuć takie odpadki i oczyścić z nich śmietniki i ich pobliża. Dlatego wiele z nich jest tłustych, nienaturalnie baryłkowatych, różniących się znacznie od takich samych ptaków, żyjących na wsi, na obrzeżach lasów i parków. Postałem przy oknie i długo patrzyłem na siedzące na gałęziach sroki, żałując, że nie mam pod ręką teleobiektywu. Piłem powoli kawę i czując jej aromat myślałem o moim życiu, o przeznaczonym mi losie i o zdarzeniach z ostatnich lat. Sroki powoli odlatywały z dwóch drzew w sadzie.

CHINY (VIII)

malarstwo2

Po powrocie do Xining, godzinę przed zachodem słońca, idę do parku, po drugiej stronie rzeki. Muszę przejść dość długą ulicę i ogromny most, a gdy już na nim jestem zauważam z góry dalekie pasma górskie, wyraziście rysujące się za miastem. Na ich szczytach leży połyskliwy śnieg, a całość łańcucha przydaje krajobrazowi orientalnego charakteru. Bliżej widać osiedla wysokich apartamentowców, a wokół nich niższe budynki, rozsiane jak barwne kawałki warzyw pośród dania ryżowego. Schodzę do parku i mijam niewielu ludzi, ale za każdym razem zauważam ich bystre spojrzenia. Wszystko tutaj jest zadbane, ścieżki wewnętrzne utwardzone, eleganckie ławki i stoliki z górskich kamieni z ciekawym, wewnętrznym rysunkiem linii i zygzaków. Sporo średniej wielkości drzew i starsze klony, topole, wierzby, na każdym kroku klomby kwiatowe i wypielęgnowane trawniki. Schodzę do rzeki i zauważam na kamieniach pliszki siwe, a w miejscach głębszych kaczki krzyżówki. Nurt płynie leniwie i w wielu miejscach zanika w półmetrowej wodnej roślinności, zaborczo wdzierającej się w koryto. Woda jest mętna, żółtawa, ale niesie się od niej jakaś górska rześkość, oddech dalekich dolin i przełęczy. Przysiadam na ławce i patrzę na wszystko dookoła, a przede wszystkim na ludzi, którzy mijają mnie po dwóch, trzech, czasem w niewielkiej grupce. Starcy ubrani w tradycyjne, granatowe uniformy z czasów Mao, młodzieńcy i dziewczęta odziani w bawełniane koszulki, dżinsy, jakieś zwiewne bluzki, w nieodłącznych adidasach na nogach. Chinki dobrze wiedzą jakie są zgrabne, więc z upodobaniem noszą krótkie, kolorowe spódniczki, obcisłe spodnie. Fotografuję ich i proszę o zrobienie mi zdjęcia, na co przystają z uśmiechem, trochę mówią po angielsku, coś tam komentują w swoim języku. Muszę być dla nich wielkim dziwakiem, z moją dość ciemną karnacją skóry i zielonymi oczyma – odchodząc, kilka razy się odwracają, wskazują na mnie i głośno ze sobą rozmawiają. To miasto, w miesiącach chłodniejszych i zimą, jest zapewne zamkniętą enklawą i niewielu trafia tu ludzi z innych części świata – to w końcu przedmurze Tybetu. Dostać się tutaj można tylko samolotem z Pekinu lub koleją transtybetańską, jadącą wiele dni ze stolicy państwa.

