JESIENNE BARWY

JES-33

Jesień wkracza w ostatnią fazę i liście, pozostałe jeszcze na drzewach, przybierają piękne barwy: wiele odcieni żółcienia, kontrastowe brązy, sienny, cała gama czerwieni. Sporo też spada ich już na ziemię i tworzy miękki kobierzec, po którym biegają dzieci i szurają z uciechą nogami. Przypomina mi się wiele moich jesieni w dzieciństwie, gdy chodziłem z kolegami i koleżankami na pobliskie cmentarze i strącaliśmy, kijami lub kamieniami, kasztany i żołędzie. Przemykaliśmy wtedy po grubym dywanie z liści i szukaliśmy brązowych i złotawych owoców kasztanowca i dębu. Dzisiaj wielu dawnych przyjaciół już nie ma pośród żywych i stale pojawiają się nowe nekrologi. Przypomniały mi to wczoraj płomienie świec na ich nagrobkach. Trudno mi przyzwyczaić się do tego permanentnego odchodzenia, choć wiem, że czeka ono wszystkich. Gdy dzisiaj chodzę po warstwach kolorowych liści, coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że poszedłem właściwą drogą. Mogłem się potknąć, upaść, mogłem znaleźć się w mrocznym przedziale, a jednak doszedłem do miejsca, które jest obietnicą ostatecznego spełnienia. Pisanie książek i praca nad słowem dają mi wiele satysfakcji, a szczególnie cieszą mnie nowe stronice wspomnieniowej prozy. Nic tak dobrze nie nastraja do pisania jak złota polska jesień. Więc piszę…

CHINY (VIII)

malarstwo2

Po powrocie do Xining, godzinę przed zachodem słońca, idę do parku, po drugiej stronie rzeki. Muszę przejść dość długą ulicę i ogromny most, a gdy już na nim jestem zauważam z góry dalekie pasma górskie, wyraziście rysujące się za miastem. Na ich szczytach leży połyskliwy śnieg, a całość łańcucha przydaje krajobrazowi orientalnego charakteru. Bliżej widać osiedla wysokich apartamentowców, a wokół nich niższe budynki, rozsiane jak barwne kawałki warzyw pośród dania ryżowego. Schodzę do parku i mijam niewielu ludzi, ale za każdym razem zauważam ich bystre spojrzenia. Wszystko tutaj jest zadbane, ścieżki wewnętrzne utwardzone, eleganckie ławki i stoliki z górskich kamieni z ciekawym, wewnętrznym rysunkiem linii i zygzaków. Sporo średniej wielkości drzew i starsze klony, topole, wierzby, na każdym kroku klomby kwiatowe i wypielęgnowane trawniki. Schodzę do rzeki i zauważam na kamieniach pliszki siwe, a w miejscach głębszych kaczki krzyżówki. Nurt płynie leniwie i w wielu miejscach zanika w półmetrowej wodnej roślinności, zaborczo wdzierającej się w koryto. Woda jest mętna, żółtawa, ale niesie się od niej jakaś górska rześkość, oddech dalekich dolin i przełęczy. Przysiadam na ławce i patrzę na wszystko dookoła, a przede wszystkim na ludzi, którzy mijają mnie po dwóch, trzech, czasem w niewielkiej grupce. Starcy ubrani w tradycyjne, granatowe uniformy z czasów Mao, młodzieńcy i dziewczęta odziani w bawełniane koszulki, dżinsy, jakieś zwiewne bluzki, w nieodłącznych adidasach na nogach. Chinki dobrze wiedzą jakie są zgrabne, więc z upodobaniem noszą krótkie, kolorowe spódniczki, obcisłe spodnie. Fotografuję ich i proszę o zrobienie mi zdjęcia, na co przystają z uśmiechem, trochę mówią po angielsku, coś tam komentują w swoim języku. Muszę być dla nich wielkim dziwakiem, z moją dość ciemną karnacją skóry i zielonymi oczyma – odchodząc, kilka razy się odwracają, wskazują na mnie i głośno ze sobą rozmawiają. To miasto, w miesiącach chłodniejszych i zimą, jest zapewne zamkniętą enklawą i niewielu trafia tu ludzi z innych części świata – to w końcu przedmurze Tybetu. Dostać się tutaj można tylko samolotem z Pekinu lub koleją transtybetańską, jadącą wiele dni ze stolicy państwa.

kwiatyiptaki1Nagle spostrzegam coś, co każe mi wstać z ławki, włączyć aparat fotograficzny i ruszyć szybko do przodu. Na pobliskich drzewach zauważam stado barwnych ptaków, które okazują się zielonkawymi, chińskimi dudkami. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie widziałem tych istot w naturalnym, europejskim czy amerykańskim biotopie, wiele razy się zasadzałem, odbywałem specjalne wyprawy, ale jakoś mi się nie udawało. I nagle, w środkowych Chinach, widzę całe ich stado, przelatujące z drzewa na drzewo i pozwalające podejść dość blisko. Jest ich chyba z dziesięć i czuję się jak w ptasim raju, tym bardziej, że zauważam też inne skrzydlate twory – dzięcioły, sikory i zięby, a nawet dzierzbę i srokatego zimorodka. Przypomina mi się tradycyjne malarstwo chińskie, które lubowało się w odtwarzaniu kształtów i w specjalny sposób stylizowało symetrię lotnych krzywizn. Sporo takich przedstawień widziałem w Odonkorze, w starych domach, pałacach i świątyniach, a także na wyrobach sztuki ludowej i regionalnych pamiątkach. Ptaki lśnią w słońcu i przelatując na dalsze drzewa, prowadzą mnie w głąb parku. W końcu kryją się pośród liści, siadają wysoko, tak, że nie mogę ich dostrzec – tylko świszczące głosy wskazują, że tam są. Idę dalej i przysiadam na następnej ławce, patrzę na niezwykłe, liliowo-amarantowe chmury, podświetlone przez zachodzące słońce. Przysiada do mnie jakiś stary człowiek i nie zwracając uwagi na moją obecność, patrzy w dal, kontempluje drzewa, kwiaty i dalekie góry. Za chwilę zamyka oczy i w naturalny sposób zasypia na chwilę, a ja przyglądam się jego twarzy, pooranej bruzdami głębokich zmarszczek, ma może siedemdziesiąt, może więcej lat i musiał przeżyć w tym państwie liczne przełomy i zawirowania dziejowe. Wstaję powoli, by go nie zbudzić i idę w kierunku mniejszego mostu przez Huang Shui, zauważam, że jest już siódma wieczorem, więc przyspieszam kroku, by zdążyć do hotelu na kolację. Od razu czuję żywszy rytm serca i szybciej oddycham, jestem przecież na wysokości dwa tysiące trzysta metrów nad poziomem morza. To historyczna tybetańska prowincja Amdo, gdzie krzyżowały się szlaki karawan i samotnych pielgrzymów i zawsze tętniło życie, dudki wzbijały się ponad drzewa, nurty mętnego dopływu Huang Ho sunęły leniwie ku ujściu, a ludzie przyzwyczaili się do życie na wolniejszych obrotach.

kwiatyiptaki2Idąc, przyglądam się temu kawałkowi Chin i wydobywam takie skrawki, które mnie ciekawią lub wzruszają. Jakaś mała dziewczynka, może sześcio-, może siedmioletnia, idzie grzecznie parkową dróżką i niesie w woreczku foliowym, wypełnionym wodą, kilka malutkich, kolorowych rybek, które zapewne złowiła w strumieniu. Jest w niej tyle świeżości i piękna, tyle delikatności i azjatyckiej subtelności, że czuję przypływ ciepła w całym ciele. Choć ona o tym nie wie i mija mnie szybko, zastanawiam się jak będzie wyglądało jej życie – tutaj dorośnie, tu wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, a w końcu odejdzie z tego świata, jak wszyscy ludzie. Gdzie ja wtedy będę, co będę robił, kim będę i co osiągnę, czy jeszcze będę wśród żywych? Ona tu pozostanie, a ja wyjadę, choć może wrócę za jakiś czas, a może będę w zupełnie innej części świata – niezbadane są wyroki losu. Idąc dalej, spotykam kobietę, mniej więcej w moim wieku, urodziwą i szczupłą, ubraną w czarna kurtkę skórzaną i w jedwabną, niebieską spódniczkę. W pierwszej chwili budzi moje zdumienie, bo chodzi powoli do tyłu, ale szybko orientuję się, że to ćwiczenia relaksacyjne tai chi, mające służyć poprawie zdrowia i zyskaniu dobrego samopoczucia. Choć mijam ją zaaferowany, nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, wysuwa ręce do przodu i wygina je wolno w różne strony, koordynuje ich ruchy, z lekko przesuwającymi się do tyłu nogami. Wchodzę do innego dużego parku, tuż przy hotelu i zatrzymuję się na dłuższą chwilę przy szerokim sztucznym stawie. Wszystko ma tutaj orientalny wymiar i na każdym kroku widać chińską ornamentykę, od budowli, poprzez mostki i nawet pojemniki na śmieci. Myślę o tym, że mógłbym żyć w takim świecie, z dala od Polski, od tego wszystkiego, co w niej zostawiłem. Opieram się o balustradę tarasu wychodzącego nad wodę, wpatruję w dalekie domy, świątynie i myślę o tym jaki jestem w tym momencie szczęśliwy… i jak trudno zatrzymać taką chwilę. Robi się coraz później i wspinam się po schodach na plac, przed hotelem, wchodzę do budynku, gdzie jak co dzień, boy wita mnie z promiennym uśmiechem. Myję się szybko w ogólnej łazience i wchodzę do restauracji – wszyscy jedzą już kolację w najlepsze, więc i ja zaczynam krążyć z talerzem pośród barwnych potraw, warzyw i fasoli, owoców morza i gotowanych na parze pierożków z ostrym lub łagodnym sosem.