kwiatyiptaki1Nagle spostrzegam coś, co każe mi wstać z ławki, włączyć aparat fotograficzny i ruszyć szybko do przodu. Na pobliskich drzewach zauważam stado barwnych ptaków, które okazują się zielonkawymi, chińskimi dudkami. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie widziałem tych istot w naturalnym, europejskim czy amerykańskim biotopie, wiele razy się zasadzałem, odbywałem specjalne wyprawy, ale jakoś mi się nie udawało. I nagle, w środkowych Chinach, widzę całe ich stado, przelatujące z drzewa na drzewo i pozwalające podejść dość blisko. Jest ich chyba z dziesięć i czuję się jak w ptasim raju, tym bardziej, że zauważam też inne skrzydlate twory – dzięcioły, sikory i zięby, a nawet dzierzbę i srokatego zimorodka. Przypomina mi się tradycyjne malarstwo chińskie, które lubowało się w odtwarzaniu kształtów i w specjalny sposób stylizowało symetrię lotnych krzywizn. Sporo takich przedstawień widziałem w Odonkorze, w starych domach, pałacach i świątyniach, a także na wyrobach sztuki ludowej i regionalnych pamiątkach. Ptaki lśnią w słońcu i przelatując na dalsze drzewa, prowadzą mnie w głąb parku. W końcu kryją się pośród liści, siadają wysoko, tak, że nie mogę ich dostrzec – tylko świszczące głosy wskazują, że tam są. Idę dalej i przysiadam na następnej ławce, patrzę na niezwykłe, liliowo-amarantowe chmury, podświetlone przez zachodzące słońce. Przysiada do mnie jakiś stary człowiek i nie zwracając uwagi na moją obecność, patrzy w dal, kontempluje drzewa, kwiaty i dalekie góry. Za chwilę zamyka oczy i w naturalny sposób zasypia na chwilę, a ja przyglądam się jego twarzy, pooranej bruzdami głębokich zmarszczek, ma może siedemdziesiąt, może więcej lat i musiał przeżyć w tym państwie liczne przełomy i zawirowania dziejowe. Wstaję powoli, by go nie zbudzić i idę w kierunku mniejszego mostu przez Huang Shui, zauważam, że jest już siódma wieczorem, więc przyspieszam kroku, by zdążyć do hotelu na kolację. Od razu czuję żywszy rytm serca i szybciej oddycham, jestem przecież na wysokości dwa tysiące trzysta metrów nad poziomem morza. To historyczna tybetańska prowincja Amdo, gdzie krzyżowały się szlaki karawan i samotnych pielgrzymów i zawsze tętniło życie, dudki wzbijały się ponad drzewa, nurty mętnego dopływu Huang Ho sunęły leniwie ku ujściu, a ludzie przyzwyczaili się do życie na wolniejszych obrotach.

kwiatyiptaki2Idąc, przyglądam się temu kawałkowi Chin i wydobywam takie skrawki, które mnie ciekawią lub wzruszają. Jakaś mała dziewczynka, może sześcio-, może siedmioletnia, idzie grzecznie parkową dróżką i niesie w woreczku foliowym, wypełnionym wodą, kilka malutkich, kolorowych rybek, które zapewne złowiła w strumieniu. Jest w niej tyle świeżości i piękna, tyle delikatności i azjatyckiej subtelności, że czuję przypływ ciepła w całym ciele. Choć ona o tym nie wie i mija mnie szybko, zastanawiam się jak będzie wyglądało jej życie – tutaj dorośnie, tu wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, a w końcu odejdzie z tego świata, jak wszyscy ludzie. Gdzie ja wtedy będę, co będę robił, kim będę i co osiągnę, czy jeszcze będę wśród żywych? Ona tu pozostanie, a ja wyjadę, choć może wrócę za jakiś czas, a może będę w zupełnie innej części świata – niezbadane są wyroki losu. Idąc dalej, spotykam kobietę, mniej więcej w moim wieku, urodziwą i szczupłą, ubraną w czarna kurtkę skórzaną i w jedwabną, niebieską spódniczkę. W pierwszej chwili budzi moje zdumienie, bo chodzi powoli do tyłu, ale szybko orientuję się, że to ćwiczenia relaksacyjne tai chi, mające służyć poprawie zdrowia i zyskaniu dobrego samopoczucia. Choć mijam ją zaaferowany, nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, wysuwa ręce do przodu i wygina je wolno w różne strony, koordynuje ich ruchy, z lekko przesuwającymi się do tyłu nogami. Wchodzę do innego dużego parku, tuż przy hotelu i zatrzymuję się na dłuższą chwilę przy szerokim sztucznym stawie. Wszystko ma tutaj orientalny wymiar i na każdym kroku widać chińską ornamentykę, od budowli, poprzez mostki i nawet pojemniki na śmieci. Myślę o tym, że mógłbym żyć w takim świecie, z dala od Polski, od tego wszystkiego, co w niej zostawiłem. Opieram się o balustradę tarasu wychodzącego nad wodę, wpatruję w dalekie domy, świątynie i myślę o tym jaki jestem w tym momencie szczęśliwy… i jak trudno zatrzymać taką chwilę. Robi się coraz później i wspinam się po schodach na plac, przed hotelem, wchodzę do budynku, gdzie jak co dzień, boy wita mnie z promiennym uśmiechem. Myję się szybko w ogólnej łazience i wchodzę do restauracji – wszyscy jedzą już kolację w najlepsze, więc i ja zaczynam krążyć z talerzem pośród barwnych potraw, warzyw i fasoli, owoców morza i gotowanych na parze pierożków z ostrym lub łagodnym sosem.

ODLATUJĄ SZPAKI

Sturnus_vulgaris_Jojo

Szpaki zbierają się do odlotu i krążą całymi stadami nad moim osiedlem. Przyglądam się im i myślę o czekającej je drodze do Afryki i Azji. Wrócą do nas w marcu na rozród, a potem będą z wielką pasją zjadać owoce i owady. Niektóre ptaki, po pochłonięciu sfermentowanych wiśni, jabłek lub śliw, zachowują się jakby były pijane – szpaki nie boją się tego, bo metabolizują alkohol z niezwykłą prędkością. Powodem tego jest bardzo wysoki poziom dehydrogenazy alkoholowej – enzymu rozkładającego płyny wyskokowe. Jest on czternaście razy wyższy u tych nakrapianych ptaków, niż u ludzi, więc jeśli pić, to tylko z nimi… Szpaki pożerają też włochate gąsienice, których wiele gatunków skrzydlatych zwierząt się boi i omija je. Ich menu uzupełniają też larwy, dżdżownice, ślimaki, jagody i nasiona. To był pierwotnie ptak typowo leśny, ale teraz najchętniej bytuje przy siedzibach ludzkich, gdzie znajduje sporo odpadków i owadów. Niesamowite wrażenie robią szpaki, gdy siadają na wysokich topolach i skryte w połyskujących liściach, wydają różne głosy. Najczęściej są to piski i gwizdy, ale istoty te posiadły też umiejętność naśladowania „mowy” innych mieszkańców przestworzy. Czasem przystaję przy takich drzewach i wypatruję niewielkich krzykaczy – niektóre udaje się wyodrębnić, ale większość jest dobrze zakamuflowana. Zdaje się wtedy, że wyraziste w jesiennym słońcu drzewo, wydaje dziwne glosy, że poruszane wiatrem gałęzie jęczą i pogwizdują, a liście świstają jak groty przelatujących strzał. A to właśnie szpaki wydają takie odgłosy. Pamiętam je jeszcze z czasów wczesnej młodości, gdy zbierały się w ogrodach przy moim osiedlu i w licznych przydomowych sadach, w dzielnicy Jary. Szczególnie pięknie wyglądały na drzewach wiśniowych, gdzie ich barwne plamki połyskiwały pośród krwistoczerwonych owoców. Spotykałem je też na drzewach morwowych, gdzie wspinałem się i spędzałem długie godziny na pochłanianiu niewielkich, kwaskowych gron. W takich chwilach czas się zatrzymywał, patrzyłem na wilgę, kosa lub szpaka i czułem niezwykłą łączność z naturą. Jeszcze chwila, nadejdą przymrozki i nakrapiane ptaki odlecą za góry i morza.