ROK JULIUSZA SŁOWACKIEGO (V)

szkola_z_lewej

Zespół Szkół w Przemystce koło Radziejowa

Na zaproszenie Rolniczego Centrum Kształcenia Ustawicznego im. Ziemi Kujawskiej byłem w niewielkiej Przemystce, koło Radziejowa, gdzie wygłosiłem wykład o Juliuszu Słowackim, jak zwykle starałem się połączyć wiadomości biograficzne i ciekawostki z próbą interpretacji twórczości tego wielkiego polskiego romantyka. Tym razem mówiłem o podróży na wschód i obecności motywu słońca w wielu dziełach poety. Obok wielkich konferencji, spektakli, koncertów i uroczystości, także takie małe wydarzenia mają swoją wagę dla Jubileuszu dwusetnej rocznicy urodzin. Oto fragment mojego wystąpienia:

Słowacki był szczególnie wrażliwy na rozgrywające się w przyrodzie operacje świetlne. Przywoływał w wierszach oślepiające światło słońca i rzucał jego refleksy na malowane słowami krajobrazy. Szczególnie uwidoczniło się to w wierszach powstałych podczas podróży do Ziemi Świętej i w Egipcie. Egipcjanie rozgraniczali trzy formy istnienia słońca – Chepry – słońce wschodzące; Re – słońce w zenicie; Atum – słońce kładące się do snu. Uczyńmy te egipskie rozgraniczenia kolejnymi cząstkami naszego przybliżenia, w którym solarny mit kosmogoniczny jest fundamentem wyobraźni podążającej od rozbłysku do ciemności. Słowacki pojmował słońce i jego promieniowanie jako struktury eternalne. Nie posiadał jeszcze w dziewiętnastym wieku pełnej wiedzy o wielorakich cyklach naszej gwiazdy jak i o jej nieuchronnym końcu, jednak jego przekonanie zgadzało się zapewne z tym co wyartykułował Dan Campbell: Najpotężniejszą siłą kształtującą przeznaczenie człowieka jest przede wszystkim Słońce; potem bliższe planety, szczególnie te, które osiągają ascendent w chwili narodzin człowieka. To przekonanie było zdumiewająco bliskie kultowi słońca w starożytnym Egipcie, wiążącemu się przede wszystkim z panowaniem Amenhotepa III i jego następcy Echnatona (Amenhotepa IV). Egipska kosmogonia solarna Słowackiego ma swój początek, swój świt, w opisywanej przestrzeni w okolicach wielkich piramid w Gizie. Jak wiadomo poeta trafił tam z początkiem listopada 1836 roku. Zachwycał się egzotycznymi widokami, wdrapał się nawet na szczyt piramidy Cheopsa a stamtąd patrzył na niedaleki Kair i piaski pustyni. Opis tego świata zaczyna się od zamilknięcia przyrody, gdy wiatr przestaje wiać, a światło albo dopiero narasta i tężeje, albo powoli przygasa, tworząc przepyszny krajobraz z palmami i wielkimi trójgraniastymi budowlami grzebalnymi: Nie szumi liść, nie szumi gaj,/ Jakie niebo, jaki kraj!/ Z cegieł stoją wielkie góry,/ A na cegłach leżą chmury. To jest chwila dziwnego zamilknięcia żywiołów, gdy ustający wiatr przypomina bezdech, potęgowany ogromną wilgotnością powietrza, brakiem tlenu. Wraz z tym przycichaniem potężnej siły, maleje dynamika postrzeganej i opisywanej przestrzeni, ustają też efekty dźwiękowe, szum liści, odgłos gajów oliwnych; wraz z zamilknięciem wiatru, ustaje na chwilę ruch w przestrzeni. Poeta wykorzystuje ten moment by zaczepić w niej swój mit kosmogoniczny, tak tutaj udanie skojarzony z systemem egipskich mitów eschatologicznych. Bo przecież ziemia, reprezentowana tutaj przez  elementy,  kamienie (cegły), z których zbudowano piramidy, jest też rodzajem ostatecznego grobowca, przez który faraon przeszedł do wieczności. Zarazem ów grób kamienny, geometrycznie doskonały, jest sztuczną górą, na której w wyobraźni poety, i zapewne w realnym świecie, kładą się obłoki, cząstki krajobrazu tyleż przynależne do żywiołu powietrza, co do systemu elementów akwatycznych. Nie zapominajmy też i o tym, że jest to część pieśni śpiewanej na Nilu, a zatem słowa padają jakby w przestrzeni ze wszystkich stron obwarowanej wodą. To wystarczy by potem, wychodząc z pozycji chepry, podążać, wraz ze Słońcem poprzez stan Re, aż do chwili Atum – w wierszu Słowackiego światło rodzi się, tężeje, przeobraża się w jasność najintensywniejszą, oślepiającą, nie pozwalającą zawiesić wzroku na koronie Słońca, aż wreszcie traci swoją moc, przeobraża się i przemienia krajobraz, w miejsce oblane czerwienią, gamą odcieni różu, złota, oranży i żółcieni. Dla nas jednak ważne w tej chwili jest wyraziste wskazanie początku poetyckiej, egipskiej kosmogonii solarnej i zarazem wyodrębnienie się subtelnego światła, inicjującego stworzenie – świtu świata i świtu kosmogonii. Zauważmy, że w dialogu pomiędzy poetą i Arabem padają ważkie słowa : Co zamyślasz? czy ty śnisz?/ Gdy uczują ptaki krzyż,/ Świty białe, wschodu róże,/ Rozlecą się po lazurze. Słowacki znajduje w wierszu pojemny ekwiwalent słowny dla świtów rozgrywających się w krainach Orientu, nazywa je po prostu białymi, a potem potęguje to ascetyczne określenie, zderzając je z wykwintem porównania do róży wschodu. Takie zderzenie prostoty i złożoności symbolicznej daje zdumiewający efekt, tworzy aurę prawdy naturalnej, otwierającego się wielkiego spektrum światła i przestrzeni, zaczepienia kosmogonii w chwili wyraźnie wskazanej i dookreślonej metaforyką romantyczną. To jest charakterystyczne dla Słowackiego dopowiedzenie i dookreślenie, które jest też rozbiciem świata w pył, zburzeniem tego co utwierdzone przez mgnienie, co musi – zgodnie z romantyczną zasadą nieustających pulsacji, powtarzających się cyklów światła i przestrzeni – pęknąć, rozlecieć się po lazurze, stać się raz jeszcze cząstką, światłem przepuszczonym przez pryzmat romantycznej świadomości poety.

Jeszcze głębiej sięga solarna inicjacja kosmogoniczna w wierszu pt. Do Teofila Januszewskiego, gdzie siłą retrospekcji wraca Słowacki do pobytu z wujem w Neapolu, w czerwcu 1836 roku. Poeta poddaje się, wymuszonemu przez podróż do ciepłych krain, przemieszaniu pór roku i zakłóceniu rytmu biologicznego. Otwieranie przestrzeni, odsłanianie jej wraz z nasilającą się operacją słońca, skorelowane zostało ze zbliżaniem się statku do brzegu. Gdy jest coraz jaśniej, krajobraz afrykański staje się dla oka coraz wyrazistszy, tak i tutaj, podczas dopływania do lądu elementy świata stają się coraz lepiej rozpoznawalne. Wszystko zaczyna się na chwilę przed wschodem słońca i łatwo możemy sobie wyobrazić zjawiskowy charakter przestrzeni morskiej i, potężniejącego z każdą chwilą, brzegu. Po jednej stronie nieba jeszcze panuje mrok, przeistaczający się w granatowe plamy chmur, mgieł, oparów, a po stronie drugiej, błyskawicznie, jak zwykle w krainach egzotycznych, pojawia się światło, rozszczepione nad horyzontem przez powietrze. Barwy zmieniają się dosłownie z chwili na chwilę, czerwień i purpura, blady lazur i refleksy jaśniejszych promieni, powodujące, że palma na brzegu „nabiera kształtu”, wyglądu marmurowego, dostojnego i tajemniczego. Także inne elementy krajobrazowe – wiatraki, a może, tak metaforycznie nazywane, zdające się kręcić w powietrzu, refleksy światła: Nad tym brzegiem, a z twarzą, jak ją widzę co dnia,/ Leżała nie splamiona purpura przedwschodnia;/ Na niej stada gwiazdeczek bladego lazuru –/  I jedna tylko palma na prawo z marmuru,/ Otoczona rojami nie śpiących wiatraków. Niebo staje się wielkim przezroczem, na którym widać wyraziście stada wędrownych ptaków, wijące się, swobodnie łączące się w łańcuchy i będące jakby symbolem poety i jego wędrówki. Tak jawi się pierwszy świt afrykański Słowackiego, a zarazem ów moment, kiedy zaczyna on budować w wyobraźni, a potem w słowach, na papierze, konstrukcje mniej lub bardziej oświetlone, mniej lub bardziej wizualne w poświatach wschodzącego słońca. Na dobrą sprawę mamy tutaj też do czynienia z przełamywaniem się solarystycznego mitu biblijnego, albo może powracaniem mitu krainy piramid, jako pierwotnego, wyprzedzającego Biblię. Wyobraźnia poety  „poczyna” ląd afrykański z ciemności, z głębin chaosu, i tworzy obraz trójwymiarowy, coraz bardziej kontrastowy, coraz piękniejszy: W przezroczu nieba stada wędrujące ptaków,/ Tak, jak je ręka boża w jeden łańcuch sprzęże,/ Przede mną w czarne, długie wiązały się węże…/ Tak mi się ukazały afrykańskie brzegi,/ Smutne, obumarłymi południka śniegi/ Zasypane, pod nieba sklepionego łuną,/ Długą i rozciągniętą położone struną./ Z niej jak z boskiego łuku na niebieskie stropy/ Strzał słonecznych wiązane wypadały snopy. I choć dalej mamy opis ludzi, jakby przybliżonych przez imaginację poetycką, to nie oni są tutaj najważniejsi, o wiele silniej kładzie przecież poeta nacisk na kosmogoniczny charakter świtu, na siłę światła słonecznego, wydobywającego z ciemności kształty.

Słowacki patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma i dostrzega to, o czym inni nawet nie zdają sobie sprawy. Jego wzrok jest na usługach wyobraźni stwarzającej i nieustannie staje z nią w zawody. I choć obcuje z pięknem realnego świata, choć chłonie wielość barw, kształtów, wielość struktur, począwszy od ubarwienia niewielkiego owada, a skończywszy na przeogromnych panoramach morskich i lądowych, to jednak ustępuje pola imaginacji, która świat tworząc za każdym razem od podstaw, może go dowolnie, wielorako modyfikować, przekształcać dla potrzeb wiersza, poematu, dramatu. Wtedy staje się wyobraźnia poetycka lustrzanym odbiciem procesów kosmogonicznych, znanych z wielu mitów. Poeta stwarzając swoje poetyckie słońce, jakby konstruuje je z wielu cząstek naraz – przede wszystkim z utrwalonego w pamięci i stale odnawianego obrazu ognistej kuli, ale też dopełnia swoje opisy jakby cząstkami uczuciowymi; kiedy tego wymaga sytuacja liryczna, wprowadza element lęku, solarnej grozy, majestatu kosmicznego. Innym razem jakby sprowadza słońce do rangi refleksu, ledwie ciepłego płomyka, który ogrzewa jednostkę albo całą ludzkość. Ważne też tutaj są barwy – od największej jaskrawości, czyli oślepiającej bieli, do tonacji ciepłych, widzianych każdego dnia o świecie bądź o zmierzchu, a wreszcie do rozmyć walorowych, lazurów, niebieskości, różów i fioletów. Często też słońce staje się złotym kręgiem, który w sposób szczególny lśni pośród mgieł. Tak jest w wierszu pt. Piramidy, gdzie rzeczywistość egipska, w świadomości poety i w wierszu, raz jeszcze odsłania się wraz z brzaskiem.
Jakże subtelnie opisuje poeta owe różowe, czasem niebieskawe, podświetlone od spodu chmury; widziane o świcie i wraz z podwyższaniem się temperatury powietrza, wraz z coraz jaśniejszym słońcem, odchodzące gdzieś za horyzont. Liryka Słowackiego w swej subtelności osiąga poziom rzadko spotykany w poezji światowej, jest tak plastycznym i wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, że staje się jakby nową kosmogonią nowego świata. To jest branie z widzialnej przestrzeni tego, co najlepsze, to jest odbijanie i nieustanne generowanie. Ten proces dookreśli poeta wyraziście we Wstępie do III tomu Poezyj: szczęśliwy, kto w ogniwie duszy własnej najwięcej promieni połączy i odbije. To jest rodzaj „przepracowania” świata siłą wyobraźni kosmogonicznej, to element pierwotnego mitu, który wyciska swoje piętno nawet na najbardziej idyllicznie przedstawionej przestrzeni. Równie dobrze w takiej scenerii mogą pojawić się centaury, gryfy i jednorożce, jak i oślątko, na którym poeta wyjeżdża z Kairu.

Słońce stojące w zenicie, oślepiające, miotające najdłuższe i najbardziej zabójcze promienie symbolizuje monarchę absolutnego, faraona w pełni chwały, dumnie patrzącego na poddanych i prześwietlającego wzrokiem ich zamiary. Światło, tak tronującego słońca, przepala i ożywia, rysuje wyraziste kształty w przestrzeni otaczającej obserwatora, a zarazem, ogrzewając powietrze, powoduje jego ruch, zachwianie oddalonych obrazów, fatamorganę. W takim żarze rozgrywa się kosmogonia ostateczna i świat staje się rodzajem tygla alchemicznego, ustawionego sztywno w bliskości płomienia – naczynia, w którym dochodzi do rozszczepienia kawałków na drobiny, cząsteczek na komórki, zamiany stanów, substancji twardych w płynne. Gdy słońce „świeci” w „zenicie wiersza”, te mechanizmy ze świata realnego przechodzą na psychikę i wyobraźnię poety, czynią liryk równie podatny na działanie symbolicznego światła, jak podatny był na nie realny Egipt. Słowacki, jako byt nadwrażliwy, odsłaniający swoim jestestwem ogrom kosmicznych uwikłań i uzależnień żywego ciała w przestrzeni, odtwarza świat realny i odtwarza w wierszu pierwotny mit solarny, w którym stwarzanie jest jakby samą istotą egzystencji. Tylko w pełnym świetle kolory są wyraziste, a kształty oddzielone, wyodrębnione w natłoku szczegółów i nawet to, co odległe, jawi się jako skończone, doskonałe, nakreślone boską ręką: Za Nilem widać było zieloną równinę;/ Po obu stronach domki białe, pełne krasy;/ Za domkami dwa wielkie daktylowe lasy,/ Między lasami przestwór i na tym przestworze/ Trzy piramidy – dalej żółte piasków morze/ I niebo blade – czyste jak Ptolomeusza/ Krąg z kryształu… Na oczach usiadła mi dusza… Wszystko wyraziste, wyodrębnione w świetle i dzięki światłu, szeroki Nil, a za nim zielona równina, białe domki, daktylowe lasy, wielka pusta przestrzeń, pośród której górują piramidy, a jeszcze dalej pozbawione błękitu, rozświetlone, blade niebo, swoją przezroczystością przypominające wielki ptolomejski kryształowy krąg. Widać tutaj jak zenitujące słońce zatraca się w wybuchu światła, jak zanika, rozpływa się w nicości i przezroczystości. Nerwy wzrokowe nie są w stanie stanąć do konfrontacji z taką przemocą świetlną, która ma w sobie element fundujący nową rzeczywistość. Dlatego poeta na chwilę znosi obowiązującą teorię heliocentryczną i zastępuje ją geocentryczną. Świat wraca do stanu znanego Egipcjanom, staje się okręgiem, okrytym kryształową kopułą. Górujące słońce oślepia, wyłącza zmysł wzroku i wtedy jego rolę zaczyna pełnić dusza, która pławi się w tym świetle i wszystko przeczuwa, wszystko dookreśla, wszystko umieszcza na odpowiednim poziomie kosmogonicznym, we właściwym dla danego utworu przestworze metaforyczno–symbolicznym. Poeta, tak samo jak cała egipska przyroda, jak całe królestwo faraonów, podlega tutaj prawom władczego słońca, nieustannie dyfrakcjonującego materię – dlatego czuje jakby roztapiał się w tej rzeczywistości, jakby tonął w piasku pustyni, a zarazem w tym gorącym powietrzu, w tej przestrzeni rozżarzonej do czerwoności. (…)

MAREK HŁASKO

Przy okazji opisów zdarzeń, związanych z dwusetną rocznicą śmierci Juliusza Słowackiego, umknęła mi inna ważna data – czterdzieści lat temu zmarł autor mojej gniewnej młodości – Marek Hłasko. Niegdyś lektura jego opowiadań i powieści była ważnym przeżyciem dla mnie. Oto skromny hołd dla tamtych zauroczeń i niezwykłych chwil z jego bohaterami, w jego światach, w jego przepaściach…

hlasko6 Lektura opowiadań Marka Hłaski natychmiast zwraca uwagę na wyrazistą konstrukcję i naturalną lekkość tej prozy. Pisarz uzyskuje takie efekty, jakby mimochodem, przy okazji niezwykle żywiołowej, wciąż podążającej do przodu, narracji. Czytelnik z impetem wkracza do jego światów i pozostaje w nich, bo jest przekonany, że to, o czym czyta, rozegrało się naprawdę, a ludzie – choć stanowią część utworu literackiego – kiedyś istnieli, byli prototypami, pojawili się w życiu autora. Wszakże Hłasko przez wiele lat był na „pierwszej linii życia”, pracował w wielu firmach jako kierowca i zanim znalazł się w salonach literackich, miał do czynienia z ludźmi prostymi, uczestniczył w ich spotkaniach, bachanaliach, nie stronił od bójek. To były jego przestrzenie obserwacji – grupy społeczne, które penetrował swoim analitycznym umysłem, a potem odzwierciedlał w dynamicznych opisach, w narracjach, dialogach i niespodziewanych puentach, w prozie nie pozbawionej nutki liryzmu. Ten właśnie liryzm – pisał Artur Sandauer – zwrócił nań powszechną uwagę. Odróżniał go on zarówno od dawniejszej prozy socrealistycznej, dość – nawet w najlepszych okazach – suchej i bezosobowej, jak i od wydanej równocześnie powieści Tyrmanda, gdzie chuligańscy bohaterowie to jedynie przesuwane – stosownie do potrzeb intrygi – marionetki. Postaci Hłaski natomiast miały problematykę osobistą; był w nich jakiś ciemny, desperacki, zaprzepaszczony liryzm, przypominający chwilami Jesienina. Ów nastrój alkoholiczno-kabaretowy łączył się jednak nadspodziewanie z bardzo chłodną i trzeźwą obserwacją – rodem z powieści amerykańskiej. Ta kombinacja Jesienina z Hemingwayem stanowiła o specyfice i oryginalności opowiadań Hłaski. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy królowała literatura socrealistyczna, a literaci pisywali książki, które mogliby sprzedawać i podpisywać na wielkich targach księgarskich, przed Pałacem Kultury im. Józefa Stalina, Hłasko szedł swoją drogą i nie zwracał uwagi na obowiązujące stereotypy, nie godził się na wtłoczenie w jakieś obowiązujące ramy. Z tego powodu miał liczne kłopoty i zatargi, które spowodowały, że w końcu wyemigrował z kraju i pozostawał za granicą do końca życia. Był „głodny życia” i nieustannie wkraczał w nowe, coraz mroczniejsze rewiry, osiągał przy tym niespotykaną dotąd w literaturze polskiej i rodzimej prozie, umiejętność mówienia o rzeczach błahych i wielkich zarazem, o ludziach prostych, zdegradowanych przez społeczeństwo i tych, którzy wznoszą się na wyżyny, uwalniają od uwikłań, próbują za wszelką cenę coś osiągnąć. Niestety recepcja Hłaski stale pozostawia wiele do życzenia – jak pisze Jerzy Jarzębski: Coś niedobrego stało się z Hłaską: legenda biograficzna przyniosła mu po śmierci zysk mniejszy, niżby można oczekiwać. To prawda, że po latach oficjalnej anatemy niektóre jego książki zwrócono krajowemu czytelnikowi, fascynuje się nim młodzież, ale czy go dobrze rozumie? Czy mit osobisty autora nie przesłonił samego dzieła. Trudno odpowiedzieć, zanim młode roczniki krytyków nie chwycą za pióro, by dać własną próbę egzegezy tej twórczości. Publikowane dotychczas szkice (…) nie napawają zbytnim optymizmem; nie dlatego, że jedni aprobują Hłaskę bez zastrzeżeń lub zgoła budują mu ołtarzyki, inni zaś reagują z rezerwą czy nawet alergicznie – pisarz na takiej polaryzacji sądów nigdy nie traci. Gorzej, że – jak się wydaje – niewiele się te przeciwstawne sądy różnią od stanowisk artykułowanych w latach pięćdziesiątych, co by znaczyło, że nie udało się na razie odczytać na nowo Hłaskowego dzieła, które przecież uległo na emigracji znaczącym przemianom, stało się w wielu punktach jaśniejsze, bardziej klarowne w artystycznych i światopoglądowych założeniach. Przyjrzyjmy się kilku znanym opowiadaniom Hłaski, zgromadzonym w 1982 roku w tomie pt. Namiętności, gdyż stanowią one jakby swoisty „wyciąg” z tego pisarstwa i w znakomity sposób ilustrują zarówno metodę twórczą, jak i umiejętności literackie autora Bazy Sokołowskiej.

Niewielkie opowiadanie pt. Pierwszy krok w chmurach dało tytuł niezwykle popularnemu wydaniu w 1956 roku krótkich form prozatorskich Hłaski. Książka ta została wyróżniona Nagrodą Literacką Wydawców i w ciągu dwóch lat miała trzy wydania – zapoczątkowała też legendę pisarską i życiową „polskiego Jamesa Deana” i – paradoksalnie – przy wielkim histerycznym wrzasku „widowni”, przyczyniła się do opuszczenia przez niego Polski. Często mamy w polskiej krytyce literackiej do czynienia z uproszczeniami i spłyceniami, z utożsamieniami, które wygodne są dla recenzującego czy próbującego sklecić prosty szkic o jakiejś wielowymiarowej twórczości. To nieustające zaniżanie wartości utworów i wtłaczanie autorów do światów, które opisywali, które uczynili swoim literackim imago, dotknęło wielu twórców, żeby wspomnieć tylko Edwarda Stachurę, Rafała Wojaczka czy Ryszarda Milczewskiego-Bruna, a z prozaików Jana Himilsbacha, Zygmunta Trziszkę, Marka Nowakowskiego, a także wielu młodszych autorów, z pokolenia Nowej Fali czy Nowych Roczników. Pierwszy krok w chmurach to opowieść o nudzie w wielkim mieście, w którego centrum nic się nie dzieje, a prawdziwi „obserwatorzy” pojawiają się tylko na obrzeżach. Zauważmy jak celnie to Hłasko opisuje i jak wiele podaje informacji o świecie, w prostym – zdawać by się mogło – przybliżeniu typów ludzkich: Obserwatorów można spotkać jedynie na przedmieściu. Życie przedmieścia zawsze było i jest bardziej zagęszczone; na przedmieściu w każdą sobotę, kiedy jest pogoda, ludzie wynoszą krzesła przed domy; odwracają je tyłem i usiadłszy okrakiem, obserwują życie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona genialnego obłędu; czasem siedzą w ten sposób przez całe Zycie i nie widzą nic prócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umierają z głębokim żalem do świata, z przekonaniem o jego szarzyźnie i Nidzie, gdyż rzadko kiedy przyjdzie im myśl, że można podnieść się i pójść na sąsiednią ulicę. Obserwatorzy życia na starość stają się niespokojni. Miotają się, patrzą na zegarki; jest to jeden z śmiesznych nawyków starych ludzi – pragną ratować czas. W pewnym okresie chciwość życia i wrażeń staje się u nich silniejsza niż u dwudziestolatków. Dużo gadają, dużo myślą: uczucia ich są dzikie i tępe zarazem. Potem gasną szybko i spokojnie. Umierając wmawiają wszystkim, że żyli szeroko. Impotenci chwalą się sukcesami u kobiet, tchórze – bohaterstwem, kretyni – mądrością życia. Czyż można sobie wyobrazić dosadniejsze określenia i zjadliwszą krytykę ludzkich zachowań – trudno nie zrozumieć wielu ludzi z różnych kręgów, którzy poczuli się obrażeni i odwrócili się od pisarza. Ale na tym właśnie polegała metoda twórcza Hłaski, która była nieustającym ciągiem demaskacji – ukazywania ludzi takimi, jakimi byli, bez upiększeń, a raczej ze wzmocnieniem cech negatywnych. W omawianym opowiadaniu takim obserwatorem jest malarz pokojowy Gienek, który zostaje zaproszony przez sąsiada Maliszewskiego do odbycia wyprawy ku pobliskim ogródkom działkowym, gdzie w pustym domku para młodych ludzi umówiła się na spotkanie i zaczęła uprawiać seks. Mężczyźni ruszają ku celowi, ale po drodze jeszcze zgarniają kolejnego zainteresowanego – tym razem Heńka. Rozmowy jakie prowadzą w drodze i po dojściu do ogródków są doskonale przezroczyste, niczego nie wnoszą do świata, niczego ogólnego nie komentują, są rodzajem „przypisów” do mętnej, dziwacznej rzeczywistości. Ich pojawienie się w opowiadaniu ma charakter użytkowy, bo w ten sposób autor ukazuje beznadzieję tych ludzi. Ale słownictwo, sposób mówienia, poruszanie błahych spraw, jest najlepszą charakterystyką, mówi więcej o nich, niż długie i szczegółowe opisy. Czytelnik wnikając w tę rzeczywistość, staje się jednym z nich, wraz z nimi podąża ku altanie i przygląda się parze młodych ludzi, odpoczywającej po odbytym stosunku płciowym. Zdawać by się mogło, że to wszystko – jacyś prymitywni obserwatorzy popatrzą, coś skomentują i szybko oddalą się. Ale w świecie opowiadań Marka Hłaski nie ma prostych rozwiązań – raczej spodziewać się możemy, że owa „lekka narracja” jest zapowiedzią jakiejś komplikacji. Mężczyźni uznają, że dla młodej kobiety był to jej  „pierwszy raz” i w komentarzach po zdarzeniu pojawi się zasłyszane określenie Maliszewskiego: pierwszy krok w chmurach. Nie wiadomo dlaczego, para ta drażni przybyłych tak bardzo, że szybko wszczynają zaczepkę, która kończy się niewielką bójką i odejściem zakochanych. Mężczyźni są wyrzutkami społeczeństwa, nie mają żadnego celu życiowego, a psucie czegoś, co jest intensywne i związane z uczuciami, sprawia im radość i wręcz jest imperatywem ich życia. Im się nie udało, mają grube, stare żony, nie dorobili się fortuny, nic im w życiu nie wyszło, nikt ich nie uznał za wyjątkowych, to dlaczego ma coś udawać się innym ludziom. Teraz uspakajają się, bo już zepsuli, co było do zepsucia i są pewni, że więcej już nie dojdzie do zbliżenia chłopaka i tej dziewczyny. „Pierwszy krok w chmurach” – pisze Zbigniew Jarosiński – najlepiej zarysował model uczuciowości, jaki wspólny był prozie młodych. Mówił o inicjacji w życie dojrzałe. Polegała tu ona na tym, że wewnętrzna czystość bohatera i jego potrzeba pięknego przeżycia stają się przedmiotem agresji obcych, dorosłych i zostają poniżone; pozostawała mu nienawiść do zła i brudu świata, ale też pragnienie odwetu, które będzie prowadziło do upokarzania innych, jeszcze nie znających reguł życia. Bohaterowie opowiadania wracają zatem do przezroczystych rozmów o niczym, komentują to, że zanosi się na deszcz, nie mają żadnych pragnień, niczego od życia nie oczekują – zepsuli coś ładnego, coś, co było prowokacją w ich szarym, jednowymiarowym świecie, ale nie mogą zapomnieć urody dziewczyny i chyba najgorzej czuje się Gienek, który Skrzywił się: raz jeszcze pomyślał o swojej ohydnej żonie, o chłopaku, o dniu jutrzejszym, o ślicznej dziewczynie, o jej długich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, świeżych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przerażonych oczach i powtórzył bełkotem, gdyż musiał coś powiedzieć: W niedzielę zawsze pada deszcz… Widzimy tutaj jak umiejętnie kontrastuje Hłasko ów matowy, bezbarwny świat chuliganów i włóczęgów z barwną rzeczywistością tych, którzy kierują się uczuciami.

Opowiadanie pt. Krzyż to narracja o odwiedzinach ojca i matki w więzieniu. Jadą oni wiele godzin pociągiem, by po raz ostatni spotkać się z synem, skazanym na karę śmierci. Autor ukazuje tutaj absurdalne spotkanie trzech prymitywnych wymiarów życia – z jednej strony są prości i zakłamani rodzice, z drugiej – niewykształcony, przybity myślą o śmierci mężczyzna, no i wymiar trzeci: strażnicy i groteskowa egzystencja w więzieniu. Hłasko nie mnoży opisów, raczej – tak jak we wcześniej omawianym opowiadaniu – przy budowie charakterów i postaci, posługuje się dialogami, slangowymi lub gwarowymi wypowiedziami i najprostszymi elementami opisowymi. O skazanym dowiadujemy się tylko, że miał spękane, spracowane ręce, a także, że Był wysoki i krępy, twarz miał okrągłą; ostrzyżone przy skórze ciemne włosy czyniły ją jeszcze bardziej podobną do kuli. Reszty możemy się tylko domyślać, a dopiero puenta utworu odsłania jego przewinę – zamordowanie dziewczyny na polecenie ojca. Jako dobry syn, całuje rodziców w ręce i nie przyznaje się do tego, że wykonał wyrok apodyktycznego starca. Bezwolnie, w oszołomieniu i depresji godzi się na śmierć, tak jak godził się na bezsensowne życie. Tutaj, także mamy do czynienia z przezroczystymi dialogami, które mają potęgować dramatyzm sytuacji i przydawać cech charakterologicznych bohaterom. Chłopak rozmawia z klawiszem więziennym o przepalonej żarówce i o tym, jakie to teraz marne produkują, jak łatwo się przepalają – rodziców natomiast pyta o przesiadkę podczas podróży i o sąsiada Sidorowicza. Dowiaduje się, że padł u niego koń i nie wiedząc, co ma powiedzieć, wygłasza coś na kształt maksymy: Z koniem trzeba delikatnie. Ojciec i matka, po wyjściu z więzienia, rozmawiają o synu jak o kimś już zmarłym. Choć do egzekucji są jeszcze trzy dni, to oni już traktują sprawę jako zamkniętą – starzec komentuje: Dziecko było z niego dobre. Nic nie powiedział, że ja mu kazałem. Nic – aż do końca. Tak, zdumieni dowiadujemy się, że to on był właściwie sprawcą całego nieszczęścia i namówił syna do zbrodni. Nie czuje się winny, a wręcz tłumaczy wszystko potrzebą zachowania dobrej opinii u sąsiadów: Ja bachora w domu nie potrzebuję. – Potrząsnął pięściami. – Tymi rękami dorobiłem się wszystkiego – ziemi, domu, żony. Ja na stare lata wstydem świecić nie będę. Zgrzeszyli – ich sprawa. Miał się ożenić z dziadówką? Co ona miała? Co warty człowiek bez ziemi? Nic, tyle co śmieć, może nawet tego nie. Chciałem dla niego dobrze. Ja mu powiedziałem, żeby ją położył koło konia: niech będzie, że to koń ją kopnął. A on się po tym wszystkim przestraszył; uciekł i zostawił siekierę. Ja miałem dla niego żonę w Zawadowie. Miałby dom, i ziemi kawał. Ale on wolał tę. Musiał zrobić po mojej woli. Dobry był z niego dzieciak. I nic nie powiedział. Synowskie posłuszeństwo miał. Starzy ludzie mają tylko jedna pretensję do syna, że w więzieniu nie zgodził się klęknąć i przyjąć błogosławieństwo od ojca. Matka nie komentuje wyjawionej przez męża prawdy, a jedynie zastanawia się dlaczego syn nie chciał ukorzyć się przed krzyżem. Oboje nie zauważają fałszu swoich zachowań, nie dociera do nich to, że syn – w obliczu śmierci – spostrzegł ich zakłamanie. Godząc się na rolę kozła ofiarnego, nie pozwolił poniżyć się raz jeszcze, nie chciał też desakralizować krzyża. W opowiadaniu tym, jak często w prozie Hłaski, pojawia się wiele znaków diakrytycznych, spośród których szczególną role pełni średnik. Zawiesza on akcję w pewnym punkcie i pozwala na niezwykłe przyspieszenie w następnej części zdania lub całego akapitu. Nasz prozaik nader często stosował tego rodzaju zabieg, co spotkało się z zarzutem, że nie potrafi zapanować nad zdaniem. Nie jest wszakże to prawdą, bo autor ten jest prawdziwym mistrzem giętkiej polszczyzny, która pod jego piórem staje się jasna i klarowna, a nade wszystko zyskuje walor polifoniczności, szerokiego oddziaływania w wielu zakresach semantycznych. Niezgoda bohatera opowiadania na jeszcze jeden fałsz, jego bunt przeciwko ojcu, wpisuje się w ciąg modelowych sytuacji, pojawiających się w kolejnych opowiadaniach. Zbigniew Jarosiński konstatuje, że Hłasko: Przedstawiał życie pełne brudu, gwałtu, udręki, niesprawiedliwości, ale zarazem nęcące swą barwnością i stanowiące teren wielkiej przygody. Rysował środowiska wegetujące bez nadziei, złożone jednak z postaci malowniczych, z szaleńczą fantazją prowadzących swoją grę z losem. Mówił o miłości zawsze zbrukanej i daremnej, ale też zawsze będącej czymś wyjątkowym i porywającej pięknem uniesienia. Tworzył rozmaite wersje bohatera przegranego, lecz jednocześnie ciągle na nowo rzucającego światu wyzwanie. Taki sprzeciw może się pojawić nawet w obliczu kary śmierci, nawet w sytuacji tak absurdalnej, jak ta, w której znalazł się bohater tej krótkiej formy – z jednej strony pragnący chronić ojca, a ze strony drugiej, akcentujący niezgodę na jego świat i jego „wartości”.

Kolejną zdarzenia skrajne i mające w sobie też wiele czystego absurdu, znajdziemy w opowiadaniu pt. Namiętności. Mamy tutaj do czynienia ze znudzonym życiem lekarzem i atrakcyjną pielęgniarką. Ich bezbarwne, momentami sarkastyczne i bezsensowne rozmowy, rozgrywają się w obliczu człowieka, który właśnie umiera na łóżku obok, w wyniku podjętej próby samobójczej. Lekarz, który w swojej praktyce miał wiele razy do czynienia z takimi przypadkami, jest znudzony i wręcz zły na tego człowieka. Okłamuje go, że jest szansa na jego uratowanie, a po szybkim zgonie tak komentuje jego decyzję: „Wiele po tobie zostało – pomyślał i uśmiechnął się. – Widzisz, mój zasrany Werterze, tylko tyle. Czy zrobiłbyś to, gdybyś wcześniej mógł przypuszczać, że tak to wygląda? Zrobiłeś swojej wybrance kolosalną reklamę, będzie teraz miała noc w noc kupę radości, będzie opowiadała o tobie nowym przyjaciołom, nie dla każdej kobiety człowiek przecież wali sobie w łeb, będzie więc opowiadać o tobie nawet w chwili orgazmu, mój zasrany Werterze z powiatowego miasta, a ja, chociaż przyjaźniłem się z tobą od pięciu lat, nie jestem w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że mi się piekielnie chce spać, i że nic mnie nie obchodzi ta odrobina plotek, pogardy, żalu i wspomnień, która pozostanie po tobie. Jedyne, co ci mogę obiecać, to to, że jak będę robił twojej Lotcie skrobankę, to postaram się, aby pokrzyczała sobie trochę. Już teraz wolno to robić, więc nie będę potrzebował jej uciszać ani zakładać maski. Czy pomyślałeś o tym? Trochę plotek. Trochę wspomnień, w których zawsze będziesz inny, niż byłeś naprawdę. Ale nie miej złudzeń; zrobię wszystko, aby zapomnieć o tym jak najprędzej. Czy pomyślałeś o tym wszystkim, mój Werterze?” Lekarz patrzy na życie poprzez filtr subiektywnych doznań i zawodowej znieczulicy, która powoduje, że nawet przyjaciel staje się jedynie ciałem, które albo się naprawia, albo usuwa ze szpitalnego łóżka, po zejściu śmiertelnym. Owo zapomnienie będzie miało wydźwięk karykaturalny i absurdalny, gdy po zabraniu zwłok przez pielęgniarzy, lekarz na tym samym łóżku, już na nowo zasłanym, „przeleci” pielęgniarkę. Zdaje się, że Hłasko świadomie tak konstruuje swoje fabuły, by zszokować czytelnika – wybiera z zachowań ludzkich skrajności i czyni z nich regułę. To, co rozgrywa się w oddaleniu i rozproszeniu, w dużych skupiskach ludzkich, pisarz „zagęszcza”, wydobywa na światło dzienne i ukazuje jako modelowe zachowania człowiecze. Tutaj śmierć zostaje zdehumanizowania, staje się takim samym zdarzeniem jak stosunek płciowy, zostaje wtłoczona w ciąg nieistotnych i chwilowych faktów, jakich wiele w życiu, jakie stanowią jego tkankę i materię wewnętrzną. Liczy się tylko ulotna przyjemność, a w jej perspektywie wszystko zanika, maleje, nawet śmierć karleje i traci swoją groźną wymowę. Choć siostra ma wyrzuty sumienia, to w końcu tak ocenia czyn samobójcy i innych, jemu podobnych: – Ludzie robią takie głupstwa (…) – zabijają się i diabli wiedzą dlaczego. Temu zabrakło pieniędzy, ten wyleciał z pracy, tego skądś tam wyrzucili, a przedwczoraj jeden stary człowiek zgubił bilet miesięczny na kolejkę i to go tak rozzłościło, że się upił i poderżnął sobie gardło brzytwą. Do licha z tym wszystkim. To zdarzenia ze szpitala, ale w opowiadaniach i powieściach Hłaski, wiele jest takich modelowych zachowań ludzkich. Ukazują one bezduszność i zakłamanie człowieka, obnażają jego głupotę i prymitywizm, przydają ironicznych kontekstów temu, co ludzkość uznała za święte, wzniosłe, niepowtarzalne i wyjątkowe. Dla takich ludzi jak ów lekarz i jego pielęgniarka, nie ma znaczenia, czy ktoś umiera, czy jest poddawany operacji, to wszystko ludzkie   p r z y p a d k i,  najczęściej beznadziejne, czasem tylko powstrzymywane na chwilę przed śmiertelnym zejściem. Oto ironiczna wersja horacjańskiej maksymy carpe diem – cóż wrażliwy człowiek ma robić, musi się do niej stosować, i bohaterowie opowiadania korzystają z nadarzającej się możliwości, zbliżają się do siebie i ani im w głowie mieć wyrzuty sumienia. Choć pielęgniarka czuje się w pierwszej chwili nieswojo, ma stale w pamięci umieranie, które rozegrało się na tym łóżku, przed niespełna godziną, to jednak potwierdza, że „było dobrze”, a to przecież jest najważniejsze. To takie fabuły i narracje jak ta powodowały, że krytyka zachowywała się ambiwalentnie – jak wskazuje Jarzębski: Pochwały odmierzano mu skąpo, a nawet z pewnym zażenowaniem. Fascynował, bo politycznie niepokorny, zbuntowany przeciw społeczeństwu, władzy, ideologii; jako pisarz bulwersował nieco histerycznym tonem, jaskrawą paletą barw, sytuacjami i postaciami, które często gęsto ocierały się o banał i sztampę. Mówiąc głośno: „Ciekawe!”, „Drapieżne!”, „Świadectwo czasów!” – dodawano ciszej: „ale przerysowane, efekciarskie, kiczowate…” W samej rzeczy niewiele zmienił się obraz Hłaski w krytyce od czasu nieprzychylnego werdyktu Sandauera z 1958 roku. Przypomnijmy: Sandauer przestrzegał wtedy utalentowanego młodzika przed ześlizgnięciem się w łatwiznę; pochwaliwszy go z początku za poetycka wrażliwość połączoną z ostrością widzenia (w debiutanckim tomie) zganił następnie hołdowanie modzie i „czarny schematyzm”. W świecie utwierdzonych, socjalistycznych i socrealistycznych wartości zbuntowany prozaik był jak wyrzut na sumieniu polskiej prozy i rodził reakcje, które dzisiaj zaklasyfikować należy w przedziale od niezrozumienia, poprzez prymitywizm lekturowy, aż do zachowań równie absurdalnych, jak te, z omawianych tutaj tekstów.

Wielu krytyków i czytelników uznaje obszerne opowiadanie pt. Pętla za największe osiągnięcie pisarskie Hłaski. Bohaterem jest Kuba, który jest alkoholikiem, walczącym ze swoim nałogiem, ale też stale poddającym się – wciąż pijącym i nie widzącym wyjścia z takiej sytuacji. Kolejne kobiety od niego odchodzą, przyjaciele nie chcą się z nim spotykać, a przygodni kompani, w restauracjach i spelunkach, mają najczęściej ten sam problem i reagują nienawistnie na wszelkie próby sprowadzenia ich z takiej drogi. Kuba znajduje jednak osobę, która pragnie wydostać go z nałogu, zaprowadzić do lekarza, który przepisze odpowiednie pastylki, powodujące wstrząs po spożyciu wódki, wina czy piwa. Jest nią Krystyna, która mieszka dość daleko od bohatera opowiadania i musi do niego dojeżdżać pociągiem. On ma tylko na nią poczekać kilka godzin, do osiemnastej. Niestety, dla osoby uzależnionej, stale łaknącej napojów wysokoprocentowych, jest to droga przez mękę, ponad jego siły. Jeszcze próbuje się ratować, jeszcze chce poddać się terapii, ale po wyjściu do miasta, chcąc nie chcąc trafia do taniej restauracji, gdzie zaczyna pić. Szybko u jego boku pojawia się przygodny towarzysz niedoli – Władek – i zaczyna się kolejna, bełkotliwa, pełna bezsensownych zachowań i gestów, uczta. Mężczyźni o czymś rozmawiają, wygłaszają jakieś tyrady, zachwalają swoje osiągnięcia i możliwości, a wszystko kończy się tak, jak wielokrotnie się kończyło. Finałem jest krwawa bójka, rozbite szkło, brak pieniędzy by zapłacić za alkohol, a w końcu wyrzucenie z lokalu i utrata świadomości. Po jej odzyskaniu, choć z racji ilości wypitych trunków, wątpliwym jest ów stan Kuby, rusza on gdzieś przed siebie, obija się o ludzi, prawie wchodzi pod tramwaj, coś bełkocze, coś mu się przypomina, coś popycha go ku jakiemuś dalekiemu światłu. Wszystko zaczyna mu się mieszać i nagle do jego świadomości wkracza coś, co go prawdziwie przeraża: z oświetlonego domu wyszedł tłum ludzi. Szli ku niemu – czarne niewyraźne postacie bez twarzy i konturów. Wtedy przypomniało mu się wszystko; zrozumiał, że jest już  t a m;  przypomniała mu się rozmowa, którą miał kiedyś niesłychanie dawno – z pewnym człowiekiem w jakiejś knajpie; tamten przepowiedział mu, że znajdzie się kiedyś w pokoju o białych ścianach, zamkniętym na drzwi bez klamki; i że będą do niego podchodzić rozmaici ludzie, dziwne zwierzęta i pokraki. Zrozumiawszy, że dzień ten nadszedł, Kuba zatrząsł się ze strachu i wściekłości. Oparł się o mur i patrzył przed siebie rozszerzonymi oczyma. Rzeczywiście, niektórzy z idących nie mieli głów, inni mieli po dwie; niektórzy nie mieli nóg, płynęli w powietrzu jak okrutne w swej kalekiej brzydocie, niezrozumiałe ohydne ptaki. Szedł ku niemu człowiek-strzyga; człowiek-nietoperz; człowiek o jednym, przeraźliwie krwawym oku, które wypełniało mu całą twarz: czołgał się człowiek-wąż. Kuba spojrzał na jego śliski, łuskowaty tułów pełzający po błocie i zasłonił oczy rękami. „Was przecież nie ma – powtarzał w myśli – was przecież naprawdę nie ma. Otworzę za chwilę oczy i was nie będzie. Otworzę oczy i wyniesiecie się z mojego pokoju. Tak, tak, tak…” Otworzył oczy i zobaczył, że są i idą ku niemu; na przedzie kroczy człowiek z głową małego pieska; idzie wyciągając ku niemu silne, owłosione ręce – wyciągając ręce do jego gardła. Takie zwidy towarzyszą mu w drodze do domu i nie wiadomo, gdzie by w końcu dotarł, gdyby nie zauważył go znajomy taksówkarz i nie podwiózł go do domu. Na schodach siedzi, czekająca na niego, opiekuńcza i zmartwiona Krystyna, która jeszcze nie straciła nadziei. Każe mu położyć się do łóżka, wytrzeźwieć, a rano chce znowu przyjść i w końcu doprowadzić go do lekarza. Kuba zostaje sam, zasypia, śnią mu kolejne majaki i po przebudzeniu w środku nocy, znowu sięga po wódkę, pije z poczuciem przegrania ostatecznej bitwy. Majaki nie opuszczają go, zdaje mu się, że rozmawia z Krystyną i artykułuje liczne pretensje – w końcu zakłada pętlę na szyję. Jeszcze zdejmuje ją, jeszcze się waha, jeszcze próbuje zlizać ze stołu rozlany alkohol, ale gdy wybrzmią trzy umówione dzwonki, raz jeszcze wejdzie na taboret, założy sznur na szyję i odepchnie z rozmachem podporę. Odbierając sobie życie, uwolni się od nałogu i mrocznych zjaw, nie pozwoli też Krystynie opiekować się sobą, bo odbierał to jako rodzaj poniżenia, degradacji męskich cech, tej wielkiej, potężnej siły, jaką dawała mu wódka. Nikt w polskiej literaturze nie opisał pijactwa z takim realizmem i taką wiernością szczegółom, a zapewne nie bez znaczenia były tutaj osobiste doświadczenia pisarza. Co innego jednak życie, a co innego literatura, która rządzi się określonym porządkiem. Jak zauważa Jarzębski: W lustrze literatury, odbijającym jego zmitologizowany wizerunek, umieszcza więc pisarz następne lustra, które sylwetkę ową dalej deformują lub poddają weryfikacji, odbierając jednoznaczność jej rysom. Niezależnie jednak od tego, czy bohaterowie godzą się czy nie z własna kondycją, niezależnie też, czego się sami o sobie z odbić w sobowtórach dowiedzą, nie potrafią żadną miarą zmienić swego losu. W świecie utraconego ładu jedynym trwałym elementem pozostaje treść ich wewnętrznego kompleksu. Jej też – choćby była szalona lub kiczowata – pozostają wierni, aby się nie rozpłynąć w chaosie rzeczywistości i wypełnić swoje przeznaczenie. Można by powiedzieć, że tęskniąc za utraconym ładem moralnym, trzymają się jednocześnie kurczowo  f a b u ł y,  ona bowiem, choćby tandetna, jest mechanizmem służącym do „przetwarzania bezsensu w sens”, do obdarzania strukturą chaosu zjawisk i faktów. Nie ma więc w opowieściach Hłaski żadnego bałaganu, poszczególne wątki akcji składa się i rozwiązuje nader pieczołowicie – i jeśli od początku przewidujemy, jak się rzecz cała zakończy, to w równej mierze jest to „wina” schematu, co wynik zabobonnej po trosze   w o l i   p o r z ą d k u,  charakteryzującej autora. Można powiedzieć, że w obrębie struktur swoich utworów Hłasko jest „bardzo porządny” nie zbuntowany – obszary mroczne wiążą się u niego z fabułami i wyraźnie tendencyjnym doborem bohaterów. Pisarzowi bliscy są ludzie marginesu, pijacy i prostytutki, prości robotnicy i bandyci, napadający w ciemnym zaułku ofiary dla kilku złotych. Poruszając się jednak w takim świecie, nie zapomina autor o zasadach narracji, o związkach i zależnościach fabularnych, a nade wszystko posługuje się elegancką, potoczysta polszczyzną, lekko tylko stylizowaną na knajackie cwaniactwo. Pętla jest zdumiewającą analizą alkoholizmu i upadku człowieka, który nie potrafi zerwać ze swoim życiem, nie ma sił by przeciwstawić się ogromnemu, wciąż w nim obecnemu „pragnieniu”. I nie jest to tylko łaknienie alkoholu, raczej jest to pragnienie destrukcji, nieustannego poddawania samego sobie licznym egzaminom zniszczenia. Picie jest rodzajem anihilacji rozdrażnionej świadomości, jest próba zapomnienia o przepaściach wnętrza, które stale się rozszerzają i nie pozwalają człowiekowi na chwilę oddechu, na przystanięcie w biegu, na zastanowienie się nad sobą. Alkoholik to człowiek, który stale podążą równią pochyłą w dół, i choć czasami się zatrzymuje, podchodzi kilka kroków do góry, chwyta się jakichś nierówności, to koniec końców znowu sunie ku przepaści. Znowu pije! Artur Sandauer nie wzniósł się w analizie tego utworu na wyżyny swojego talentu i stworzył dziwaczną konstrukcję analityczną, z gafą na końcu:  w „Pętli” równowaga między obserwacją a liryzmem uległa zachwianiu – na rzecz bezbrzeżnej, rozdzierającej chandry. Autor opowiada tu historię alkoholika, który postanowił się odzwyczaić, a którego wszystko wtrąca z powrotem w nałóg: telefony przyjaciół, wydarzenia uliczne, nawet miłość kobiety. Tezę, że człowiek nie może pomóc człowiekowi, przeprowadza on konsekwentnie i – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Intrygę opiera na zbiegach okoliczności: bohater spotyka przypadkiem dawna przyjaciółkę, która przywodzi mu na myśl zmarnowane na pijaństwie lata; przypadkiem wdaje się w burdę uliczną, która w rezultacie prowadzi go do knajpy; przypadkiem, wreszcie – popełnia samobójstwo, biorąc umówiony dzwonek do drzwi za znienawidzony telefon. To nadejście Krystyny, a nie dzwoniący telefon, stały się powodem ostatecznego impulsu bohatera, to – wskazana przez Sandauera – niewiara w siebie i w drugiego człowieka, popchnęły go do samobójstwa. Gdyby w taki sposób czytać Hłaskę, to rzeczywiście niewiele znaleźlibyśmy cennych elementów w jego prozie. Jej wartość zasadza się na uważnej obserwacji ludzkich zachowań, na umiejętności oddawania stanów psychicznych i nieudolności fizycznej, a nade wszystko na wartkiej fabule i niezwykłej, w polskiej literaturze, potoczystości, lekkości i giętkości języka.

Ostatnie z opowiadań, zamieszczonych w tomie z 1982 roku, nosi tajemniczy tytuł     W dzień śmierci jego, który odnosi się do rozmyślań bohatera o śmierci Jezusa, jak i do niejednoznacznego zakończenia, mogącego sugerować, że popełni on samobójstwo. Obok głównej postaci mamy jeszcze dwie osoby, o których życiach dowiadujemy się najwięcej – kolegę Griszę i prostytutkę Ewę, w której kocha się bezimienny bohater. Wiemy o nim tylko tyle, że przywędrował z Europy do Izraela, gdzie toczy się akcja, i że pracował w różnych zawodach, a potem na skutek wypadku, musiał zrezygnować z wykonywanego zajęcia. Ci bohaterowie, jako żywo, przypominają włóczęgów z powieści Johna Steinbecka pt. Tortilla Flat i tak jak oni włóczą się po wybrzeżu, szukają pracy i możliwości zdobycia alkoholu. Są gwałtowni i bezlitośni, chętnie wykorzystują nadarzające się okazje – Grisza brutalnie bije swoją żonę Lenę, a bezimienny bezceremonialnie sprzedaje Ewę, której wyznawał miłość i z którą chciał wyjechać gdzieś daleko. Choć zdarzeń tutaj niewiele, opowiadanie czyta się szybko, a zmieniająca się sceneria, jest tak samo naturalna, jak rozmowy, myśli i wyobrażenia bohaterów. Duszna atmosfera, potęgowana przez chamsin, powoduje, że ludzie wariują, są dla siebie brutalni, gotowi zrobić wszystko, by uzyskać dobrze płatną pracę lub by szybko, za jakieś świństwo, zdobyć pieniądze. Hłasko w mistrzowski sposób oddaje rzeczywistość Izraela w latach sześćdziesiątych, a zarazem kreśli niezwykle wyraziste typy charakterologiczne. A czyni to wszystko jakby mimochodem, jakby na marginesie bezbarwnych rozmów, jakby w opozycji do nic nie znaczących zdarzeń. Jego proza ma w sobie oryginalność i polot wielkich narratorów amerykańskich i rosyjskich, a w zorientowaniu na szczegół, bliska jest powieściom Amosa Oza, opowiadaniom Borowskiego, wielkim panoramom J. M. Coetzee’ego czy Salmana Rushdiego. Szkoda, że prozaik zmarł w wielu zaledwie trzydziestu pięciu lat, bo jego talent mógłby się jeszcze znakomicie rozwinąć. Tematy znane z wcześniejszych utworów Hłaski, sytuacje graniczne i skrajności  ludzkiego świata, także i w tym tekście wychodzą na plan pierwszy. Bohaterowie są wyrzutkami zachodniego, kapitalistycznego społeczeństwa, znajdują się na samym dole drabiny ludzkiej – nie mają pracy i wegetują w jaskrawym, ogrzewanym promieniami słonecznymi, świecie. Nikt ich nie potrzebuje i nawet najbliżsi ich zdradzają – kobieta Griszy ucieka z bogatym kierowcą, a bezimienny wchodzi w układ z  przygodnym alfonsem i podrzuca złoty zegarek Ewie, która jest bardzo urodziwa i stanowi konkurencję dla kobiet tego sutenera. W świecie wszystko idzie nie tak, jak sobie to wyobrażają ludzie, toteż i tutaj absurdalny aspekt istnienia daje o sobie znać na końcu opowiadania. Ewa rzuca się z okna przy próbie aresztowania, a jej denuncjator bierze pistolet i rusza w drogę, prowadzącą do Hajfy. Nie wiemy czy chce popełnić samobójstwo, czy pragnie wkroczyć na drogę przestępstwa, a może chce wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy go tak życiowo doświadczyli. Jak w wielu utworach Hłaski, mamy tutaj wyraźny kontekst biograficzny, a dbałość o najmniejsze elementy kreowanego świata i znajomość realiów, wskazują na głębokie zakorzenienie pisarza w opisywanym świecie. Rację ma Jerzy Jarzębski, gdy mówi, że mocne życie i niezwykły charakter tego pisarza spotęgowały liczne nieporozumienia w zakresie odbioru jego dzieła. Co prawda jego opowiadania ukazały się w szacownej edycji Biblioteki Narodowej, w opracowaniu Joanny Pyszny, to jednak twórca wciąż jest podejrzany, stale odbiera się go jako enfant terrible literatury polskiej. Nagrobek  na cmentarzu powązkowskim jest w opłakanym stanie, powoli zaciera się na nim napis, wykuty ręką Himilsbacha, ale wciąż aktualne jest proroctwo jego matki: Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni. Mija czterdzieści lat od jego śmierci, a my wciąż – poza interesującą książką Stanisława Stabry – nie doczekaliśmy się kompleksowej monografii. Niestety nic nie wskazuje na to, że dzieło takie szybko powstanie, no chyba, że jakiś „chuligan krytyki” rzuci się na dotychczasowych interpretatorów. Większości należałoby się solidne lanie…

HERBERT O KAPOWANIU

Herbert - Lwowskie Spotkania-2005Coraz więcej faktów, związanych z donosicielską działalnością literatów, wychodzi na jaw. Najpierw była książka Joanny Siedleckiej pt. Kryptonim „Liryka”, potem nieco artykułów i wpisów na blogach, a wreszcie długie teksty Bohdana Urbankowskiego w „Gazecie Polskiej”. W ostatnim numerze tego periodyku pojawił się szkic Wiesława Zielińskiego o Aleksandrze Nawrockim, z którym przez lata miewałem wiele kontaktów, publikowałem w jego „Poezji Dzisiaj”, uczestniczyłem w organizowanych przez niego imprezach. Czytając listy Herberta do Miłosza, znalazłem taki oto fragment: Nie spodziewałem się także, że dosięgnie mnie ręka panów w czarnych garniturkach. Zatelefonowali do mnie w drugi dzień po przyje4ździe. (była Wielkanoc i liczyłem na to, że „oni” także jedzą kiełbasę i piją). Potem były regularne „rozmowy” codzienne i wielogodzinne nie w urzędzie broń Boże, ale w hotelu „Metropol” na wysokim piętrze z oknem otwartym na podwórze. Mógłbym wyjść tym oknem i więcej nie wrócić a przyjaciele powiedzieliby, że się upiłem, że zawsze miałem tendencje do nihilizmu no i buch. Jakoś to wytrzymałem, a kiedy zorientowałem się że zaczyna się Kafka zwiałem i nie stawiłem się na przesłuchanie. Wiem oczywiście że władza nie lubi gdy się ją wyprowadza w pole i że nie dadzą mi już spokoju. Zetknąłem się przeto z ludźmi Moczara – jest to formacja chłopsko-nacjonalistyczna a zatem przerażająca. Interesowali się wieloma rzeczami między innymi prądami trockistowskimi na Zachodzie, ale głównie emigracją, którą najchętniej zwabiliby do kotła. Wypytywali także o Ciebie, czy byś nie wrócił, a ja im streszczałem „Dolinę Issy” i analizowałem twoją poezję udając że ich interesujesz jako najlepszy żyjący poeta polski. Grałem głupca ale bez przyjemności. Stwierdziłem z przerażeniem że się odzwyczaiłem, że nie bardzo potrafię spacerować z gównem na głowie, i że jestem tchórzem bo boję się o resztę życia. Odchorowałem to (bezsenność, depresja), ale teraz jest już dobrze i pracuję. (Z. Herbert, List do Czesława Miłosza z 18 czerwca 1969 roku, w: Zbigniew Herbert Czesław Miłosz Korespondencja, Warszawa 2006, s. 1o4-105.) Warto tę część listu Herberta cytować tym, którzy twierdzą, że wszyscy w komunie donosili na wszystkich. Jak widać, byli jednak tacy, którzy się przeciwstawiali – można o tym poczytać w relacji Siedleckiej, ale też sporo mamy świadectw w listach, artykułach i książkach, wydawanych w drugim obiegu. Przy okazji przypomniała mi się moja sytuacja z 1986 roku, kiedy to patrol ZOMO zajął się mną na polecenie smutnych panów w czarnych garniturach. Gdy odzyskałem przytomność i namawiano mnie bym – jak to nazwali – przyszedł do nich na „papugę”, odmówiłem i zastosowałem technikę dezinformacji, podobną do tej, opisanej przez Herberta. Nie podpisałem też kłamliwych zeznań, co wprawiło moich dręczycieli w prawdziwe zdumienie, a potem we wściekłość. Mylą się zdekonspirowani literaci – nie wszyscy donosili, nie wszyscy godzili się na bycie „papugą”.

GOŁOTA I ADAMEK

Pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia (jak to pompatycznie brzmi, ale niestety taka jest prawda – wiek dwudziesty zamknął się bezpowrotnie!) chodziłem do klubu Zawisza Bydgoszcz, na treningi bokserskie. Jaką wtedy miałem krzepę i jak intensywnie ćwiczyłem dobrą formę ze skakanką, obijałem worki treningowe i nadmuchiwane, skórzane gruszki. Staczałem też liczne pojedynki z różnymi osiłkami, lała się czasem krew i często wracałem do domu z opuchlizną wokół oczu, nosa i ust. Z tamtego czasu pochodzą różne fanaberie na temat moich „bandyckich” występów, ale wcale się nie dziwie różnym, a licznym, pierdołowatym plotkarzom. Ktokolwiek zobaczył mnie wtedy, tak zbudowanego i tak poobijanego, musiał mnie zaklasyfikować do półświatka. A to przecież była normalna rzecz w środowisku pięściarskim i jakby znak firmowy dobrych treningów. Owszem sporo poznałem kolegów, którzy po zajęciach w klubie, szli na ulice i wszczynali bójki, bo jak twierdzili, najlepszą szkołą boksu jest takie przygodne mordobicie. Wielu z nich, po krótkiej karierze, po spektakularnych sukcesach, stoczyło się życiowo i czasem spotykam ich w więzieniach, podczas warsztatów artystycznych lub literackich – innych widuję na mieście, często pijanych lub brudnych, proszących o parę groszy. Pamiętają mnie i wciąż nie mogą mi darować, że taki jestem „porządny”, ale niestety nie mogę im o sobie za wiele opowiadać i lepiej, żeby myśleli, iż tak się dobrze prowadzę. Zresztą, czym jest to ich „porządne życie”, przecież każdy z nas ma jakieś swoje mroczne korytarze, każdy coś ukrywa, a nade wszystko coś robi w tajemnicy. Umiejętności zdobyte na ringu, procentowały potem na kąpieliskach, gdzie bywałem przez wiele lat ratownikiem. Czasem jakiś chuligan, jakiś grubas przekonany o swoich talentach do bijatyki lub po prostu zapijaczony jegomość, wymagali szybkiej akcji i często potem nie potrafili sobie przypomnieć co się stało. Przypomniały mi się moje treningi bokserskie i potem dalsze zajęcia, w sekcji karate, gdy wczoraj oglądałem walkę Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem. Kto tylko trochę otarł się o boks, od razu wiedział, że chodzi tutaj jedynie o wielkie pieniądze. Nie wolno dopuszczać do pojedynków tak różnych wagowo pięściarzy, a przy tym mających tak odmienne podejście do boksu. Nigdy nie przepadałem za tym Adamkiem i większość jego walk, wymęczonych, przekombinowanych, nie robiła na mnie wrażenia. Natomiast wielokrotnie fascynował mnie Gołota, który obił paru ciężkich Murzynów i parę razy zapisał się w historii występów komediowych (np. gdy uciekał przed Tysonem lub dostawał lanie w pierwszych sekundach walk). Nie zapomnę jednak jego wspaniałych pojedynków i zawsze będę do nich wracał z euforią, a także z myślami o moich występach między linami i niespełnionym marzeniu o bokserskim mistrzostwie. Wczoraj wieczorem zasiadłem do oglądania gali boksu zawodowego i odchodziłem od telewizora z niesmakiem. W amerykańskich czy niemieckich imprezach tego typu, też chodzi o pieniądze, ale ważne jest widowisko, danie widzom atrakcyjnego spektaklu, w zamian za  zapłatę za drogie bilety. Tutaj Gołota o numer większy, z solidnie już rysującym się brzuchem, nieprzygotowany do walki, wyraźnie źle czujący się podczas tego happeningu, został znokautowany przez Adamka. Wyglądało to wszystko dziwacznie, młodszy bokser jakoś nie chciał uderzyć kolegi, a gdy wreszcie trochę się rozbujał, było już po walce. Żenada i kompromitacja, marny show, daleki od prawdziwej szermierki na pięści. O wiele ciekawsze, pełne pasji i poświęcenia były pojedynki pięściarzy, którzy wcześniej pojawiali się w ringu. Ani Adamkowi to zwycięstwo nie przyniesie splendoru, ani Gołota niczego nowego nie wniósł do swego wizerunku – Żenada i kompromitacja, marny show…  

DUDKI

Dudek2

jakże byłem spokojny jakże
szczęśliwy

gdy w parku nad rzeką
w mieście Xining

zobaczyłem kilka zielonych
dudków

ruszyłem do nich powoli
jak drapieżnik jak
malarz

– ale umykały

próbowałem je utrwalić
ale przefruwały

– z drzewa na drzewo
z gałęzi na konar

świeciło słońce i w dali
nad horyzontem

pojawiły się ośnieżone
szczyty

– jakże byłem spokojny jakże
szczęśliwy

gdy w parku na wyżynie
tybetańskiej

przyglądałem się
płochym

dudkom

Xining 2009

ODLATUJĄ SZPAKI

Sturnus_vulgaris_Jojo

Szpaki zbierają się do odlotu i krążą całymi stadami nad moim osiedlem. Przyglądam się im i myślę o czekającej je drodze do Afryki i Azji. Wrócą do nas w marcu na rozród, a potem będą z wielką pasją zjadać owoce i owady. Niektóre ptaki, po pochłonięciu sfermentowanych wiśni, jabłek lub śliw, zachowują się jakby były pijane – szpaki nie boją się tego, bo metabolizują alkohol z niezwykłą prędkością. Powodem tego jest bardzo wysoki poziom dehydrogenazy alkoholowej – enzymu rozkładającego płyny wyskokowe. Jest on czternaście razy wyższy u tych nakrapianych ptaków, niż u ludzi, więc jeśli pić, to tylko z nimi… Szpaki pożerają też włochate gąsienice, których wiele gatunków skrzydlatych zwierząt się boi i omija je. Ich menu uzupełniają też larwy, dżdżownice, ślimaki, jagody i nasiona. To był pierwotnie ptak typowo leśny, ale teraz najchętniej bytuje przy siedzibach ludzkich, gdzie znajduje sporo odpadków i owadów. Niesamowite wrażenie robią szpaki, gdy siadają na wysokich topolach i skryte w połyskujących liściach, wydają różne głosy. Najczęściej są to piski i gwizdy, ale istoty te posiadły też umiejętność naśladowania „mowy” innych mieszkańców przestworzy. Czasem przystaję przy takich drzewach i wypatruję niewielkich krzykaczy – niektóre udaje się wyodrębnić, ale większość jest dobrze zakamuflowana. Zdaje się wtedy, że wyraziste w jesiennym słońcu drzewo, wydaje dziwne glosy, że poruszane wiatrem gałęzie jęczą i pogwizdują, a liście świstają jak groty przelatujących strzał. A to właśnie szpaki wydają takie odgłosy. Pamiętam je jeszcze z czasów wczesnej młodości, gdy zbierały się w ogrodach przy moim osiedlu i w licznych przydomowych sadach, w dzielnicy Jary. Szczególnie pięknie wyglądały na drzewach wiśniowych, gdzie ich barwne plamki połyskiwały pośród krwistoczerwonych owoców. Spotykałem je też na drzewach morwowych, gdzie wspinałem się i spędzałem długie godziny na pochłanianiu niewielkich, kwaskowych gron. W takich chwilach czas się zatrzymywał, patrzyłem na wilgę, kosa lub szpaka i czułem niezwykłą łączność z naturą. Jeszcze chwila, nadejdą przymrozki i nakrapiane ptaki odlecą za góry i morza.

Szpak

KUBICA DRUGI W BRAZYLII

800px-Robert_Kubica_2008_Canada

Wspaniały wyścig Roberta Kubicy. Tym razem młodzieńcy i nieco starsi panowie, ścigali się na torze Interlagos w Sao Paulo, w Brazylii. Wczorajsze kwalifikacje odbyły się w strugach deszczu, ale dzisiejsze zawody rozegrano przy pięknej, słonecznej pogodzie. Polski kierowca przez cały czas jechał równym, szybkim tempem i zameldował się na mecie na drugim miejscu. Wyścig obfitował w liczne kolizje i karambole, awarie i uszkodzenia bolidów. Strach się przyznać, ale najbardziej lubię w Formule I te momenty, gdy dochodzi do kraks, gdy ktoś wypada z toru, albo kończy jazdę przed czasem. Delektuję się strategią zespołów, cieszy mnie solidna jazda naszego rodaka, ale czuję adrenalinę, gdy zawodnicy się wyprzedzają, albo w chwilach dramatycznych, gdy sypią się na tor lub na jego obrzeża fragmenty pojazdów. Drżę wtedy o kierowców i stale w pamięci mam dramatyczny wypadek Kubicy w Montrealu, ale jakoś dziwnie fascynuję się zderzeniami i walnięciami w sterty starych opon. Co się może wydarzyć na torze, pokazał wyścig w Budapeszcie, gdy sprężyna z bolidu Barrichello uderzyła w kask Massy. Gdyby nie ta porządna ochrona, nie byłoby go już wśród żywych. Z radością patrzyłem dzisiaj, jak ten sympatyczny kierowca, pokazywał się w padoku swojego zespołu i potem, machał czarno-białą flagą przed oczyma zwycięzców. Dzisiaj poznaliśmy też mistrza świata, którym został w tym roku Janson Button. Może następny rok będzie lepszy dla Kubicy, który zmienił zespół i widać, że jest wyraźnie odprężony. Ma wielki talent i może w przyszłym sezonie powalczyć o tytuł mistrzowski – jeśli wszystko dobrze pójdzie, ten zaszczyt, wcześniej czy później go spotka.

ROK JULIUSZA SŁOWACKIEGO (IV)

z7000510X

Rok Juliusza Słowackiego powoli zbliża się do końca i po kilku wielkich wydarzeniach, w których uczestniczyłem, czas przyszedł i na mniejsze incydenty. W klubie Polskiej Książki w Bydgoszczy, prowadząca tam spotkania Jolanta Kowalska, zorganizowała wieczór poświęcony temu polskiemu romantykowi. Przyszło sporo osób ze środowiska literackiego, pojawili się fascynaci poezji, autorzy wielu zbiorów poetyckich, członkowie związków pisarskich i artystycznych. Jedna z pań pięknie recytowała wiersze, a potem zaczęła się dyskusja, w której także wziąłem udział. Podkreślałem wagę doświadczenia Słowackiego dla polskiej poezji romantycznej i dla poszerzania wyobraźni i świadomości narodowej. Jak zwykle bywa przy takich okazjach, pojawiło się wiele anegdot, kolejni mówcy przedstawiali fakty znane i mniej komentowane, a najwięcej zaciekawienia wzbudziło przywołanie czasów wileńskich poety, śmierć ojczyma i miłość do Ludwiki Śniadeckiej, a potem liczne podróże i w końcu cicha śmierć w Paryżu. Płonęły świece, czuć było aromat kawy i herbaty, a kolejni mówcy wnosili coś nowego do zrozumienia fenomenu poety z Krzemieńca. Gospodyni wieczoru przez cały czas czuwała nad całością i udzielała głosu recytatorce i komentatorom. Wszystko razem złożyło się na bardzo ciekawe spotkanie, z licznymi emocjonalnymi momentami, z chwilami prawdziwych uniesień i donośnego brzmienia poetyckiego słowa. Ileż było w tym roku w Polsce takich zebrań i wieczorów, recytacji i przypomnień twórcy, niewielkiego ciałem, ale ogromnego Duchem. Co chwila myślałem o pośmiertnym triumfie, zapowiedzianym przez Juliusza w wierszu pt. Testament mój, a także o niewielkich możliwościach ekspansywnych języka polskiego. Wszakże będąc w USA, stwierdziłem, że przekłady poezji polskiej na angielski, są mizerne i naprawdę trudno znaleźć dobrze przełożony wiersz. Kiedyś Barańczak przetłumaczył z tego języka z powrotem na polski, funkcjonujący tam w jakiejś antologii, arcyliryk Mickiewicza Polały się łzy i było to straszne – niektórzy mieliby kłopot, żeby wskazać o jaki utwór wieszcza chodzi.

large

Kolejne spotkanie miało miejsce w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej im. Franciszka Becińskiego w Radziejowie. Prowadząca tę placówkę Halina Paczkowska, ma wiele pomysłów jak ożywiać życie kulturalne w tym miasteczku, sprowadza poetów, pieśniarzy, ma też spore zasługi w zakresie promocji lokalnego środowiska twórczego. Warto też wspomnieć o odbywającym się co roku konkursie literackim, którego patronem jest poeta tych ziem i lasów, pól i jezior, będący też duchowym opiekunem biblioteki. Zaproszono mnie, bym wygłosił wykład o Słowackim dla młodzieży licealnej, którą przyprowadziła pani Wioletta Nenczak, zdolna polonistka, która pod moim kierunkiem napisała pracę magisterską z literatury romantyzmu. Jak zwykle w takich przypadkach, staram się, młodzież przybyłą na spotkanie, najpierw zainteresować, poopowiadać o twórcy, przedstawić tajemnicze i mało znane zdarzenia z jego życia. Mówiłem zatem o dziwnej prośbie Juliusza, skierowanej do Boga w katedrze wileńskiej, która spełniła się w jego biografii. Pokazałem też trochę zdjęć, rysunków, portretów osób mu bliskich, a także sporo fotografii z Ukrainy, gdzie znalazłem się dokładnie w dwusetną rocznicę urodzin Słowackiego. Po ciekawostkach i pokazie multimedialnym, czas przyszedł na szersze perspektywy, spośród których wyodrębniłem wykład na temat astronomii twórcy Kordiana, znakomicie znającego konstelacje i nawiązującego do nich w licznych dziełach. W mojej książce Słowacki. Kosmogonia pokusiłem się o próbę ukazania nieba poety, na którym znalazły się tak ekscytujące gwiazdy jak Arkturus, Syriusz i Gwiazda Betlejemska, a także oryginalne gwiazdozbiory: Kasjopeja, Rak, Orion i Pegaz. Coraz więcej mam sygnałów z Polski, że książka ta została dobrze przyjęta i przemyślana. Spotkanie przebiegło w miłej, spokojnej atmosferze, mogłem zatem snuć coraz dalej idące refleksje, nawiązywać do wielu dzieł poety, w tym o tak egzotycznych dla młodzieży jak Zawisza Czarny, Mazepa czy Agyzelausz. Otrzymałem potem podziękowanie z biblioteki i informację, że moje wystąpienie spodobało się licealistom. Takie momenty utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto popularyzować wiedzę o tym wzruszającym twórcy, warto ukazywać jego dorobek z różnych stron, wielowariantowo i zarazem w kontekstach biograficznych.

2009_banknot_200_rocznica_urodzin_juliusza_slowackiego_20zl_przod

Podczas tego spotkania pokazałem też młodzieży banknot kolekcjonerski, wyemitowany przez Narodowy Bank Polski, w związku z dwusetną rocznicą urodzin drugiego wieszcza. Od dawna interesuję się banknotami z całego świata i opublikowałem sporo tekstów na ten temat. Tutaj mamy do czynienia z interesującym walorem płatniczym, na którym na pierwszej stronie umieszczono – chyba jeden z najlepszych – portretów poety, wzorowany na słynnym stalorycie bajronicznym Jamesa Hopwooda (wg szkicu Józefa Kurowskiego). Mamy też daty jego urodzin i śmierci, kałamarz z gęsim piórem i w tle dworek, w którym urodził się i mieszkał Juliusz Słowacki. Całość utrzymana została w odcieniach pastelowego żółcienia, sienny i brązu. Na stronie drugiej widnieje Kolumna Zygmunta z Placu Zamkowego, a przy niej symboliczne żurawie. To oczywiście nawiązanie do słynnego Uspokojenia (ujęcie wcześniejsze), którego fragment zreprodukowano także na banknocie. Czytamy tutaj z  oryginalnego rękopisu, z przekreśleniami poety: Co nam zdrady! — Jest u nas kolumna w Warszawie,/ Na której usiadają podróżne żurawie,/  Spotkawszy jej liściane czoło śród obłoka;/  Taka zda się odludna i taka wysoka!/  Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,/ Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;/ Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare/ Wygląda w perspektywie sinej Miasto Stare. Jest też zarys katedry i kałamarz z piórem, widziany z drugiej strony. Czyż grający kiedyś na francuskiej giełdzie Juliusz, mógł się spodziewać, że po latach jego wizerunek i autograf wiersza, staną się elementami polskiego banknotu? Co prawda jest to emisja okazowa, ale przecież można tym pieniądzem także płacić, bo ma nominał dwadzieścia złotych. Mnie najbardziej podoba się to przedstawienie samego poety, który tutaj prezentuje się dumnie, a zarazem ma w sobie jakąś subtelną tajemnicę.

2009_banknot_200_rocznica_urodzin_juliusza_slowackiego_20zl_tyl

I jeszcze jedna impreza, która nawiązywała do życia i twórczości autora Króla Ducha – XXXVIII Warszawska Jesień Poezji. Antologia uczestników, która ukazała się w tych październikowych dniach, ma na okładce Kolumnę Zygmunta i ten sam fragment rękopisu Słowackiego, który został umieszczony na banknocie. Podczas inauguracji Wojciech Siemion i Anna Chodakowska znakomicie mówili wiersze poety, a szczególnie podobały mi się wystąpienia aktora z Petrykoz, który wzniósł się na wyżyny swojego talentu. Stosunkowo niedawno pisałem krytycznie o jego wystąpieniach podczas Nocy Poetów w Chojnicach, ale teraz słuchałem go jak zaczarowany. Co za siła głosu, jaka forma wiekowego człowieka, jakie możliwości artystycznego wyrazu i ile ekspresji. Także recytacje Anny Chodakowskiej były na poziomie i chociaż zanikła szlachetna maniera starych aktorów, że nawet na chałturę idzie się z nauczonym na pamięć tekstem, to owo dramatyczne czytanie aktorki też było markowe. Pogratulować też trzeba autorom wspomnianej antologii, bo prezentuje się ona dobrze, zawiera wiele ważkich wierszy, choć i tych gorszych dałoby się wskazać trochę (może napiszę niebawem o jednym takim „utworku”). W sumie Słowacki pojawiał się w różnych konfiguracjach, a ja miałem też kolejną okazję mówić o nim młodzieży, w jednej ze szkół średnich stolicy. Także i to spotkanie zaliczam do udanych i wdzięczny jestem organizatorom, że pozwolili mi raz jeszcze spotkać się z uczniami, przedstawić im moją wizję twórczości Juliusza, a nade wszystko, zainteresować ich tą niezwykłą, czystą jak kryształ postacią, dzisiaj już daleką, bo przecież z obrębu literatury dziewiętnastego wieku. Dziewczęta i chłopcy dziwili się, że Słowacki umarł w wieku czterdziestu lat, a tyle grubych tomów dzieł po sobie pozostawił. Jego życie i droga przez świat miały w sobie wiele z etosu czystego człowieczeństwa i kto wie, czy gdyby żył dłużej, nie poszedłby drogą swojego przyjaciela św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Obecny przy śmierci poety i potem ją relacjonujący, charyzmatyczny arcybiskup warszawski i wieloletni zesłaniec, zachował dla potomnych obraz człowieka wielkiego, który nawet w obliczu śmierci był skromny, uduchowiony i odszedł z życia cichutko, bez skargi, prawie bezszelestnie…

« Starsze wpisy