Szpak

WRÓBLE

Wróble

Patrzę na wszędobylskie wróble (Passer domesticus), które przysiadają czasem na parapecie mojego okna. W czasach mojej młodości było ich więcej i może dlatego zapamiętałem je z wielu sytuacji, osiedlowych wypraw, spotkań przed blokiem, wyjazdów za miasto i na wakacje. To ptaki powszechne na całym świecie i, w miarę upływu lat, dane mi też było oglądanie ich w wielu krajach europejskich oraz w Ameryce i w Azji. To skrzydlate stworzenie należy do osobnej rodziny wróblowatych (Passeridae), choć bardzo spokrewnione jest ze zdolnymi wikłaczami. Wszystkie wróble są podobnie zbudowane, choć różnią się ubarwieniem, np. azjatycki wróbel oliwkowy jest barwnie upierzony, z wyrazistymi plamami żółcienia. Także wróbel złocisty, z Półwyspu Arabskiego i Somalii oraz wróbel cytrynowy, z Sahary i Nigerii, mają przewagę tej barwy. Dość rzadki jest już dzisiaj także egzotycznie ubarwiony (czerwone paski na głowie) wróbel skalny, który występuje od Wysp Kanaryjskich, po górny bieg Amuru i wschodnie Chiny. U nas widzimy dwa ptaki, które powszechnie traktuje się jako wróble – tego właściwego, bardziej szarego i nieco grubszego i mazurka, który jest smuklejszy i ma wierzch głowy w kolorze czekolady. Najczęściej ptaki te widzimy blisko skupisk ludzkich, gdzie żywią się nasionami, okruchami i odpadkami, a w lecie również drobnymi owadami. Z czasów mojego mieszkania na osiedlu Błonie, zapamiętałem inwazję ćmy brudnicy mniszki, która dosłownie oblepiała ściany bloków. Rezolutne wróble zawisały wtedy na tych pionowych płaszczyznach i z apetytem opychały się otumanionymi za dnia motylicami. Pamiętam też wiele wróbli na dwóch cmentarzach, na skraju osiedla, gdy przysiadały na krzyżach nagrobków i na granitowych pomnikach. Pewnego dnia, podczas mojej wizyty w Ciechocinku byłem świadkiem, jak wróbel zderzył się z osobowym samochodem, a odrzucony spadł na chodnik. Kręcił się w miejscu oszołomiony, ćwierkał głośno, rozpaczliwie i wtedy nadleciała nie wiadomo skąd kawka, chwyciła biedaka dziobem, jak szczypcami, zadusiła i odleciała zjeść go gdzieś na dachu lub w zaroślach. Warto w tym miejscu przywołać też zabawną wpadkę naszego wielkiego romantyka w Panu Tadeuszu, o czym pisałem w książce Ptaki Mickiewicza. Otóż, powszechnie znany i pospolity wróbel pojawia się we wskazanym wyżej poemacie osiem razy i nie znajdziemy w tych miejscach szczególnie urokliwych fraz. Podobnie, jak i w rzeczywistym świecie, wróbel pojawia się w Panu Tadeuszu ni stąd ni zowąd i nie odegrawszy większej roli – znika. Zatrzymajmy się jednak dłużej przy fragmencie księgi piątej. Chodzi tutaj o następujące wersy: Zosia, jak wróbel w piasku, trzepioce się, myje/ Z pomocą sługi ręce, oblicze i szyję. (w. 147-148) Zestawmy ten fragment z następującą częścią książki wielkiego ornitologa – Jana Sokołowskiego: Trudno odgadnąć, jakie znaczenie dla utrzymania piór w czystości może mieć kąpiel w piasku, a zwłaszcza w suchej ziemi lub też w brudnym pyle ulicznym. Przypuszczano, że chodzi o pozbycie się pasożytów skórnych lub wszołów gryzących upierzenie, gdyż prawdopodobnie nie znoszą one zetknięcia się z pyłkiem. Mickiewicz, gdyby o tym wiedział, podrapałby się pewnie z zakłopotaniem w głowę. Nieświadomie bowiem, porównując toaletę Zosi do tej specyficznej – ptaki myją się także w wodzie i śniegu – toalety skrzydlatych zwierząt, spowodował, że ktoś znający powód kąpieli wróbla w piasku, straciłby przekonanie, co do tego, że Zosia była okazem kobiecej czystości, lekkości i zwiewności. Ale zostawmy takie żarty na boku – ostatecznie uznać należy, że porównanie Zosi do trzepocącego się w piasku wróbla jest bardzo poetyczne, bo – w sensie języka powszechnego porozumiewania się – konotacje wszystkich wyrazów są bardzo sympatyczne. Tako i miły jest nasz szaro-bury ptak, którego widujemy na osiedlach i w parkach, gdy idziemy wyrzucić śmieci, albo po prostu, jak ja podczas pisania, za oknem, na parapecie lub na balustradzie balkonu.

« Older entries Newer entries »

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 596 obserwujących.

%d bloggers like this: